Witamy serdecznie wszystkich, którzy na naszej stronie oczekują wieści z trasy.
Początek naszej podróży dookoła świata dnia 07.09.2011 przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Długo jeszcze w pociągu do Rzeszowa nie mogliśmy ochłonąć po pożegnaniu jakie zgotowała nam rodzina i media. Kogo tam nie było? Nie wiem, ale byli:
dziennikarze Kuriera i Głosu Szczecińskiego, obecne Radio Szczecin i TVP Szczecin.
Byli przedstawiciele Urzędu Miasta, a także liczna rozśpiewana grupa moich przyjaciół z Domu Kombatanta, mieszczącego się przy ul. Romera, przybyli też przedstawiciele czasopisma Dookoła Świata naszego pomocnika logistycznego. Oddalaliśmy się ze łzami w oczach bo przecież spotkamy się z nimi wszystkimi ponownie dopiero za 1,5 roku. Z drugiej strony Polski w Świnoujściu.
Podróż do Rzeszowa upłynęła nam bardzo szybko (chociaż to 16 godz.) na pogawędkach o wyprawie z innymi pasażerami. Około 24.00 byliśmy na miejscu, a że do Domu Polonii nie było daleko pokonaliśmy tę odległość szybciutko gdzie już na nas czekał gospodarz obiektu. Za wspaniałą gościnę bardzo dziękujemy kierownictwu Domu. Rano 08.09, po obfitym śniadanku udało nam się zwiedzić Rzeszów i o godz 15.15 wsiedliśmy do autobusu relacji Rzeszów - Żytomierz (Ukraina). Na granicy polsko-ukraińskiej po blisko trzech godzinach bardzo dokładnej kontroli bagaży przekroczyliśmy granicę. W Żytomierzu byliśmy o 5.30 rano czasu lokalnego(+1 godz.) czyli 09.09 o godz.7.05 z poczekalni odebrała nas Pani Lilia z Konsulatu RP w Żytomierzu i pojechaliśmy do klasztoru Benedyktynek gdzie zostawiliśmy bagaże. Szybko udaliśmy się do miejscowego kościoła na spotkanie z częścią Polonii zamieszkującą ten rejon, kultywującą tradycje chrześcijańskie. Następnie zjedliśmy śniadanie u proboszcza i tak posileni fizycznie udaliśmy się z nieodłącznie nam towarzyszącą Panią Lilianą wraz z zespołem lokalnej TV na zwiedzanie starej części Żytomierza, w tym Cmentarz Stary o ponad 100-letniej tradycji. Pani Liliana okazała się osobą doskonale znającą Żytomierz i bardzo pomocną w sprawach organizacyjnych. W następnym dniu 10/09 spotkaliśmy się z Panią Tatianą, historykiem i pracownikiem konsulatu która w sposób profesjonalny przedstawiła historię Żytomierza. Po południu zwiedziliśmy Kijów w towarzystwie sympatycznego młodego człowieka o imieniu Denys i o godz 17 autobusem wyruszyliśmy do miejscowości Suaceva.
Szczególne podziękowania składamy Honorowemu Konsulowi RP Panu Jurijowi Woderackiemu w Żytomierzu za osobiste zainteresowanie się naszym projektem podróży "ŚLADAMI POLONII NA ŚWIECIE" oraz gościnę.
(10 września 2011)
Wyprawa ?Śladami Polonii na Świecie?, której jesteśmy patronem nabrała niesamowitego tempa. Zainteresowanie wyprawą jak i patronat panowie uzyskali: Senatu Rzeczypospolitej Polskiej ? Komisji Spraw Emigracji i Łączności z Polakami za Granicą oraz Marszałka Województwa Zachodnio-Pomorskiego, Urzędu Miasta Szczecin, Stowarzyszenia ?Wspólnota Polska?, TVP Polonia, TVP Szczecin, Kuriera Szczecińskiego, www.Travelbit, Polskiego Radia Szczecin, Stowarzyszenia Kreatywni dla Szczecina oraz Przeglądu Australijskiego, pan Ryszard jest również uczestnikiem programu Ambasador Szczecina. Sponsorów znaleźć jest wiele trudniej, stąd mamy nadzieję, że nasi czytelnicy przyłączą się do nas wspierając wyprawę ?drobnymi? dokonując wpłat na konto podane na stronie:
www.podroz-marzen.pl bądź www.dookolaswiata24.pl.
Przygotowania po wielu miesiącach dobiegają końca. Wizy potrzebne do krajów, z którymi Po
NIE BYŁO KOŃCA WZRUSZENIOM I EMOCJOM, kiedy panowie Ryszard Tunkiewicz i Jacek Michalski żegnali się z rodziną oraz przyjaciółmi na dworcu PKP w Szczecinie.
Nasi podróżnicy wyruszyli dookoła świata na prawie pół roku, aby przebyć szlak Polonii na Świecie.
Na dworcu PKP panowie udzielili wywiadu mediom: Telewizji Szczecin, Kurierowi Szczecińskiemu, Radio Eska, Radio Szczecin. Na pożegnaniu nie zabrakło również reprezentanta Urzędu Miasta Szczecina. Program z pożegnania podróżników zostanie wyemitowany przez Telewizję Polonia o godz. 22.05.
Pierwszy etap i pierwszy nocleg w Domu Polskim w Rzeszowie, jutro 8 września w godzinach popołudniowych pojadą autobusem do Żytomierza na Ukrainie. Pani Ludmiła Kundelska z Konsulatu RP w Żytomierzu przygotowała spotkania z Polonią Żytomierszczyzny. Dzięki gościnności Klasztoru Żeńskiego Św. Benedykta przygotowano również noclegi i poczęstunek, za który serdecznie dziękujemy.
Kolejne spotkania odbędą się w Rumuni zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami.
Panowie wyruszyli na wyprawę wyposażeni w energię, chęć poznania świata, nawiązania kontaktów z Polakami mieszkającymi za granicą, a także merytorycznie. Natomiast ? z pewnym utrudnieniem sprzętowym, zabrakło ludzi dobrej woli ? przedstawicieli koncernów.
Przez cały czas będziemy relacjonować podróż Ryszarda Tunkiewicza i Jacka Michalskiego, udzielali wszelkich informacji, jako koordynator medialny, kierowali trasą i nawiązywali kontakty, a także przyjmować wsparcie, na kolejne etapy wyprawy. Przypominamy, że za naszym pośrednictwem istnieje możliwość zamówienia pocztówki z każdego kraju na świecie (koszt 15,-zł)
Redakcja Dookoła Świata
owie uzyskali. Niestety z wyjątkiem wizy do Syrii, która nie zezwoliła na wjazd do kraju. Zakupy odzieży oraz najpotrzebniejszego wyposażenia uszczupliły fundusze przeznaczone na podróż. Brak jeszcze sprzętu, jak wspomnieliśmy fotograficznego i telefonicznego, jakkolwiek firm w Polsce jest wiele, tak nikt nie przyczynił się do pomocy w tym zakresie.
Do współpracy zaprosiliśmy wiele organizacji polonijnych na świecie, biur konsularnych RP oraz organizacji pozarządowych.
W dniu 7 września o godz 10.00 Panowie wyruszą pociągiem w pierwszy etap podróży do Rzeszowa, gdzie skorzystają z gościny Dom Polonii należący do Stowarzyszenia "Wspólnota Polska". Z Rzeszowa panowie autobusem pojadą na Ukrainę do Żytomierza, gdzie pomocną dłoń podał Konsulat RP, wyrażając chęć zorganizowania spotkania z Polonią tam zamieszkującą.
Kolejnym krajem na trasie będzie Rumunia ? Bukowina i Nowy Sołoniec. Ponownie gościnnie w imieniu Polonii zaproszenie przesłał Dom Polski.
Mamy nadzieję wynieść duże doświadczenie ze zorganizowanych spotkań z Polonią, przydatne w dalszej podróży. Bądźcie z nami, będziemy informować o każdym odcinku trasy.
07.09.11 Nie było końca wzruszeniom i emocjom
NIE BYŁO KOŃCA WZRUSZENIOM I EMOCJOM, kiedy panowie Ryszard Tunkiewicz i Jacek Michalski żegnali się z rodziną oraz przyjaciółmi na dworcu PKP w Szczecinie.
Nasi podróżnicy wyruszyli dookoła świata na prawie pół roku, aby przebyć szlak Polonii na Świecie.
Na dworcu PKP panowie udzielili wywiadu mediom: Telewizji Szczecin, Kurierowi Szczecińskiemu, Radio Eska, Radio Szczecin. Na pożegnaniu nie zabrakło również reprezentanta Urzędu Miasta Szczecina. Program z pożegnania podróżników zostanie wyemitowany przez Telewizję Polonia o godz. 22.05.
Pierwszy etap i pierwszy nocleg w Domu Polskim w Rzeszowie, jutro 8 września w godzinach popołudniowych pojadą autobusem do Żytomierza na Ukrainie. Pani Ludmiła Kundelska z Konsulatu RP w Żytomierzu przygotowała spotkania z Polonią Żytomierszczyzny. Dzięki gościnności Klasztoru Żeńskiego Św. Benedykta przygotowano również noclegi i poczęstunek, za który serdecznie dziękujemy.
Kolejne spotkania odbędą się w Rumuni zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami.
Panowie wyruszyli na wyprawę wyposażeni w energię, chęć poznania świata, nawiązania kontaktów z Polakami mieszkającymi za granicą, a także merytorycznie. Natomiast ? z pewnym utrudnieniem sprzętowym, zabrakło ludzi dobrej woli ? przedstawicieli koncernów.
Przez cały czas będziemy relacjonować podróż Ryszarda Tunkiewicza i Jacka Michalskiego, udzielali wszelkich informacji, jako koordynator medialny, kierowali trasą i nawiązywali kontakty, a także przyjmować wsparcie, na kolejne etapy wyprawy. Przypominamy, że za naszym pośrednictwem istnieje możliwość zamówienia pocztówki z każdego kraju na świecie (koszt 15,-zł)
Redakcja Dookoła Świata
15.09.11
Z miejscowości Suceava w Rumunii. Jedziemy w nocy zdezelowanym autobusem mijając po drodze ponownie miejscowość Żytomierza dalej Winnice dojeżdżając o godz 5.00 rano 11 września do przygranicznej miejscowości Czerniewice, gdzie naciągacze chcieli nas oszukać proponując kurs do granicy za 100 lei (równowartość 100 zł) mówiąc ze nie chodzą w niedzielę autobusy. Nie wierząc tej informacji przeczekaliśmy do otwarcia kas gdzie kupiliśmy bilety do samej Suacevy za 70 lei. Na granicy Ukraińsko - Rumuńskiej - kontrola bagaży i przemytniczkę papierosów zostaje zawrócona na Ukrainę. Jadąc dalej dowiadujemy się o przegranej Adamka, a mnie (Ryszarda) poinformowano że jak będę dalej kupował bilety w kasie, a nie u kierowców to potraktują mnie jak Adamka. Nie skończyliśmy się śmiać, kiedy trzeba wysiadać w Suceava (Rumunia). Dojście do Domu Polonii zajęło nam kilkanaście minut (dobrze że blisko) z tobołkiem na plecach i jesteśmy na miejscu. Z nowoczesnym z czystymi i zadbanymi pokojami.
16.09.11
Witamy
Jesteśmy w Bolti w Mołdawii, skąd wyruszamy do Kiszyniowa, chociaż kontakty z panią, oferującą wcześniej gościnę się urwały ze względu na nieprzyjemne kłótnie wewnątrz Polonii zamieszkującej te rejony świata. Spróbujemy zwiedzić Kiszyniów i wieczorem nocnym autobusem pojechać do Bukaresztu ? 17.09.2011. Jeżeli konsulat załatwi nam nocleg to zostaniemy, jak nie to jedziemy kolejny raz na noc do Sofii, 18.09.2011. Sprawy kontaktów na miejscu nie są w zbyt dobrej kondycji, ale jesteśmy przekonani, że będzie lepiej.
16.09.11
Po dotarciu do Domu Polskiego przyjęła nas pani Elżbieta. Zapewniono nam wspaniałe warunki noclegowe, za co składamy gorące podziękowania. Jednak nie udało się w tak krótkim terminie zorganizować kontaktów z miejscową Polonią. Pani Stanisława - redaktor czasopisma polonijnego ?Polonus? w Suczawie również starała się nam pomóc, mimo zaangażowania czas nie pozwolił na dłuższe spotkanie. Chcieliśmy odwiedzić Polaków w Nowym Sołońcu. W tej sprawie Dom Polonii (w naszym zrozumieniu koordynator kontaktów z Polonią) niestety nie był pomocny. Trafiliśmy na czas weekendu, w związku z tym nie mogliśmy skorzystać z pomocy telefonicznej. W tym wypadku skorzystaliśmy z zaproszenia pana Marcina - kierownika polskiej wycieczki po Rumuni. Przyłączyliśmy się więc do wycieczkowiczów na objazd po północnej części Rumuni, z czego skorzystaliśmy i za co bardzo dziękujemy. Nawet otrzymaliśmy drobne wsparcie finansowe od pani o imieniu Aleksandra. To czasem wydaje się mało prawdopodobne, ale na całym świecie spotkać można tak fantastycznych Polaków. 14.09 z samego rana wyjechaliśmy do przygranicznej miejscowości Jasi, gdzie przesiedliśmy się na autobus międzynarodowy, który zawiózł nas do Mołdawii, miejscowość Balti bardzo różniącej się od Suczawy.
W Bati spotkało nas bardzo miłe przywitanie, odebrano nas z dworca. Pani Helena - redaktor czasopisma polonijnego ?Jutrzenka? i pani Larysa prezes uniwersytetu trzeciego wieku - rejon całej Mołdawii. Obie panie zajęły się całą organizacją naszego pobytu na mołdawskiej ziemi, w odróżnieniu od pani Eweliny - dyrektor Domu Polskiego w Bolti, która mimo prośby o koordynacje naszego pobytu i zorganizowania kontaktu z Polonią w Kiszyniowie całkowicie nas zignorowała. Wydawać by się mogło, iż Dom Polski właśnie powstał, żeby koordynować i pomagać w kontaktach z Polakami tu zamieszkującymi, a takiej woli nie odczuliśmy. Spotkaliśmy również pana Stefana - prezesa Stowarzyszenia Ukraińców, który zaprosił nas do Domu Ukraińskiego, pokazując nam czym się zajmują. Choć kontakt w Mołdawii się urwał jedziemy do stolicy Mołdawii, skąd wieczorem po zwiedzeniu Kiszyniowa jedziemy do Bukaresztu. W Bukareszcie pozostaniemy 1-2 dni, a stamtąd udamy się do Sofii w Bułgarii.
17.09.11
Chcieliśmy jechać do Kiszyniowa, jednak odradzono nam gdyż zwiedzanie podziemnych winnic trzeba załatwiać z dużym wyprzedzeniem. Zdecydowaliśmy się na kierunek ponownie do Rumuni, do Bukaresztu. O 17.00 opuszczamy gościnną miejscowość Bolti i jedziemy dziurawą jak ser drogą do granicy mołdawsko-rumuńskiej, przez miasta i wioski Mołdawii, zaciemnione ponieważ kraj ma zbyt mały budżet na oświetlenie ulic.
Kolejny raz po szczegółowej kontroli - wjeżdżamy ponownie do Rumuni, gdzie w odróżnieniu od Mołdawii, na oświetlenie ulic pieniądze są. Rano kolejnego dnia o 5.00 dojeżdżamy do dworca o nazwie Filoret. Wszystko pozamykane, więc czekamy na otwarcie kas. Dowiadujemy się, że z tego dworca codziennie odjeżdża autobus do przygranicznej miejscowości Giurglu, a dalej po przekroczeniu granicy można przesiąść się do innego busa - do Sofii. Nie mamy przewodnika, mapy Bukaresztu i nie wiemy gdzie jesteśmy (mamy tylko ogólną mapę Europy), a laptop Jacka na razie pozostaje bezużyteczny. Dzwonimy na nasze kontakty telefoniczne do Konsulatu Polskiego, bez rezultatu, gdyż to sobota i konsulat zamknięty. Otrzymujemy sms z informacją od naszej koordynatorki Agaty (Dookoła Świata) kolejne telefony kontaktowe. Udaje nam się skontaktować z Konsulem Honorowym panem Robertem Mielcarkiem z Siedmiogrodu, który zaprasza nas do siebie (500 km) oczywiście nie jest nam po drodze. Jednak pan Robert jest bardzo uprzejmy, udziela nam pomocy w nawiązaniu kontaktu z Konsulem panem Pawłem Bogdziewiczem, który z kolei kontaktuje nas z prezesem Domu Polskiego w Bukareszcie, gdzie zapewniono nam nocleg na dwa dni. Składamy ogromne podziękowania panom za udzielenie pomocy i zainteresowanie naszą wyprawą. W niedzielę 18.09 rano zaproszono nas na spotkanie w polskim kościele, tam też spotkaliśmy Konsula pana Bogdziewiczem. Skorzystaliśmy z okazji, by osobiście podziękować za koordynację naszej wizyty w Rumunii. Równie miłym dla nas zaskoczeniem było również spotkanie obecnego tam Ambasadora RP w Bukareszcie pana Marka Szczygła oraz prezesa Domu Polskiego pana Bogdana Polipczuka . Zostaliśmy zaproszeni na spotkanie z częścią mieszkającej tam Polonii, gdzie dowiedzieliśmy się wiele z historii Rumuńskiej Polonii. Zwiedziliśmy też Bukareszt z niesamowitą panią Eugenią Duta, tłumaczką, pracownikiem Ambasady RP), której życiorys mógłby być tematem niejednego scenariusza. W jej towarzystwie oraz dyrektora Mostostalu z Siedlec (na kontrakcie) zwiedziliśmy też Parlament Rumuński, swoja kubaturą ustępuje tylko Pentagonowi, gdzie Jacka w trakcie kontroli przed wejściem chciano rozebrać prawie do ?rosołu?, gdyż wykrywacz metalu wykrywał coraz to inne części jego wyposażenia.
Wracając jeszcze do naszego spotkania w Domu Polskim, otrzymaliśmy od pana prezesa Polipczuka kontakt w Sofii, jakie było nasze zdziwienie, że tym kontaktem okazał się arcybiskup Janusz Bolonek - ambasador Watykanu na kraje Bułgaria i Mołdawia!



Polski ksiądz, Jacek Polipczuk - prezes Domu Polskiego, Jacek Michalski, konsul - Paweł Bogdziewicz, Ryszard Tunkiewicz, Ambasador RP

Stary Dom Polski

Nowy Dom Polski
19.09.11
Rano opuszczamy gościnny Dom Polski w Bukareszcie i jedziemy na dworzec Filaretów w towarzystwie Pana Juliana, który pomaga nam zrozumieć, dlaczego autobus który miał odjechać zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią o 8.00 (sobotnia), odjechał o godz 6.30. Na takie numery w przyszłości musimy uważać!
Szybko jedziemy na inny dworzec skąd busikiem udajemy się do przygranicznej miejscowości Giorgiu. Następnie taksówką przejeżdżamy przez most graniczmy na Dunaju (autobusom nie wolna przejeżdżać mostu) do miejscowości już w Rumuni ? Ruse, gdzie wsiadamy do autobusu z klimatyzacją do Sofii. Po 4 godzinach jazdy w niesamowitym upale, nawet klimatyzacja nie pomagała - 35 stopni ciepła, znaleźliśmy się na dworcu centralnym gdzie natychmiast skontaktowaliśmy się telefonicznie z Arcybiskupem Januszem Bolonka, którego kierowca odebrał nas z dworca, zawiózł na teren Noncjatury czyli Ambasady Watykanu. Właśnie w tym miejscu, w czasie pobytu w Bułgarii mieszkał Papież Jan XXIII, a także Jan Paweł II. Zostaliśmy ugoszczeni wspaniałym poczęstunkiem, znaleziono dla nas również wspaniałe pokoje.
20.09.11
Rano mamy przyjemność spotkać się z Arcybiskupem, przemiły, wspaniały człowiek, który zaskoczył nas swoją bezpośredniością, chętny do rozmowy i żartów, dyplomata najwyższej rangi, bardzo kontaktowy, podróżnik, przekazał nam kontakty w Ameryce Południowej.
Następnie jako, że mamy podobne zamiary (siostry muszą odebrać paszporty w konsulacie), a my spotkać się z Konsulem RP w Sofii - Panem Wojciechem Gałązka, do Konsulatu podwozi nas kierowca Arcybiskupa. Spotykamy się z Konsulem, którego w trakcie miłej rozmowy informujemy o celach naszej podróży. Następnie uzyskujemy potwierdzenie możliwości spotkania o godz 15.00 z Ambasadorem RP w Sofii ? panem Leszkiem Henslem, na które jedziemy w towarzystwie Arcybiskupa. O godz 15.00 przyjmuje nas Ambasador wraz z Konsulem. W trakcie półgodzinnego spotkania udał się w wielkim skrócie opowiedzieć o naszej wyprawie Śladami Polonii na Świecie, przedstawić trasę podróży, a także złożyć sprawozdanie z doświadczeń, jakie mamy. Po spotkaniu w Ambasadzie spotykamy się z Prezesem Polskiego Stowarzyszenia Kulturalno-Oświatowego im. Władysława Warneńczyka, odwiedzamy polską szkołę, później wraz z paniami Danutą i Urszulą ze Stowarzyszenia uczestniczymy w degustacji bułgarskich narodowych potraw w jednej z sofijskich restauracji. Bardzo dziękujemy.
Teraz jedziemy do Plawdiw, a następnie do Turcji.
28.09.11
Właśnie dotarliśmy do Jordanii do słynnej Petry i nie bez powodu tak o niej się pisze i mówi, bowiem jest cudowna! Bardzo mało ludzi, prawdopodobnie wystraszyła turystów i zwiedzających wojna w Syrii. Za kilka dni mamy prom do Egiptu. Miniemy Kair i w dalszą drogę.... Jak znajdziemy internet opowiemy co się działo przez te ostatnie kilka dni. Pozdrawiamy.

Jordania Spotkanie z konsulem panem Piotrem Leszczyńskim
01.10.11
Dotarliśmy do Petry, mieliśmy dużo czasu, aby ją obejrzeć, mogliśmy więc dać upust naszym zachwytom. Petra jest prawdziwym cudem pracy rąk ludzkich w połączeniu z naturą i nie bez powodu znajduje się na liście światowego bogactwa UNESCO. Petra, po polsku skała ? docieramy do niej wąwozem As-Sik, to była stolica Nabatejczyków, która swoją świetność przeżywała między III w. p.n.e. a I w. n.e. Budowle wyrzeźbione w skałach mienią się różnymi kolorami sprawiając wrażenie jakby życie się w nich toczyło. Niestety o zachodzie słońca musieliśmy opuścić to miejsce. Nocleg spędziliśmy na pustyni Wadi Rum, rozsławionej na świecie przez oficera brytyjskiego Thomasa Edwarda Lawrence'a, działającego w tym regionie w latach 1917-1918, w okresie antytureckiego powstania arabskiego. Noc oczywiście spokojna, bowiem Wadi Rum właśnie słynie z noclegów proponowanych przez tour operatorów swoim klientom w ramach ?śladami Beduinów?. Rano opuszczamy Jordanię i jedziemy do Egiptu.
02.10.11
Jesteśmy w Sharm El Shejk w południowym Egipcie, niestety na prom, którym popłyniemy do Kairu musimy czekać cały tydzień. Jeden prom tygodniowo i właśnie nam odpłynął. Zbudowaliśmy szałas na plaży, dobrze że tak gorąco i ... czekamy.

Dolina Królów

Egipt Sharm El Sheikh. Nasza chatka Robinsona.
08.10.11
Planowane skrócenie drogi przez Morze Czerwone nie powiodło się ? brak połączenia promowego. Nawiązaliśmy kontakt z Polką i właśnie otrzymaliśmy domową gościnę. Bardzo trudno jest zgrać jakieś połączenia przez morze, ale cały czas próbujemy i zobaczymy co z tego wyjdzie.
12.10.11
Po wielu dniach spędzonych na pustyni dotarliśmy do Asuanu, miasta spełniającego bardzo ważną rolę w Starożytności, położonego po wschodniej stronie Nilu w południowym Egipcie. Jednak prom, którym popłyniemy do Sudanu, do miejscowości Wadi Halfa odpływa w poniedziałek. W Hurgadzie spotkaliśmy się z Polonią, było bardzo miło, spędziliśmy bardzo miło czas. O tym napiszemy później.

Na pustyni
Piątek, 7.10.2011
ok. godz.10 udałem się do portu i okazało się, że prom będzie w następnym tygodniu. W tej sytuacji można tak czekać kilka miesięcy o czym dowiedzieliśmy się kilka dni później, Egipcjanie wstydzą się przyznać do swoich niedomagań. W tej sytuacji nie pozostało nic innego jak pożegnać nasze urocze miejsce oraz chatkę Robinsona i innym środkiem transportu dostać się do Hurghady. Wcześniej gdy Ryszard budował chatkę Robinsona ja wyruszyłem w teren i dowiedziałem się, że można autobusem dojechać do Hurghady. Tego samego dnia taxi za 20 EL (egipska waluta) pojechałem na dworzec autobusowy i kupiłem dwa bilety po 100 EL do Hurghady na godz. 6 popołudniu. Następnego dnia o godz. 4 byliśmy już na miejscu. Autobus marki Mercedes był bardzo niewygodny. W poniedziałek 3 października wyruszyłem na Policję, aby zarejestrowano nasz pobyt, podobno trzeba o tym zawsze pamiętać, nie dotyczy to osób zatrzymujących się w hotelu. My jednak nie nocowaliśmy w hotelu. Zasługuje to na bardziej szczegółowy opis, ale o tym innym razem. Skrótowo - po spędzeniu 3,5 godz. na posterunku policji ?Police Tourism? nic nie załatwiłem, ponieważ nie udało mi się wytłumaczyć, a funkcjonariusze nie mogli zrozumieć, że ja chcę zarejestrować swój pobyt. Twierdzili, że wiza jest w porządku.
Sobota, 8.10.2011
o godz.4 byliśmy w Hurghadzie. Złapaną taksówką dojechaliśmy do Gobal Hotel i za 70 EL bez śniadania dostaliśmy pokój dwuosobowy. Warunki znośne, ale ciepła woda ograniczona.
Po południu w kawiarni Red See Akwariumo spotkaliśmy się z Polką mieszkającą w Hurghadzie, p.Magdaleną, która wyszła za mąż za Egipcjanina i ma dwoje dzieci. Powiedziała nam wiele ciekawych rzeczy co do panujących w tym kraju zwyczajów. Najważniejsze, że nie przyjmuje się gości na nocleg, a kobieta nie może wyjść czy spotkać się choćby z przyjaciółmi bez wiedzy i zgody męża.
Niedziela, 9.10.2011
Wyruszyliśmy na poszukiwanie restauracji z krabami w starej części miasta. Zjedliśmy kraba na pół za 35 EL/kg. Czas oczekiwania to godzina. Praktycznie to było więcej zajęcia przy kosteczkach niż jedzenia prawdziwego, ale musieliśmy posmakować tradycyjnej kuchni i owoców morza. Mieliśmy okazję spotkać kolejną Polkę p. Małgorzatę, ale kiedy pojechaliśmy pod wskazany market, okazało się, że pomyliliśmy adres. Byliśmy na drugim końcu miasta. Ze spotkania wyszły nici.
Poniedziałek, 10.10.2011
Pani Elżbieta zasponsorowała nam rejs statkiem z obiadem i dwukrotnym podwodnym kursem nurkowania w kombinezonie i z butlą tlenową w asyście instruktora. Umówiliśmy się więc na 9.oo rano. Nurkowanie pod wodą z butlą tlenową na głębokość 5-6m to niesamowite przeżycie. Jestem nowicjuszem, ale gorąco polecam. Na statku p. Małgorzata przekazała nas swojej koleżance p. Agnieszce, która przejęła opiekę nad nami.
Serdecznie dziękujemy Pani Elżbiecie za sponsoring podwodnego kursu nurkowania a Pani Agnieszce za czułą opiekę.
Tego samego dnia po południu spotykaliśmy się z inną Polką P. Małgorzatą. Tym razem mamy więcej szczęścia i docieramy we właściwe miejsce i po ponad godzinnej rozmowie otrzymujemy potwierdzające informacje, które już wcześniej zdobyliśmy co do zwyczajów panujących w Egipcie.
Wtorek, 11.10.2011
Opuszczamy Hurghadę i autobusem o godz. 11.30 za 50 EL/os jedziemy do Aswan. Bilety kupuje się w autobusie. Ominęły więc nas problemy z kasami i kolejkami. Przyjeżdżamy do Aswan o godz. 22.25. W autobusie oprócz nas nikogo nie ma, jesteśmy jedynymi pasażerami. Kierowca próbował wydobyć od nas dodatkowo kasę za rzekome podwiezienie do centrum miasta. Oczywiście odmówiliśmy i wzięliśmy taxi za 10 EL, którym dostaliśmy się do Hotelu Nubian Onasis. Bardzo dobry i tani hotel oraz świetnie położony. Pokój dwuosobowy to 30 EL. Ubikacja i prysznic na korytarzu. Bardzo miła i uczynna obsługa bardzo pomocna. Są też pokoje o wyższym standardzie z łazienkami i tv.
Środa, 12.10.2011
Kupiliśmy bilety na prom do Sudanu Wadi Halfa po 322 EL/os z jedzeniem. Najdroższe to 501 EL, 322 EL i dzieci 194 EL. Płynie się ok. 24 godzin.
Prom kursuje tylko w poniedziałki ok. Południa. Dojechać trzeba pociągiem za 1 EL o 7.30 z dworca Aswan do portu. O godz.12 port zamykają.
Idziemy do portu nad Nilem i wynajmujemy żaglówkę za 30 EL/1h. Wieczorem jesteśmy na żaglówce u naszego nowo poznanego przyjaciela o imieniu Aszeraf Mohamed.
który oferuje nam rejs 3 dniowy z jedzeniem za 200 EL Aswan-Luxor po 1,5 dnia w jedną stronę.
Czwartek, 13.10.2011
O godz. 3.30 rano z hotelu wyjeżdżam na wycieczkę do Abo Simbel minibusem za 70 EL. Wstęp do świątyni to 95 EL. Przekonuję kasjera po angielsku, że jako senior mam zniżkę i po targu dostaję bilet ulgowy tak jak student. Przy wejściu poproszono mnie o legitymację uprawniającą do zniżki to pokazałem naszą polską i wszedłem. Naprawdę to nie wiem czy mi przysługiwała zniżka bo była wyszczególniona tylko dla studentów. Ponieważ Ryszard był już wcześniej to nie uczestniczył w wycieczce. Jest to wspaniała rzecz i warto te świątynie zobaczyć, aby uświadomić sobie ile pracy i czasu kosztowało przeniesienie tych świątyń w częściach w inne miejsce. Powrót ok.12.30 w Aswan. Standardowo przeznacza się na zwiedzanie Abo Simbel 45-90 min.
Puszka piwa w sklepie unikalnym znanym między innymi nam z zaplecza to koszt 10 EL 4%alk SAKARA. Znamy hurtownię gdzie sprzedaje za 9 EL puszka.
W sklepach nie ma alkoholu ani piwa.

Jordania Port Agaba
Piątek, 14.10.2011
Spacer po mieście i chodzenie po sklepach z aparatami fotograficznymi bo Ryszardowi zepsuł się sprzęt foto. Wieczorem poszliśmy z wizytą do naszego przyjaciela Aszeraf Mohamed i umówiliśmy się, że jutro o godz.12 pojedziemy do niego na farmę i on nam pokaże gdzie i jak mieszka.
Piątek jest w Egipcie dniem wolnym od pracy. Banki są pozamykane. Handel uliczny otwierany dopiero wieczorem.
Sobota, 15.10.2011
Ok. godz.12 spotkaliśmy naszego Mohameda w taksówce, który prawdopodobnie już nas szukał i pojechaliśmy do jego Vilige. Było bardzo przyjemnie leżeliśmy pod palmami, zajadaliśmy dojrzałe daktyle i piliśmy ?tee? słodzoną. Zobaczyliśmy przez kilka godzin jak naprawdę ludzie żyją na wsi. Ok.17 poczęstowano nas miejscowym obiadem: ryż gotowany, sos specjalny, pomidory, kotleciki warzywne, sałatka, bakłażan, woda itp. Na końcu herbata.
Nasz Friend ma bardzo ładne dzieci 2 dziewczynki i chłopiec w wieku od 3 do 5 lat. Podobno ma też bardzo ładną żonę, ale nam jej nie pokazał. Tak nam powiedział jego przyjaciel - nauczyciel z miejscowej szkoły, do której uczęszcza aż 350 dzieci. Ok. 17.30 powrót do Aswan i smutne pożegnanie. Wieczorem Ryszard kupuje nowy aparat fotograficzny.
Na szczególną uwagę zasługuje niesamowita życzliwość tych ludzi w stosunku do nas. Z uwagi na nasze uliczne życie jesteśmy bardzo znani w okolicy. Kiedy jeden z nas porusza się po mieście to podchodzą i mówią gdzie, i kiedy widzieli drugiego Frienda. Niektórzy znają polskie słowa
np. jak się masz, dzień dobry itp. My żywimy się ze straganów, pijemy wodę z ogólnie dostępnych miejsc nadającą się do picia itd.
Następny przykład to wczoraj recepcjonista Ahmed o godz. 21 specjalnie poszedł z nami do miasta aby kupić taniej aparat fotograficzny dla Ryszarda i to naprawdę bezinteresownie.
Co do internetu i nie tylko to obowiązują odrębne ceny dla miejscowych kilkakrotnie niższe i kilkakrotnie droższe dla cudzoziemców. Jeżeli internet kosztuje 2 funty egipskie dla Egipcjan to od nas chcą 20 funtów za godzinę. Proszę wierzyć sprawdziliśmy nawet wersję darmową w jednym z hoteli i okazało się 30 Funtów za godzinę. Kurs wymiany to 1$=5,95 funtów egipskich, ale oni liczą w handlu 5,50 FE a nawet 5,00 FE.
Niedziela, 16.10.2011
Pakowanie bagaży i zakup żywności na drogę na jutrzejszą 24 godzinną podróż do Sudanu.
Poniedziałek, 17.10.2011
Jesteśmy w Aswanie w hotelu. O godzn6.20 idziemy na piechotę z bagażami na stację kolejową. To jest jakieś 500m od naszego hotelu, nawet nie warto brać taxi.
Po rozmowach z miejscowymi zlokalizowaliśmy pociąg dużo wcześniejszy niż nam podano (podano o godz.8.00)przy zakupie biletów i za 3 funty egipskie na 2 osoby jedziemy do portu w Aswanie, skąd mamy statek do portu Wadi Hajfa. Po 15-20 min. wysiadamy z pociągu (miejscowi nam wskazują kiedy) i udajemy się do portu na pieszo jakieś 400-500m. Jesteśmy na miejscu około 7.40. Przed wejściem do portu kupa ludzi i niezliczona ilość bagaży, a wielkość ty ch bagaży wjeżdża przekracza nasze wyobrażenia o możliwości transportu takich gabarytów. Jest tam wszystko: koszule, pralki, lodówki, dywany, koce, pledy i inne rzeczy. Z drugiej strony jest to jedyny środek transportu raz na tydzień i tylko w poniedziałek. Port otwierają o godz 9.00 tak, że mamy dużo czasu aby poobserwować co się wokół nas dzieje. Około godz.8.30 ( tuż obok portu jest stacja) wjeżdża nasz pociąg, który mieliśmy podany wcześniej przy zakupie biletu. Innym pociągiem też można dojechać, ale wtedy trzeba te 500m dojść do portu. Dla nas nie było problemem dojście do portu. Statek powinien odpłynąć około południa, jednak nie jest sprecyzowana dokładnie godzina, póżniej kojarzymy dlaczego.
O godz.9.00 zostajemy wpuszczeni do portu i tu zaczyna się bieg z bagażami do bramy wejściowej około 200m, a później przepychanki nawet bitwa miejscowego z wojskowym. Muszę się pochwalić, że mieliśmy całkiem dobry czas w stosunku do dużo młodszych. Tak na oko to ulokowaliśmy się
w pierwszej trzydziestce wchodzących do portu. Najgorsze były przepychanki i pchanie się z boku miejscowych, ale my już mieliśmy wyższy stopień wtajemniczenia i wiedzieliśmy jak sobie poradzić. Z nami było dwóch Japończyków, którzy też płynęli do Wadi Halfa. W Wadi Halfa ich zgubiliśmy.
Po przejściu kilku kontroli, wypełnieniu deklaracji i zapłaceniu za nią 1 funta egipskiego za znaczek znaleźliśmy się na statku. Oczywiście statek miał też kabiny za 501 funtów egipskich, ale nie dla nas. Nikt nie był w stanie dokładnie określić gdzie mamy zająć miejsca. Początkowo skierowano nas na górny pokład, gdzie słońce niemiłosiernie grzało a cienia nie można było znaleźć ani jednego centymetra. Po paru minutach szybko zeszliśmy na dolny pokład z ławkami i działającą klimatyzacją. Dobrze, że byliśmy w czołówce więc jeszcze były miejsca. Póżniej okazało się, że ten pokład był całkowicie zapełniony bagażami wraz z ich właścicielami. Statek wypłynął dopiero o godz 17.30. Do tego czasu trwało ładowanie bagaży i przenoszenie na górny pokład. Na statku około godz 14.00 dostaliśmy obiad:kurczak, ryż, sałatka w ramach biletu. Najciekawszym folklorem na statku to jest przenoszenie niesamowitych ilości i wielkości bagaży. Na przeciwko mnie siedział Sudańczyk, wyglądający na 80 lat, a jego bagaż to 5 wielkich waliz. Oczywiście on tego nie dźwigał bo widziałem, że pomagali mu inni młodsi być może z rodziny. Wieczorem załatwiamy formalności z kartą pokładową na górnym pokładzie gdzie jest ciemno i niesamowity tłok. Przy pomocy nieznajomego udaje nam się dotrzeć we właściwe miejsce i załatwić sprawę. Kilka godzin po północy udało nam się zdrzemnąć się na bagażach.
Wtorek, 18.10.2011
O godz 13.00 statek dobija do portu Wadi Halfa w Sudanie. Na koniec podróży miejscowi pokazują nam, że powinniśmy mieć pieczątkę na karcie pokładowej. Drogą znaną tylko miejscowym od tyłu udaje nam się załatwić te formalności i po wypełnieniu formularza po angielsku dostajemy kopię, którą mamy zwrócić przy wyjeździe. Około godz. 3pm opuszczamy statek i autobusem dojeżdżamy do punktu kontroli (ok.500-600m). Kontrola bagaży, każdy bagaż sprawdzony ma przyklejaną czerwoną karteczkę(1x1cm). Przy wyjściu inny celnik podpisuje tą karteczkę i udajemy się na postój miejscowych taksówek. Za 5 funtów sudańskich / os dojeżdżamy do pierwszego hotelu Alneel w Wadi Halfa. Dostajemy pokój 4 osobowy niezbyt ciekawy, ale na te warunki to luksus. Dobija do nas 2 Sudańczyków, jeden ze statku razem ze swoim kuzynem. Koszt to 10Fe/os. Większość Sudańczyków spała na dworze - my w pokoju.

Sudan granica
Środa, 19.10.2011
Wstajemy o godz. 5 rano, autobus do Khortum mamy o godz. 6.25 idziemy pieszo na przystanek autobusowy około 600-700m. Autobus odjeżdża o godz.6.30.. Bilet to 85 funtów sudańskich / os. Kurs wymiany w porcie Aswan to 1$-3,55 funta sudańskiego. W Banku dają znacznie mniej. W Khortum załatwił nam Friend z Hotelu Concorde za 4,10 to jest, jak powiedział very, very good. W autobusie dostaliśmy wodę (ile chcesz), ciasteczko, sok z jabłek 0,33l w ramach biletu. Po wyjściu z autobusu otoczyli nas taksówkarze z propozycją podwiezienia do hotelu. Ponieważ wcześniej
mieliśmy hotel z przewodnika, to poprosiliśmy o zawiezienie nas do hotelu Wadi Halfa. Były przepychanki co do ceny transportu, ale w końcu znalazł się jeden co zgodził się zawieźć nas za 10 Funtów sudańskich. Po przybyciu na miejsce okazało się, że wszystkie hotele są zajęte i nie ma szans na nocleg. Z taxi sprawdzamy wolne hotele np. Dubai za 400 funtów sudańskich / 2os jest wolny, ale nie na naszą kieszeń, następny za 180 funtów sudańskich / 2os. Znajdujemy Hotel Concorde w tej samej okolicy stara część miasta za 120 funtów sudańskich / 2os i decydujemy się na nocleg. Póżniej na spacerze nocnym znajdujemy hotel za 75 / 2os, ale już jest za późno. Następny dzień mamy liczony za 40 / 2os. Pokój wyposażony w telewizor, lodówkę. Po 2 nocach przenosimy się do innego pokoju na 3piętro, bez tv i lodówki na trzy noce aż do niedzieli.
Osobny rozdział, podobnie jak w Egipcie to Registration During Three Days w Sudanie. Do późnego wieczoru pierwszego dnia trwała dyskusja co do meldunku wśród personelu hotelu. Powiedzieliśmy, że jesteśmy w tym hotelu za tą cenę tylko pod warunkiem załatwienia Registration. Stanęło, że jutro ma być załatwione. Po godz. 11.00 recepcjonista poszedł z naszymi paszportami dokonać zgłoszenia. Po 4 godzinach wrócił i zmuszony byłem pojechać z nim razem na lotnisko, gdzie te sprawy się załatwia. Po wypełnieniu druków dla mnie i Ryszarda przekazaliśmy je do Biura na lotnisku do załatwienia. Po paru minutach zwrócono je nam, wyjaśniając że to możemy załatwić w Kassala opuszczając Sudan. Nie ważne są trzy dni może być 4, 5, 6 itd. W tej sytuacji wróciliśmy do Hotelu z niczym. Mamy jedynie coś napisane po arabsku na formularzu zgłoszenia Ryszarda. Jest to jedyny ślad naszego zgłoszenia się i starań załatwienia wszelkich teoretycznie niezbędnych formalności. Należy zaznaczyć, że koszt meldunku to 110 +10 = 120 na osobę. W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że jest Ambasada Jemenu i Indii w Khorthum. W niedzielę rano udajemy się tam bo Jemenu powinna być czynna, a może nawet Indii. W czwartek nie mogliśmy nic załatwić w Ambasadach z uwagi na Registration, piątek dzień wolny, sobota wolne.
Wieczorem zjadam szaszłyki na grillu (chyba baranina, ale dobre),2 placki, sos, sałatka i woda zimna do woli za 7 funtów, Ryszard za 10 funtów - kurczak pieczony na grillu, sałatka , 2 placki, woda. Dzbanek uzupełniany na bieżąco zimną wodą i wszyscy piją jednym kubkiem.
My już jedzenie na mieście w takich warunkach przećwiczyliśmy w Egipcie. Jest znacznie tańsze i zawiera wszystkie składniki. Tam, gdzie dużo ludzi spożywa potrawy miejscowe jest duża pewność, że jedzenie jest świeże. Przypomniała mi się jeszcze jedna sytuacja z Wadi Halfa. Wieczorem poszliśmy na spacer z myślą o spożyciu kolacji. Podszedłem do jednego ze straganów i widzę, że nosi tace, a na niej kurczak, placki, sos, sałatka i to wszystko za 12 funtów. Gdy poprosiłem o taką porcję to postawiono mi połowę tego co miejscowym,oczywiście zrezygnowałem. Poszedłem do innego straganu i za 8 funtów kupiłem świeżo pieczoną rybę. Dostałem jeszcze 2 placki, trochę pomidora,ogórka i to wszystko w gazecie bez sztućcy. Zjadłem i żyję. Wszędzie woda w dzbanku do popicia oraz osobne beczułki lub krany do umycia rąk. Należy zaznaczyć, że prawie wszystko spożywa się rękami np. placki macza się w sosie. Sudańczycy są bardzo gościnni i w trakcie jedzenia zapraszają do korzystania z ich sosów jeżeli się siedzi przy jednym stoliku. Wczoraj wypiłem 6 szklanek soków po ok.400ml, mango, pomarańcz, lemon po 1 funt za każdy. Ryszard wypił tylko 3 szklanki. Trudno przedstawić cały urok takiego życia ulicznego. To trzeba być w środku tego wszystkiego i czynnie uczestniczyć, a wtedy się widzi rzeczy i sytuacje, które są nieznane dla zorganizowanych grup turystycznych. Dla nas to codzienność.
I jeszcze jako ciekawostka, Sudanki widzą wszystko i potrafią powiedzieć, że mamy niebieskie oczy bo u nich to unikat. A Ryszarda często mylą z Arabem
bo cały czas chodzi w turbanie i rozstaje się z nim tylko do snu.

Sudan jedziemy do Wadi Halfa

Sudan Kassala
Piątek, 21.10.2011
Około godz. 8.00 wyruszamy z hotelu na pieszą wędrówkę w miejsce gdzie łączy się Nil White z Nilem Blue. Wstęp od 2 osób to 10 Funtów. Miejsce widokowe jest położone na wzgórzu skąd rozciąga się widok na odnogi Nilu i właściwy Nil. Jak ktoś chce to może przejść przez płot na dół i zejść do wody.
Po zaliczeniu Nilu udajemy się na dworzec autobusowy Berliner skąd ma odjeżdżać nasz autobus do Kassala. Pomimo strasznych kłopotów językowych (nie znają angielskiego), dzięki miejscowym naganiaczom udaje nam się uzyskać informacje co do godziny odjazdu i ceny. Autobus odjeżdża każdego dnia o godz. 8 rano, bilet kosztuje 47 funtów, a przyjeżdża następnego dnia o godz.4 rano. Nie wiemy w jakich godzinach jest czynna granica z Erytreą i jak tam się dostać. Cdn.
Sobota 22.10.2011
Pojechaliśmy na dworzec autobusowy Berliner sprawdzić autobusy do Kassala. Próbowaliśmy iść pieszo, ale to bardzo daleko i część drogi szliśmy, a część jechaliśmy. Okazuje się, że autobus odjeżdża codziennie o godz.8.00 za 47 SDD. Naganiacze nas zaprowadzili do agencji i do kasy dworcowej. Potem wieczorem poszliśmy na bazar gdzie można też zjeść pół kurczaka za 8 SDD.

Dworzec Berliner w Sudanie
Niedziela 23.10.2011
Pobudka o godz.6.00 rano, po godz.8.00 wyruszamy na poszukiwanie Ambasady Indii i Jemenu. Taksówką za 15 SDD dojechaliśmy do Ambasady Indii. Czynna od niedzieli do środy w godz.11.00 do 17.00. Ambasada Jemenu czynna od godz.9.00 do 17.00. Z Ambasady Indii wysyłają nas do biura, które przygotowuje wizy. W biurze mówią nam, że za mało czasu na wyrobienie wizy. Rezygnujemy i idziemy do Ambasady Jemenu. Konsul podczas rozmowy z nami wysyła nas do Ambasady RP, aby przynieść pismo z Ambasady RP wspomagające cel naszej podróży. Po dwóch godzinach wróciliśmy do Ambasady i czekaliśmy na rozmowę z Konsulem. Po 40 minutach wrócił do nas, po czym zaczął, że sytuacja jest niebezpieczna, a dla niego jest najważniejsze nasze życie, w związku z tym w obecnej sytuacji nie może nam dać wizy. Stwierdził, że najlepiej poczekać około dwóch do trzech miesięcy. Sytuacja z pewnością się zmieni na lepsze i wówczas mamy do niego wrócić. Okazało się, że zna rosyjski więc Ryszard miał możliwość wykazania się rozmową w tym języku. Na początku wydawało się, że są duże szanse na wizę. Przyszliśmy do hotelu i kupiliśmy kubki wcześniej zamówione z napisem Erytrei po 15 SDD. Na jutro do podróży kupiliśmy po dwie połówki kurczaka, a sałatki zjadamy wieczorem.

Sudan Chartum
Poniedziałek 24.10.2011
Pobudka o godz.5.00 rano. Przed godz.6.00 taxi wiezie nas na dworzec Berliner. Naganiacze pomagają nam kupić bilety do Kassala po 48 SDD+ 4 SDD za bagaż. Handlarze w autobusie oferują do kupna różne owoce opakowane na styl zachodni ? europejski. Autobus odjeżdża o godz.9.20 zamiast o 8.00. W ramach biletu dostajemy w autobusie wodę, batonik i sok. Po drodze liczne straże i wojsko. Mijamy chyba z dziesięć posterunków gdzie należy zwolnić i ewentualnie okazać dokumenty oraz trzy przystanki planowe na posiłek. Dojeżdzamy do Kassala o godz.5.20 i po wyjściu z autobusu otacza nas tłum naganiaczy. Decydujemy się na Hotel Almak Nimir za 30 SDD((chciał 40 SDD). Taxi dowozi nas za 10 SDD (chciał 30 SDD), a żeby było ciekawiej to chciał 20 SDD na koniec, ale byliśmy nieugięci i stanęło na 10 SDD. Hotel jak w Wadi Hajfa z tym, że w pokoju tylko 2 łóżka i dużo mniejszy, a przez to spokojniejszy. Hotel jest położony w dobrym miejscu bo prawie w centrum, ale w bocznej uliczce . Wieczorem poszliśmy na spacer po mieście. Samo miasto jest wieczorem bardzo towarzyskie, wszędzie siedzą faceci i piją herbatkę lub palą fajki. Nie spotykamy się z żadną wrogością wręcz z sympatią i zainteresowaniem naszymi postaciami. Po drodze wypijam 3 soki z mango, cytryny przy mnie sporządzane. Rozmawiamy z miejscowymi co do dojazdu do granicy z Erytreą. Są różne głosy ale przeważa opinia, że trzeba wziąć taxi aby dojechać do granicy. Idziemy do kawiarenki internetowej, która jest dosyć daleko oddalona od naszego hotelu bo nie możemy trafić tak, że z powrotem dowozi nas nowo poznany znajomy samochodem. Na zapytanie o drogę do hotelu z grupy osób, która biesiadowała wstaje jeden z gości i specjalnie bezinteresownie wiezie nas do hotelu. Widać tu bardzo dużą życzliwość ze strony miejscowych w stosunku do obcych.
Co do miasta Kassala to liczy ok.420 tysięcy mieszkańców i wygląda dość obskurnie.

Wtorek 25.10.2011
Wstajemy o godz.7.00 rano i po śniadaniu idziemy do miasta skorzystać z internetu. Udaje nam się znaleźć nie tak daleko od nas jak wczoraj wieczorem. Opłata 2 SDD/godz. Wysyłamy wiadomości do Redakcji i udajemy się do hotelu ALMAK NIMIR, który musimy opuścić do godz.10 am. Za 10 SDD taxi dojeżdżamy do dworca autobusowego skąd ma być autobus do granicy z Erytreą. Po rozmowach z miejscowymi zgadza się jeden z kierowców z Toyotą bagażową za 40 SDD/2 os. (chciał 60 SDD) zawieźć nas do granicy z Erytreą. Jedziemy Toyotą na skróty wiadome tylko miejscowym cały czas podskakując na wybojach i mocno się trzymając aby nie wylecieć. Później wjeżdżamy na drogę główną asfaltową i bez problemu dojeżdżamy do pierwszego posterunku Sudanu gdzie są sprawdzane nasze paszporty. Na drugim posterunku Sudanu wnikliwy oficer pyta nas gdzie mamy Registration (zgłoszenie zameldowania), którego nie mamy bo nikt nie wiedział jak to załatwić. Nawet w hotelu średniej klasy w Chartumie nie wiedzieli jak to załatwić, a jak pojechaliśmy następnego dnia na lotnisko w Chartumie i wypełniliśmy odpowiednie wnioski to odmówili. Oficer każe nam wracać do Kassala Imigration i załatwić meldunek. W tej sytuacji nic innego nie pozostaje jak wracać do Kassala. Wracamy z tym samym kierowcą, który nas wiózł za 40 SDD i podwozi nas do Imigration. Jest godz.13.30.
Ryszard pilnuje bagaży, a ja idę z dokumentami z lotniska na Policję. Policjanci są przyjaźnie nastawieni co do meldunku (minęło 3 dni) informując mnie, że trzeba zapłacić 110 SDD, kopia paszportu, kopia wizy, jedno zdjęcie, wypełniony wniosek. O tym wszystkim my doskonale wiedzieliśmy i te dokumenty były przygotowane. Chcą mnie nawet poczęstować kawą i herbatą, ale w końcu staje na wodzie bo kucharza nie ma. Ponieważ nie mamy przy sobie tyle pieniędzy muszę jechać do centrum miasta za wynegocjowane 7 SDD, aby wymienić dolary. Udaje mi się wynegocjować korzystny kurs 1 $-3,8 SDD. Im więcej dolarów tym korzystniejszy kurs. Przy kwocie od 100 $ można uzyskać 4,00-4,10 SDD. Całość załatwienia sprawy trwała może około 1 godziny. Co ciekawe to wypełniony wcześniej wniosek na lotnisku tylko dołączany do sprawy bez zmian.
O godz.15.00 powtórnie wyjeżdżamy taxi Hunday Atos za 60 SDD w kierunku granicy Erytrei. Przed 16.00 jesteśmy na pierwszym posterunku Sudanu skąd po pobieżnej kontroli udajemy się na drugi posterunek Sudanu, gdzie pełni służbę nasz ,,znajomy? oficer. Szybko nas rozpoznaje i wyraźnie zadowolony z siebie szybko nas odprawia bez problemów. Bierzemy bagaże i mamy do przejścia do granicy Erytrei około 200 m, którą pokonujemy bez problemu. Problem się zaczyna dopiero na granicy Erytrei polegający na tym, że nasze plecaki są nie sprawdzane lecz wręcz trzepane. Wszystko jest wyjmowane, oglądane, sprawdzane itd. i kładzione prosto na asfalt drogi bo nie ma żadnego stolika. Nasze interwencje nie odnoszą żadnego skutku, a sprawdzający swoim ubiorem w żaden sposób nie przypominają służby celnej. Co ciekawe to z ubioru ni to wojsko ni celnik, bez mundurów i oznaczeń. Tu muszę nadmienić, że szczególnie kontrola skupiła się na Ryszardzie, który miał wyjmowane dosłownie wszystko z bagażu nawet sprawdzane tubki z pastą. W końcu udało nam się jakoś szybko spakować i udać do oddalonego o około 100m budynku. Jest godz.17.10, a granicę zamykają o godz.18.00. Oddajemy paszporty i czekamy. W międzyczasie dowiadujemy się, że nie ma możliwości wymiany dolarów na granicy a najbliższy Bank to w Teseney około 30 km dokąd mamy jechać. Ale żeby pojechać to trzeba mieć 100 NFa/os na bilet, a my nic nie mamy. Na miejscu są wymieniane jedynie funty sudańskie, gdybyśmy wiedzieli to nie wydalibyśmy ostatnich 20 SDD na granicy w Sudanie.
Minibus niedługo odjeżdża i jest to ostatni środek lokomocji na dzisiaj do Teseney. Jezeli nim nie pojedziemy to zostaje nam koczowanie do jutra, ale to nic nie da,ponieważ chodzi o pieniądze albo marsz wędrowny ok.30 km z czego wyraźnie się cieszy Ryszard bo ma okazję sprawdzenia swoich nóżek na ziemi afrykańskiej. Ja jestem wyraźnie poddenerwowany zaistniałą sytuacją i kategorycznie się upieram, że tyle kilometrów z bagażem to ja nie będę szedł. Najwyżej pożyczę od kogoś pieniądze, a jutro mu oddam po wymianie w banku. Niespodziewanie dosłownie na kilka minut przed odjazdem naszego minibusa sięgam do saszetki i znajduję 50 SDD. Własnym oczom nie wierzę, tyle razy sprawdzałem i nie było. Wiem jedno, że zawsze mi brakowało jakieś kwoty w stosunku do wymienionej i być może to była ta zguba. Jesteśmy uratowani. Szybko odnajduję człowieka ? kantor, co wymienia pieniądze, płacimy 200 NFa/2 osobę i pakujemy nasze bagaże na samochód bo za 10 minut odjeżdżamy. Tu chciałbym nadmienić, że za 50 SDD ja otrzymałem 500 NFa. Natomiast za 50 $ US tylko 750 Nfa. Rachunek co jest korzystniejsze zostawiam do analizy dla dociekliwych. Przed odjazdem naszego minibusa dowiaduję się od miłego człowieka, że należy zgłosić dolary dzisiaj lub jutro. Do naszego minibusa ładuje się drugie tyle osób co powoduje, że niektórzy jadą w dziwacznych pozach, ale my na szczęście mamy miejsca siedzące co nie znaczy, że nie odczuwamy tłoku. Po około pół godziny jazdy zatrzymujemy się gdzieś po drodze przy wiosce ze słomianymi dachami z informacją, że mamy iść na Policję. Reaguję z opóźnieniem co jest widoczne po okrzykach miejscowych w moim kierunku. Wyglądam jest już szaro i nie widzę żadnej Policji, ani posterunku, jednak idziemy za kilkoma osobami i dochodzimy do chatki, a w środku siedzi człowiek z małą latarką w ustach i spisuje dane oraz wwożoną walutę obcą. Po zgłoszeniu szybko udajemy się do naszego minibusa sądząc, że nasze miejsca są już zajęte przez miejscowych, a tu nic takiego. Każdy zajmuje pozycję wyjściową i w ogromnym tłoku i ścisku jedziemy dalej. Dojeżdżamy do Teseney pod Hotel WARSAY i za 150 NFa/2 osobę. Dostajemy pokój 2 osobowy bez wody i toalety. Za jakieś pół godziny w pokoju zjawia się ten sam miły człowiek, który informował mnie o zgłoszeniu dolarów w towarzystwie drugiego (później okazuje się, że to policjant) i udajemy się na spacer nocny poza miasto. Idziemy jakieś dwa km po ciemku i dochodzimy do prywatnego domu, gdzie po ciemku wchodzimy na I piętro i tam są spisane nasze wnioski o ilości wwożonej USD lub EUR. Pieniądze są dokładnie przeliczone przez nieznajomego nowego człowieka i zapisane w deklaracji, którą należy podpisać. Pieniądze można wymieniać tylko w Banku za pokwitowaniem, które należy okazać przy wyjeździe. Suma wywożonej USD lub EUR musi się zgadzać z deklaracją. Wracamy tą samą drogą do hotelu w towarzystwie tych samych osób. Zaznaczam, że policjant całą drogę siedział w minibusie obok Ryszarda, a miły człowiek obok mnie. Dziwny zbieg okoliczności czy zaplanowane działanie operacyjne. Zostawiam to dla dociekliwych.
Ja kładę się spać o 23.30, a Ryszard już dawno usnął.

Erytrea pustynne taxi
Środa 26.10.2011
Idziemy do Banku wymienić 50 $ USD i dostajemy 750 Nfa. Przed Bankiem zawsze siedzi ochrona z karabinem i sprawdzają paszport, a nawet potrafią zajrzeć do torby. Ogólnie nie byliśmy jakoś szczegółowo traktowani a raczej ulgowo. Zapłaciliśmy za dwie noce w hotelu 240 Nfa. Kupiliśmy bilety na autobus do Asmary po 115 NFa na następny dzień. Następnie poszliśmy na obrzeża Teseney do wioski składającej się z dużej ilości chatek ze słomianymi dachami i zeszło nam do wieczora. W wiosce nie robiliśmy za dużo zdjęć bo mieszkańcy nie życzą sobie, żeby byli fotografowani jak małpy w ZOO. O godz.17.30 przechodziliśmy koło szkoły podstawowej w której akurat skończyły lekcje wszystkie klasy. Proszę sobie wyobrazić gdy nagle setki dzieci wychodzą na ulicę rozbawione i wszystkie ubrane jednakowo w lekko niebieskich bluzeczkach i ciemno niebieskich spódniczkach, czy jak chłopcy spodniach. Jest to zdarzenie trudne do opisania to trzeba przeżyć aby w jednej chwili być otoczonym setkami dzieci z 3,4,5 klasy. Zaczynamy rozmawiać z dziećmi, niektóre znają słówka angielskie i mówią jak mają na imię. Dzieci są bardzo rozmowne i z ciekawością przyglądają się nam. W pewnym momencie Ryszard wyciąga aparat fotograficzny i zaczyna robić zdjęcia. Dzieci doskonale się orientują, że są fotografowane i w bardzo krótkim czasie Ryszard jest otoczony chmarą dzieci, a ja mu robię zdjęcia. Następnie dzieci naszym aparatem robią nam zdjęcia, ale wiele z tego nie wyszło. Było to naprawdę bardzo ciekawe przeżycie. Spotkanie z tak dużą ilością dzieci na kontynencie afrykańskim. Zajęci rozmową z dziećmi poszliśmy za daleko i później mieliśmy kłopoty z trafieniem do hotelu. Jak wracaliśmy to było już ciemno i wszystko wyglądało inaczej. Nagle idąc na skrót przez krzaki do hotelu zastępuje nam drogę człowiek z karabinem i żąda dowodu, a drugi siedzi w odległości kilkunastu metrów. Orientują się, że jesteśmy obcokrajowcami i odstępują od kontroli. Po tej przygodzie idziemy na piwo do hotelu obok pierwsza uliczka w lewo. Jest to jedyne miejsce gdzie sprzedają piwo od godz.18.00, butelka 0,33l miejscowego piwa to koszt 25 Nfa. Wypijamy po dwa piwa i udajemy się do hotelu bo jutro trzeba rano wstać.

Erytrea droga do stolicy Asmary
Czwartek 27.10.2011
Wstajemy o godz.4.00 rano, ponieważ autobus ma odjeżdżać o godz.5.00. Wychodzimy z hotelu około 4.40 na plac autobusowy, który jest w odległości kilkudziesięciu metrów od naszego hotelu i stawiamy bagaże w kolejności. Czekamy. Mija godzina 6.00, a my dalej czekamy w kolejce na autobus do Asmary. W pewnym momencie przychodzi młoda kobieta i zaczyna sprawdzać bilety. Odsyła nas do innego autobusu przydzielając przewodnika. Dochodzimy do autobusu, a tam dzieją się sceny drakońskie, bo kierowca nie wpuszcza ludzi do wnętrza autobusu. Daję mu dwa bilety i mówię, że zaraz wrócę z moim kolegą. On już wie, że ma jeszcze dwie osoby i musi nam zapewnić miejsce siedzące. Wracam z Ryszardem i wchodzimy do autobusu z naszymi plecakami. W autobusie jest wszystko, nawet w przejściu kura się trzepocze, a tym wszystkim my i nasze bagaże. W końcu dobijamy na koniec autobusu i czekamy stojąc bo miejsc siedzących już nie ma. Widać, że kierowca jest zaprawiony w takich sytuacjach bo tylne siedzenie zapełnia nami. Później okazuje się, że część osób nie miała biletów i zajęła miejsca takim jak my, mimo że bilety wykupiliśmy dzień wcześniej.
Nic na to nie poradzimy bo tu obowiązują ich wewnętrzne przepisy. Ruszamy o godz.6.20 i jedziemy w szóstkę w strasznym tłoku i ścisku na tylnej kanapie. Po trzech godzinach jazdy, kierowca robi postój na posiłek i zwalnia się miejsce z przodu na które przechodzi człowiek z tylu. Dalej jedziemy już w piątkę. Po drodze mijamy liczne posterunki wojskowe, ale kontrola nas omija za wyjątkiem jednej kiedy ,,służbista?próbuje należycie wywiązać się ze swoich obowiązków, ale zniechęcony bagażami w przejściu odstępuje od dalszej kontroli. Do Asmary dojeżdżamy o godz.13.30. Najpierw ja, a później Ryszard szukamy taniego Hotelu. Ryszard znajduje w centrum przy głównej ulicy Afabet Ave 119 Pension AWET za 140 NFa/2 os. pokój dwuosobowy. Później okazuje się, że jest to najtańsze lokum w okolicy, a ponadto w środku bardzo przyjemnie i czysto. Zgłaszamy swój pobyt na Policję i otrzymujemy dwa numerki, które dajemy recepcjoniście. Po pięciu minutach recepcjonista zwraca nam paszporty. Co on dalej z tym robił to już nie wnikaliśmy.
Piwo sprzedają w barze niedaleko nas od godz.20.00 i ta godzina jest przestrzegana. Butelka 0,33l miejscowego piwa to koszt 15 Nfa. Dla informacji w Markecie puszka 0,5l piwa Heineken kosztuje 90 Nfa, czosnek 1 Nfa, bułka 5 Nfa. Najtańsze wino 120 Nfa, mleko w pudełku 70 Nfa, Cola 23 NFa.
Tu chciałbym zwrócić uwagę, że jadąc do Asmary od połowy drogi cały czas jechaliśmy do góry, a w dole przepaście i doliny. Niesamowite widoki zapierające dech w piersiach, mnóstwo zakrętów, co kilkadziesiąt metrów i przepaście oraz półki. Okazuje się, że Asmara leży na wys.2347 m n.p.m.

Erytrea Asmara
Piątek 28.10.2011
Po godzinie 8.00 rano udajemy się taksówką za 60 NFa do Ambasady Jemenu. Zarówno kierowca jak i jego koledzy nie bardzo kojarzą gdzie to jest. Podpowiadam mu adres z Loney Planet. W końcu po kilkakrotnym pytaniu o drogę docieramy do Ambasady Jemenu. Pod Ambasadą zrobił nam awanturę, że za mało dostał aż musiał interweniować ochroniarz z Ambasady. Weszliśmy do budynku Ambasady bez problemu, a młoda i ładna dziewczyna poinformowała nas, że wnioski przygotowuje Biuro w Jemenie i należy za pośrednictwem poczty internetowej lub faxem wysłać do nich wraz z kopiamipaszportów. Dopiero po uzyskaniu zgody Ministerstwa w Jemenie należy się zgłosić do Ambasady Jemenu w Asmarze. Koszt wizy do Jemenu to 40$ + 40 NFa i dwa zdjęcia. Cykl załatwiania wizy może trwać 1-3 dni. Przygotowałem dokumenty do wysłania jeszcze tego samego dnia , ale niestety były trudności z połączeniem się z Biurem w Sanie. Po trzech dniach prób o różnych porach Pani od faxu poinformowała nas, że jest zły nr faxu i dlatego nie ma połączenia.
Byliśmy w Barze na ulicy Keren gdzie za 45 NFa+7 NFa Cola zjadłem całą michę bułki w sosie dosyć ostrym chyba z papryki i jeszcze czegoś. Już nie mogłem więc pomógł mi Ryszard. Jest to bardzo popularne danie serwowane na każdym kroku. Mnie to specjalnie nie smakowało bo było tylko kilka skwarek z mięsa, a reszta to rozdrobniona bułka i ostry sos. Idąc na Pocztę spotkaliśmy ,,Frienda?, który studiował na Kubie i jest mechanikiem urządzeń okrętowych, ale nie może znaleźć pracy. Chciał nam postawić herbatę, piwo, ale podziękowaliśmy. Był bardzo uczynny i zaprowadził nas na Pocztę do Faxu.
Powiedział nam,że podróż na Kubę by go kosztowała 4000$ lecz tej kwoty nie ma i w najbliższym czasie raczej nie będzie miał. Przed godz.20.00 poszliśmy do kawiarenki internetowej i przez blisko 1,5 godz. otwieraliśmy stronę i nie otworzyliśmy. Internet bardzo, bardzo wolno pracuje. W końcu Ryszardowi udało się otworzyć Pocztę po dwóch godzinach oczekiwania. Opłata za internet to 10 NFa za 1 godz.
Byliśmy również w Centrum Informacji Turystycznej w Asmarze. Nic nie mają oprócz mapy Asmary do wglądu na miejscu. Załatwiają też Pozwolenie na wjazd (permit) za 20 NFa do czterech miast. Poinformowano nas, że prom do Jemenu nie pływa, pozostaje więc tylko samolot do Omanu.

Erytrea Asmara
Sobota 29.10.2011
Pobudka o godz. 6.30 rano i śniadanie-sardynki + 2 bułki i herbata robiona przy pomocy grzałki. Po śniadaniu wyruszamy na Pocztę, żeby wysłać fax do JEMENU. Fax nie przechodzi i każą nam przyjść o godz.16.00. Odwiedzamy po drodze linie lotnicze egipskie, jemeńskie i erytrei. Jedynie linie lotnicze egipskie i jemeńskie mają loty Asmara-Sana-Aden za 250 $ i za 450$ Asmara-Sana-DOM-Muscat ( przez Katar). Idziemy do Informacji turystycznej i wykupujemy zgodę (permit) na jutro na wycieczkę objazdową starym pociągiem Asmara-Nefasit. Koszt wycieczki to 750 NFa(50 $). Jest to wycieczka całkowicie prywatna po kosztach własnych. Zgłaszamy się na Pocztę ale nie ma połączenia z Jemenem. Jak już pisałem wcześniej internet bardzo, bardzo wolno pracuje, nie można otworzyć naszej strony, telefony Plusa i Orange przestały działać jak znaleźliśmy się w Erytrei, pieniądze trzeba rejestrować i wymiana tylko w Banku, zarejestrowanie się na Policji. Oto podstawowe utrudnienia, z którymi się spotkaliśmy po przyjeździe do Erytrei. Nie znaczy to wcale, że jest tak źle, że nie może być gorzej. Po pewnym czasie człowiek się przyzwyczaja i nie robi to na nim wrażenia, tak było z nami. Ogólnie Erytrea to bardzo ciekawy kraj i jeszcze nie jest tak oblężony przez turystów jak inne. Dla informacji podaję, że Asmara leży na wysokości powyżej 2300m n. p. m. w górach. W samym mieście nie widać tych gór, dopiero jak się wyjedzie poza miasto to widoki zapierają dech w piersiach.
Szukamy Konsulatu lub Ambasady RP w ASMARZE. Niestety nie możemy znaleźć mimo pomocy napotkanego właściciela Toyoty, który ściąga nawet swojego kolegę z samochodem i jeździmy po dzielnicy Ambasad znajdując nawet Ambasadę Norwegii, Włoch czy Holandii, ale nie Polską. Strażnicy pilnujący Ambasad twierdzą, że jest, ale chyba mylą naszą z innymi Ambasadami. Trzeba przyznać, że znajomy napotkanego ,,Frienda? bardzo się przejął rolą i za wszelką cenę chce nam pomóc. Widząc, że nic z tego nie będzie dziękujemy znajomemu Frienda i opuszczamy samochód. Jeszcze wcześniej podjeżdżamy pod budynek, gdzie jest lokalizacja wszystkich ambasad na terenie Afryki i następnego dnia możemy tu przyjść i się popytać.
Należy zaznaczyć, że z taką postawą mieszkańców Erytrei spotkaliśmy się nie po raz pierwszy. Czesto byliśmy też zapraszani do wspólnego jedzenia, służono nam pomocą w zapytaniach o różne sklepy czy biura. W restauracji bardzo przyjemnie nas witano, nawet sam szef się nami interesował. Ogólnie trzeba przyznać że jest to naród nastawiony przyjaźnie do Europejczyków i bardzo ciekawy obcokrajowców. Nigdzie nie spotkaliśmy się z żadną wrogością mimo, że włóczyliśmy się wieczorami po Asmarze. Jak nie znaliśmy dobrze potrawy to bywalcy przy sąsiednich stolikach podpowiadali nam co jest dobre, a co nie należy zamawiać. Pewnego razu poszliśmy na piwo, ale nie było wolnego miejsca więc wyszliśmy. Ja jak sprawdzałem w barze czy jest miejsce to widziałem, że ktoś machał do mnie, ale nie zwracałem szczególnej uwagi bo takie sytuacje mamy na porządku dziennym.
Za chwilę wychodzi ,,Friend?i zaprasza nas do środka, znajdują dwa krzesła dla nas i częstują piwem. Po rozmowie okazuje się, że jeden z nich to ten co mi przedwczoraj podpowiadał, że danie za 90 NFa jest duże i bardzo dobre. Tak rzeczywiście było.
Niedziela 30.10.2011
O godz.7.15 rano wyruszamy z hotelu na stary dworzec kolejowy Asmara-Nefasit skąd w każdą niedzielę o godz.8.00 wyrusza stara lokomotywa wraz z wagonem na wycieczkę objazdową w sumie ok.60 km na trasie Asmara-Nefasit. Jest to kolej wąskotorowa o długiej tradycji. Wagon jest z drewnianymi siedzeniami, a okna są zasuwane drewnianymi żaluzjami. Kupujemy bilety po 750 NFa (50 $), a spotkany anglik na emeryturze stawia mi herbatę.
Punktualnie o godz.8.00 lokomotywa gwizdem daje sygnał do odjazdu. W sumie jest około 20 osób w tym: Niemiec, emerytowany Anglik, który już tu był wcześniej, kilka rodzin z dziećmi z Francji, my z Polski i miejscowi. Pociąg początkowo wolno pnie się pod górę i można robić zdjęcia. Przed nami ukazują się przepiękne widoki gór, a w dole kilkuset metrowe przepaście zapierające dech w piersiach. Jest to trudne do opisania . To trzeba zobaczyć. Zrobiliśmy bardzo dużo zdjęć. W koło tylko góry, przepiękne doliny, a my na skraju tych dolin rzędu kilkuset metrów poruszamy się wolno naszą ,,ciuchcią?. Chwilami jedziemy dosłownie wąskimi półkami na szerokość torów kolejowych, a obok przepaść kilkuset metrowa. Po drodze mijamy małe wioski oraz dzieci, które z ciekawością czekają na turystów wiedząc, że mogą coś od nich otrzymać. Ci ludzie żyją w górach bez prądu, a jak lokomotywa spuszczała wodę to miejscowi już byli ustawieni z bańkami. Polecamy bardzo tą wycieczkę bo naprawdę można zobaczyć jak wygląda obrzeże Asmary. Pociąg zatrzymuje się trzy razy w jedną stronę i podobnie w drugą. W trakcie tych postojów czyści palenisko, spuszcza wodę i uzupełnia, a my podziwiamy wspaniałe widoki i robimy zdjęcia. W drodze powrotnej pociąg jedzie znacznie szybciej bo z górki. O godz.12.00 jesteśmy z powrotem na stacji w Asmarze. Spróbujemy jakoś część tych zdjęć przekazać naszym, fanom?, ale bądźcie wytrwali, a wytrwałość popłaca. Musicie zrozumieć, że to nie jest takie proste jak się wydaje.
To zajmuje bardzo dużo czasu, a my podróżujemy autobusami często od rana do nocy. Hotele te tańsze nie mają internetu. Prosimy o wytrwałość i zrozumienie. Może nam się uda nadrobić w Omanie skąd właśnie piszę od przesympatycznej Pani Bożeny Polki zamieszkałej od ponad trzydziestu lat w Omanie, a siedzę już od kilku godzin przy notebooku.
Idziemy na Pocztę aby sprawdzić czy wysłano nasz fax do Jemenu. Znajoma już Pani od faxu próbuje wysłać przy nas fax i stwierdza, że jest zły numer. Trzy dni stracone, żeby się dowiedzieć, że jest zły numer. Pytanie dlaczego nie stwierdzono tego wcześniej. Jutro idziemy do Ambasady aby się dowiedzieć jaki jest właściwy numer faxu do Jemenu. Ponieważ dzisiaj jest niedziela to 90% sklepów i barów jest zamknięte, pracują tylko nieliczne. Wracamy do hotelu. Ryszard zastanawia się nad dalszą trasą podróży, a ja uzupełniam braki w opisie naszej wyprawy dla przesympatycznych wielbicieli i fanów pilnie śledzących nasze dokonania.
Co do Asmary to jest to stolica Erytrei i liczy ok.1,1 mln mieszkańców, a leży na wys.2347m n. p. m. Lotnisko w Erytrei nie jest duże. Samoloty startują pojedynczo. Różnica w czasie + 3h, Ludność ? 4,6 mln mieszkańców.
Erytrea graniczy z Djiibouti, Sudanem, Ethopią. Obszar Erytrei to 124320 km2.
My byliśmy w porze chłodnej, ale mimo to słońce grzało.

Erytrea przerwa na trasie

Erytrea zwiedzamy koleją, wielbłąd przed nami sprawdza drogę
Poniedziałek 31.10.2011
Po godz.8.30 rano wyruszamy w kierunku Ambasady Jemenu. Po drodze spotykamy biura linii lotniczych egipskich i jemeńskich. Idziemy do nich, aby się zorientować co do lotów i ceny. W trakcie rozmowy dowiadujemy się, że musimy wykupić bilet powrotny do Asmary, bo nie wpuszczą nas do Omanu ponieważ nie mamy wizy. W ostatnich miesiącach bardzo dużo się zmieniło co do możliwości podróżowania do Jemenu czy Omanu. Żeby można było się zatrzymać w Omanie, to należy wykupić bilet dalej niż Muscat np. do Mumbaju i wtedy możemy się zatrzymać w Omanie, co najważniejsze dostać wizę do Omanu na lotnisku oraz wyrobić wizę do Indii. W liniach jemeńskich musielibyśmy wykupić bilet powrotny do Asmary, aby można było się zatrzymać w Muscacie. Decydujemy się na linie egipskie, gdzie akurat dzisiaj jest promocja 20% taniej i kupujemy na 02.11.2011 bilet- na trasie Asmara-Cairo-Muscat i Mumbai na 25.11.2011 z tym, że w Kairze musimy czekać od godz.5.00 rano do godz.23.00..Można też wydostać się z Erytrei przez Dubaj lub Katar, ale bilety są dużo droższe. Pół dnia schodzi nam na załatwianiu biletów. Mając na uwadze wcześniejszą rozmowę z Konsulem Jemenu w Chartumie rezygnujemy z odwiedzin Ambasady Jemenu. Po godz.17.00 idziemy na danie miejscowe do restauracji. Danie to składa się z dużego półmiska, na którym jest podrobione mięso z baraniny, sałatka zielona z pomidorami i spoczywa to wszystko na cienkim szarym placku. Sałatkę skrapia się olejem i octem oraz soli. Bardzo duże i smaczne danie za 90 NFa+ bułka za 3 NFa + 0,33l piwo za 15 Nfa. Naprawdę można się tym najeść do syta. Dla rozpoznania posiłku zamówiliśmy jedno danie na dwóch i okazało się to dobrym pomysłem, bo już wiedzieliśmy, że to się opłaca. Dla ciekawości tego dnia po obiedzie niebo się zachmurzyło i zaczął kropić deszcz, ale przestał. Za to w nocy trochę popadało, że były kałuże na ulicy, ale rano świeciło już słońce. O tej porze roku słońce grzeje, ale nie tak silnie na pewno jest powyżej 25 stopni C i często wieje chłodny wiaterek.

Erytrea zostawiamy wodę we wiosce

Erytrea zostawiamy wodę we wiosce
Wtorek, środa 01-02.11.2011
Rano po deszczu w nocy świeciło słońce i było dość ciepło co najmniej 30 stopni C w słońcu. Rano przyjechał właściciel i zaczął się dopominać zapłaty za dzisiejszą noc, której i tak nie wykorzystamy bo wylatujemy z Asmary do Kairu. Nie chciał się zgodzić na obniżkę i musieliśmy mu zapłacić 140 Nfa. tak jak za normalny nocleg, a jak nie to do 11.00 musimy opuścić pokój. Poszliśmy do miasta szukać kubka z napisem Erytrea. Przechodnie bardzo uczynni ludzie podprowadzili i wskazali w końcu sklep gdzie można zamówić taki kubek za 400 Nfa(26$) Jest to bardzo duża suma i zrezygnowaliśmy tym bardziej, że nie były to jakieś rewelacje. Nasz Friend z targu nie spisał się bo kubek zrobił jeden i to tak, że farba zeskrobywała się paznokciem.
W tej sytuacji jesteśmy bez kubka z Erytrei. W międzyczasie zorientowaliśmy się co do ceny taksówki na lotnisko i wyszło, że jest możliwość za 150 Nfa, a żądali 300 Nfa, 250 Nfa, 200 Nfa. Umówiliśmy się nawet z jednym kierowcą, ale nie przyjechał o godz.20.00, więc wzięliśmy innego. W Erytrei zauważyliśmy ciekawe zjawisko odbiegające od innych krajów, a mianowicie jak poda cenę to nie negocjuje. Obojętnie czy rzecz dzieje się na ulicy czy w sklepie. Ok.godz.18.00 idziemy do naszej restauracji na danie specjalne i piwo. O godz.20.30 wyjeżdżamy z hotelu na lotnisko oddalone o 6 km od miasta za 150 Nfa. Samolot mamy o godz.3.50 nad ranem z lądowaniem w Kairze i czekaniem do godz.23.00 na lot do Muscat w Omanie. Jesteśmy na lotnisku w Asmarze przed godz21.00 i wchodzimy do środka, żeby załatwić formalności wyjazdowe. Okazuje się,że jesteśmy za wcześnie i musimy wyjść na zewnątrz przed lotniskiem do restauracji bo nie ma poczekalni na lotnisku. Co do samego lotniska w Asmarze to widać, że nie jest to lotnisko o dużym natężeniu lotów. Kupujemy po piwie za 18 NFa i siedzimy przy stoliku oglądając telewizję. W środę 02.11.2011 o godz.1.00 rano udajemy się z powrotem na lotnisko do odprawy. W obsłudze lotniska widzimy naszego znajomego z linii egipskich, który nam pomagał w znalezieniu najtańszego i najlepszego połączenia, aby uzyskać wizę w Omanie. Nasz Friend oczywiście poznaje nas i uśmiecha się. Odprawiamy się, płacimy tax 20$ każdy, sprawdzają nam deklaracje pieniężne i przeliczają pieniądze czy się zgadzają. O godz.2.30 wchodzimy do hali odlotów. Nasz samolot to A 320. Mam miejsce nr 30A przy oknie, a Ryszard dalej dwa rzędy za mną po drugiej stronie. Samolot startuje o godz.3.50, a ląduje w Kairze o godz.4.55 . W samolocie dostajemy obiad, jajko smażone, dwie parówki, dwie bułeczki w tym jedna słodka, dżemik, masło, kawę, napoje. Następny lot do Muscatu mamy o godz.23.00. Zastanawiamy się jak tyle godzin i gdzie spędzimy. Nieoczekiwanie rozwiązanie przychodzi ze strony linii egipskich, które około godz.8.00 rano zawożą nas autobusem hotelowym ( w sumie ok.9 osób) do hotelu Le Passage w Kairze. Otrzymujemy pokój 2 osobowy z TV na I piętrze, kartę magnetyczną, po trzy posiłki każdy (vouchery na breakfast,l unch, dinner). Należy zaznaczyć, że jest to Hotel luksusowy, w pełni wyposażony, basen na zewnątrz, kasyno, siłownia, klub fitnes itp. I tu musimy się przyznać, że nawet w marzeniach nie mieliśmy takiego lokum, ba nawet nam się nie śniło, że tak luksusowo będziemy mogli spędzić czas oczekiwania na samolot do Muscat. W tym wszystkim chyba najważniejsze było jedzenie z którego korzystaliśmy do woli. Proszę sobie uzmysłowić, że my jesteśmy w podróży od ponad dwóch miesięcy i mieliśmy ograniczony dostęp do posiłków, a tu nagle dostęp o dowolnej porze dnia i do różnorodnych dań.
Najedliśmy się do syta na następne kilka dni tak, że kolację to bardzo opornie spożywaliśmy. O godz.20.00 przyjechał po nas autobus hotelowy, który zawiózł nas na dworzec lotniczy, a kierowca tylko poinformował, że mamy iść na górę po paszporty i bilety. Nikt z obsługi lotniska nie przyjechał po nas.
Po wejściu na lotnisko poszliśmy zaraz do kas, ale poinformowano nas, że mamy iść na górę skąd odebraliśmy nasze dokumenty i udaliśmy się do odprawy celnej. Co ciekawe to nikt nas wcześniej z obsługi lotniska nie poinformował o której godzinie będzie wyjazd powrotny na lotnisko, ale my i tak sobie poradziliśmy. Na 45 minut przed odlotem zostajemy wpuszczeni do poczekalni gdzie czekamy na nasz samolot. Mamy czas na przemyślenia.
Szkoda trochę, że opuszczamy Afrykę, która przywitała i pożegnała nas bardzo przyjaźnie bez żadnego incydentu. My poruszaliśmy się najtańszymi ogólnie dostępnymi środkami transportu, jedliśmy pożywienie serwowane na ulicy, piliśmy wodę z publicznych punktów picia wody, rozmawialiśmy bezpośrednio na ulicy z miejscowymi, spaliśmy w najtańszych hotelach i w różnych innych dziwnych miejscach. Charakterystyczną cechą tych punktów picia wody były przywiązane do nich metalowe kubki i to, że wszyscy bez wyjątku pili z tego samego kubka. Nasza otwartość i przyjazne nastawienie do mieszkańców krajów Afryki, które przejechaliśmy spowodowała szczególną atmosferę kontaktu bezpośredniego z tymi ludźmi trudną do opisania. Proszę nie myśleć, że nasza otwartość była bezgraniczna. My postępujemy zgodnie ze starą zasadą,która wywodzi się od naszego wschodniego sąsiada ,,UFAJ ale SPRAWDZAJ ?.
Na zakończenie: cały czas świeciło upalne słońce może tylko trochę mniej upalne w Erytrei, praktycznie deszcz nas nie zmoczył ani razu. Uważamy, że mieliśmy szczęśćie bo cali i w zdrowiu zaliczyliśmy i szczęśliwie opuszczamy nasz pierwszy kontynent ? AFRYKA już za nami.
O godz.23.20 pm (opóźnienie 20 min.) startuje nasz samolot z Kairu do Muscatu w Omanie. Jako ciekawostka podobnie jak w Polsce tak i w Kairze autobus dowozi pasażerów do specjalnego rękawa skąd udają się do samolotu. Jesteśmy już w powietrzu, następny dzień opisu po wylądowaniu w Muscacie.

Erytrea szkoła

Pić się chce. Nie ważne gdzie i jak może nalewana jest prosto z Nilu. Jeszcze żyjemy
Czwartek 03-04.11.2011
Nasz samolot to Boening B 737. Przewidywany przylot do Muscatu o godz. 4.50 czasu miejscowgo. W samolocie dostajemy obiad: kurczak, ryż, sałatka z ogórków, ciastko, sok, kawa. Samolot ląduje punktualnie w Muscacie mimo opóźnionego startu. Wysiadamy z samolotu a tu leje deszcz i autobus dowozi nas do hali przylotów gdzie znajdujemy biuro sprzedające wizy do Omanu. Koszt wizy do Omanu kupionej na lotnisku w Muscacie to 55 $ US. Z 60$ US otrzymuję reszty 2 Rials i 200 Baisa. Przelicznik jest taki: 1 $ US-0,38 Rials. W przetłumaczeniu na polską walutę to 1 Rials=8 PLN (od miejscowej Polki).
Stajemy w kolejce i z paragonami stwierdzającymi zapłatę w ciągu kilkunastu minut bez żadnych problemów i pytań sprawdzających otrzymujemy wizę ważną do 03.12.2011(na 30 dni). Nawet nie pokazywaliśmy rezerwacji biletu lotniczego do Mumbaju. Udajemy się po odbiór bagaży i tu nie mogę przez dłuższy czas odnaleźć mojego mniejszego plecaka, jestem już poddenerwowany i spisuję go na straty, ale w końcu udaje mi się go odnaleźć. Udajemy się do wyjścia z wózkiem załadowanym naszymi bagażami i siadamy na ławce w hali lotniska. Nikt nas nie zagaduje o taxi czy hotel jak to było w Afryce. Już na wstępie widać, że jest to inny świat. Postanawiamy pojechać z lotniska do Ambasady Indii, aby złożyć wniosek o wizę. Bierzemy taxi za 3 Rials i jedziemy do ambasady. Ja idę do ambasady, a Ryszard zostaje w samochodzie z bagażami. W ambasadzie odpowiadają, że będzie czynna dopiero w niedzielę. Gdy podchodzę do Ryszarda widzę wszystkie bagaże na ziemi za wyjątkiem mojej torby z laptopem i aparatem fotograficznym, którą zostawiłem na tylnym siedzeniu. Na moje zapytanie tak doświadczony globtroter jak Ryszard blednie i nie wie co powiedzieć. Powstaje sytuacja dość ciekawa bo nie znamy nawet numeru taksówki i gdzie szukać. Nagle pojawia się taxi z moją torbą i wszystko jest OK. Tego samego kierowcę prosimy o podwiezienie do centrum miasta za 3 Rials gdzie musimy wymienić pieniądze. Ponieważ mamy numer telefonu do Polki mieszkającej w Omanie ustalamy strategię kontaktu. Kupujemy dwie karty telefoniczne po 1 Rials, a taxi za 3 Rials dowozi nas do centrum miasta gdzie możemy wymienić pieniądze. W tym czasie już deszcz nie pada i grzeje upalne słońce. Ja idę do pobliskiego hotelu Al Reef Lebnani i dowiaduję się, że pokój dwuosobowy to 20 Rials ( 160 zł) bez śniadania. Drugi obok Hotel jest zamknięty. Ja pilnuję bagaży, a Ryszard idzie dzwonić z automatu. Ponieważ nie może się dodzwonić uzyskuje informację od przechodnia, że ma karty telefoniczne do komórki. Kupuje nową kartę za 3 Rials i kontaktuje się z Panią Reginą, która posiada stronę internetową ,,Polacy w Omanie?. Pani Regina przekazuje kontakt do Pani Bożeny, która od ponad trzydziestu lat mieszka w Omanie i doskonale zna tutejsze realia oraz bardzo często gości sprawdzonych i kulturalnych Polaków. Z rozmowy telefonicznej wynika, że Pani Bożena przeprowadza teraz prace remontowe w mieszkaniu, a w związku z tym nie jest przygotowana na przyjęcie jakichkolwiek gości. W końcu Ryszardowi udaje się przekonać Panią Bożenę, że my jesteśmy niezwykłymi gośćmi, bo możemy spać praktycznie na wszystkim i wszędzie oraz naprawdę bardzo mało wymagającymi. Po długich namowach Pani Bożena się w końcu godzi i wysyła syna samochodem po nas. Po około dwóch godzinach zjawia się syn i zawozi nas kilkanaście km od Muscatu do miejsca zamieszkania. Pierwsze wrażenie jakie wywarła Pani Bożena na nas było dużym zaskoczeniem, bo spodziewaliśmy się spotkania z osobą całkowicie podporządkowaną tutejszej kulturze. A tu ukazała nam się osoba całkowicie odmienna od dotychczas spotkanych Polek-Arabek. W dalszych kontaktach Pani Bożena okazała się osobą bardzo miłą, ciepłą i energiczną. To, że jak każda kobieta na wstępie zaczęła tłumaczyć, że jak ma remont to nie przyjmuje żadnych gości było dla nas zrozumiałe. Z resztą nie ma się co dziwić bo podobnie by każdy z nas postąpił. Pani Bożena jest z europeizowaną Omanką (Polką) mającą dorosłe dzieci wykształcone w Polsce i wnuki, doskonale radzącą sobie w tutejszych warunkach i realiach, pracującą zawodowo i doskonale władającą językiem arabskim. Udziela gościnnie nam pokoju cały czas tłumacząc, że ma remont i wstydzi się tego remontu. My tam się nie wstydzimy bo mamy lokum, a widząc prace w toku myślimy jak Pani Bożenie w tym wszystkim pomóc i jednocześnie się odwdzięczyć za okazaną pomoc.
Przychodzi nam pomysł do głowy, że możemy pomóc w pracach porządkowych, które przecież trzeba wykonać, a dla nas to nie jest problem. Jak pomyśleliśmy tak też później postąpiliśmy widząc na twarzy Pani Bożeny wielkie zakłopotanie zaistniałą sytuacją.

Oman spotkanie z Polonią u P. Aurelii
Piątek, sobota 04-05.11.2011
Czas nam upływa na wspólnych rozmowach z Panią Bożeną i jej synem. Dnia 05.11.2011 rano jedziemy z synem Mahmedem Pani Bożeny do Ambasady Indii w sprawie wizy. Dostajemy informację, że mamy się zgłosić do Biura przygotowującego wizy. Jedziemy tam, ale okazuje się, że biuro dopiero będzie czynne we wtorek 08.11.2011. Następnie jedziemy z Mahmedem do centrum Muscatu zwiedzając między innymi Pałac królewski, starówkę, port z dominującym jachtem króla oraz targ rybny ze świeżymi rybami wśród których nawet były rekiny. Póżniej po godz.16.00 Mahmed podwozi nas do centrum miasta gdzie szukamy w pasażu handlowym charakterystycznych kubków z napisem Oman. Znajdujemy w końcu najbardziej charakterystyczne, ale zbyt dużego wyboru nie ma i kupujemy dwa za 3 Rials. Próbujemy wrócić taxi minibus, ale ponieważ nie nadjeżdża to wracamy normalną taksówką w sumie za 3,5 Rials i wysiadamy przy naszym markecie, gdzie robimy jeszcze zakupy, po czym wracamy do domu.

Oman męska część Polonii Mohammed (Mohus) i Ahmed
Niedziela 06.11.2011
Dzisiaj jest święto wszystkie sklepy są pozamykane. My odpoczywamy i lenimy się. W końcu kiedyś trzeba trochę poleniuchować. Ja uzupełniam zaległości w opisie naszej podróży. Mamy zamiar dzisiaj wysłać materiał do Redakcji ,,Dookoła Świata?.
07 listopad 2011
O godz 8 rano wyjeżdżamy z Achmedem - synem Bożenki zwiedzać Meczet część żeńską i część męską. W Meczecie znajduje się najdłuższy dywan na świecie i jeden z największych żyrandoli. Jedziemy wzdłuż plaży i dzielnic, Ambasad i Ministerstw podziwiając architekturę arabską. Trzeba zaznaczyć, że drogi w Omanie są w bardzo dobrym stanie. Wracamy do domu w porze obiadowej, przyjeżdża Pani Jola samochodem Toyot Turner 4x4, po czym jedziemy szlakiem gdzie powódź wyrządziła ogromne szkody zalewając część dróg oraz domostw. Podziwiamy krajobrazy, a jednocześnie widzimy jakie straty spowodowała woda.
Jesteśmy też nad morzem. W sumie przejeżdżamy 150 km trasy bardzo ciekawej turystycznie, bo miejscami samochód osobowy by nie przejechał. Pani Jola kiedyś przez kilka lat mieszkała w RPA i wiele podróżowała po Afryce, a teraz pracuje w Omanie na kontrakcie. Bardzo życzliwa i przyjemna kobieta kochająca rodzinę i dom. Serdecznej Pani Joli podziękowaliśmy za cudowną wycieczkę w tak niedostępne miejsca wokół Muscatu.
08 listopad 2011
Rano po godzinie 8 jedziemy z Mahmedem do Biura wizowego Indii i składamy wszystkie potrzebne dokumenty: wniosek wizowy, dwa zdjęcia oraz opłatę 25,10 Rials za dwie osoby. Mamy dowiedzieć się około 14.11.2011. Informację na telefon ma otrzymać Mahmed. Pani w okienku mówi, że sprawa może potrwać, bo to wszystko zależy od Omanu, nie bardzo rozumiemy co ma do nas Oman.
09 listopad 2011
Razem z Bożenką i z naszym Ambasadorem w Arabii Saudyjskiej rozmawiamy w sprawie naszych wiz. Obiecuje się skontaktować z Ambasadą Indii w sprawie przyśpieszenia. Na tą chwilę nic nie możemy więcej zrobić tylko czekać.
10 listopad 2011
Dzisiaj o godzinie 7.00 rano mamy spotkanie u pani Aurelii z Polakami zamieszkałymi lub przebywającymi w Muscacie. Pani Aurelia pracuje w biurze Konsula Honorowego w Polskim Konsulacie i ma doskonałe rozeznanie co do Polaków przebywających w Omanie. Poznajemy dwie prześliczne wnuczki Pani Aurelii z których jest bardzo dumna. Na spotkaniu oprócz Bożenki i Joli spotykamy małżeństwo młodych Polaków Pawła i Beatę z Warszawy z Bemowa, którzy jutro wylatują do Warszawy, muzyka Marka z żoną i dwójką małych dzieci, Kolumbijczyka z żoną i synem oraz z Kostaryki. Kolumbijczyk jak i Kostarykańczyk znają Polski bo studiowali w Poznaniu, a teraz są na kontrakcie w Omanie. Około północy żegnamy się z Panią Aurelią i jedziemy do Pani Joli, gdzie do godziny 2 w nocy rozmawiamy o różnych sprawach związanych z Omanem. Wracamy do domu z Bożenką najedzeni i napici (mieliśmy okazję pokosztować trochę tutejszego wina czerwonego i różowego).
11 listopad 2011
Pod wieczór jedziemy z Mahmedem do pasażu handlowego w centrum Muscatu, później do kawiarni Oscar. W pasażu handlowym oglądamy różne sklepy, szczególną uwagę przyciągają sklepy ze złotą biżuterią, które mają swoją odrębną alejkę. Idziemy do kawiarni, pijemy sok, a Mahmed pali fajkę. Ponieważ Mahmed jest stałym gościem tej kawiarni (od ponad 6 lat) to cieszy się szczególnymi względami i może palić fajkę bez żadnych ograniczeń.
Z tą fajką to jest na tyle ciekawe, że miejscowi przychodzą i siadają przy stolikach. Ciągną dymek z fajki o różnym zapachu. Do obsługi fajek są specjalni ludzie, którzy są tylko do tego powołani, a więc czuwanie, żeby fajka była sprawna technicznie i nadawała się do użytkowania (wymiana węgielka żarzącego, uzupełnić tytoń itp.).
12 listopad 2011
Siedzimy przy komputerach, Ryszard walczy z wysyłką zdjęć, a Ja piszę. Na jutro umawiamy się z dziennikarzem Panem Jerzym, który mieszka w Omanie i zajmuje się fotografią oraz pisze artykuły do miejscowej prasy.
13 listopad 2011 Niedziela
Normalny dzień pracy w Omanie. Bożenka pojechała do pracy, a my o godzinie 1.00 po południu z Mohammedem wyjeżdżamy do pani Joli, skąd zostaniemy odtransportowani do Konsula Honorowego na spotkanie. Wieczorem o godzinie 8.00 mamy spotkać się z Panem Jerzym, który ma po nas przyjechać samochodem.
Niestety w drodze dostajemy informację, że nie będzie spotkania z Konsulem dzisiaj tylko jutro o godzinie 10 rano, jak również nie będzie spotkania z fotografem Jerzym. Jeszcze jedna ciekawostka związana z kartą kredytową. Otóż robiąc zakupy w Markecie zapłaciłem płaską kartą do konta CITI Handlowy a wcześniej jeszcze byłem wyraźnie poproszony o podanie ekspedientce PIN. W pierwszej chwili nie bardzo rozumiałem dlaczego mam podać PIN, ale wszedłem za ladę i wpisałem swój PIN. W Omanie wygląda to trochę inaczej niż w Polsce. Za ladą po stronie ekspedientki znajduje się urządzenie gdzie wpisuje się PIN.
14 listopad 2011
Jedziemy z Mohammedem do Joli, która zawiezie nas do Konsula Honorowego Ambasady RP w Muscacie w Omanie. Po oczekiwaniu na Konsula (w międzyczasie dzwoni), że się spóźni wreszcie wchodzi Pan w wieku podobnym do naszego i zaprasza nas do gabinetu. Jola ma trochę tremę bo wcześniej powiedziała, że nie podejmuje się prowadzić rozmów na szczeblu dyplomatycznym, ale za chwilę pojawia się młoda dziewczyna pracownica konsulatu o imieniu Gabriela i okazuje się, że jest z Warszawy i dalej rozmowa toczy się gładko przy kawie. Pan dr Mohammed Al-Barwani bo tak się nazywa Konsul Honorowy Ambasady RP w Omanie żywo interesuje się naszą podróżą i wyraża duże uznanie dla naszej odwagi. Pan Konsul Honorowy dr Mohammed Al-Barwani również prowadzi biznes związany z ropą i gazem i w związku z tym bardzo dużo podróżuje i często jest nieuchwytny w kraju. Spotkanie załatwiła nam Pani Aurelia, Polka mieszkająca od ponad trzydziestu lat w Omanie, która jest pracownikiem konsulatu. W pewnym momencie rozmowy Konsul mówi, że nam w podróży pomoże i jak powiedział tak uczynił za co bardzo dziękujemy. Na zakończenie wizyty robimy sobie pamiątkowe zdjęcia z Konsulem i Gabrielą.
Po południu jedziemy z Mohammedem odebrać paszporty z wizami do Indii. W drodze powrotnej spotykamy się z Jerzym fotografem, który od czterech lat przebywa w Omanie i pisze artykuły do miejscowej gazety. Ponieważ Jerzy ma uszkodzone hamulce i obawia się dalej jechać zatrzymujemy się na stacji benzynowej gdzie pijemy kawę rozmawiając o ostatnim pobycie Jerzego na pustyni. Dwa tygodnie temu był na pustyni i przeżył niespotykaną ulewę jakiej do tej pory nie doświadczył w życiu. Woda lała się dosłownie kubłami. Na koniec naszej rozmowy umówiliśmy się z Jerzym, że prześle nam pytania do wywiadu, a my prześlemy kilka zdjęć w tym ze spotkania z Konsulem Honorowym Ambasady RP. Żegnamy się i wracamy do naszego domu w Omanie.
15 listopad 2011
Jest bardzo upalnie jak na tą porę roku w słońcu ponad 30oC, a przecież to ma być już jesień w Omanie. Po południu jedziemy z Mohammedem do biura Egyptair przebukować bilety, gdzie informują nas, że mamy się udać do linii JET. Dojeżdżamy do JET, a tu mówią nam, że mamy jechać z powrotem do Egyptair. Dobrze, że jest z nami Mohammed samochodem bo tak to byśmy musieli brać taxi. Wreszcie dojeżdżamy ponownie do Egyptair skąd jutro mają przedzwonić do Mohammeda odnośnie przebukowania naszego lotu do Mumbay. Z biura Egyptair udajemy się z Mohammedem do kawiarni AL MACAN w centrum Muscatu gdzie oglądamy mecz piłki nożnej Oman-Arabia Saudyjska. Mecz kończy się remisem 0:0. W kawiarni zbiera się bardzo dużo mężczyzn myślę, że bardziej dla prestiżu niż oglądania meczu. Pijemy herbatkę marokańską zieloną z miętą i bardzo słodką. Inni piją różne napoje i grają w kości oraz palą fajki żywo reagując na sytuacje podbramkowe w czasie meczu. Wszystko to odbywa się bez kropli alkoholu aż się nie chce wierzyć jak to przenieść na nasz grunt. Chciałbym zaznaczyć, że jest tylko męskie towarzystwo poza kelnerkami nie ma żadnej kobiety. Wracamy późnym wieczorem przejeżdżając przez główne ulice Muscatu, które są przystrojone łańcuchami świetlnymi kolorowych żarówek na długości co najmniej kilku jak nie kilkunastu kilometrów oraz flagami państwowymi. Wygląda to bardzo kolorowo i malowniczo, a wynika ze święta narodowego, które ustanowił Król na ten dzień.
16-17 listopad 2011
Podobnie jak wczoraj pogoda bez zmian świeci upalne słońce. Po południu jedziemy z Mohammedem do Biura Egyptair przebukować bilety. Mamy samolot na 20 listopada, wylot z Muscatu 0040 a przylot do Mumbay 0435. Na wcześniejszy termin nie było miejsc. Następnego dnia po południu wyjeżdżamy z Mohammedem na wycieczkę po okolicy Muscatu. Jesteśmy przed jednym z pałaców królewskich, zwiedzamy przystań jachtów gdzie firmy reklamują swoje samochody, zwiedzamy luksusowy hotel gdzie noc kosztuje kilka tysięcy dolarów wraz z przynależną plażą, a Mohammed i Ryszard rozgrywają partię szachów na plaży hotelowej zakończoną remisem.
18 listopad 2011
Pogoda bez zmian, świeci upalne słońce a w Polsce podobno 2-3oC.
19 listopad 2011
Szykujemy się do wylotu. Było fajnie, ale musimy dalej w drogę.
Na zakończenie podróży w Omanie warto podsumować nasze wrażenia z tego kraju. Otóż kraj nieduży, ale sprawiający wrażenie kraju europejskiego pod każdym względem jak np. w bardzo dobrym stanie drogi i ich rozwiązania, dużo samochodów, króluje Toyota, Nissan, Hunday. Podobno Toyota ma największy serwis na świecie w Omanie. Ceny artykułów spożywczych w sklepach są zbliżone do polskich. W kraju nie ma podatków. Każdy obywatel Omanu sam co roku deklaruje 3,5% swoich dochodów rocznych na rzecz biednych. Praktycznie praca jest dla każdego, kto chce pracować. Jest jeszcze pewna liczba obcokrajowców na kontraktach w Omanie, ale już to się zmienia na korzyść młodzieży omańskiej, która kończy szkoły miejscowe i zaczyna wypierać obcych. Na ulicach jest czysto, kierowcy nie używają tak często klaksonów jak w Afryce. Na każdym kroku widać kulturę osobistą i życzliwość w stosunku do obcokrajowców. Nie spotkaliśmy się z żadną agresją ze strony miejscowych, a wręcz ciekawością skąd jesteśmy.
Na zakończenie serdeczne podziękowania Bożence i jej synowi Mohammedowi, którzy bardzo serdecznie się nami opiekowali oraz również dla Joli za wycieczkę po bezdrożach wokół Muscatu i oczywiście Aurelii, która nas gościła na spotkaniu u siebie w domu.
20 listopad 2011
Lecimy Boening 737 do Bombaju. W samolocie otrzymujemy obiad: kurczaka, sałatka, ciastko, napoje, kawę, whisky. Lądujemy o godz.4.40 czasu miejscowego. Lotnisko w Mombaju jest przyjemne, a przedstawiciele różnych hoteli oferują do nich dowóz. Wszyscy mają przypięte identyfikatory. Ponieważ oferują nam hotele za drogie jak na naszą podróż to decydujemy się załatwić we własnym zakresie. Bierzemy tok-toka (trzykołowiec) i jedziemy do taniego hotelu. Po przejechaniu około 10km stajemy i zmieniają się kierowcy. Próbują negocjować nową cenę. Nie dajemy się i za ustalone 500Rs mają nas zawieźć do dzielnicy hotelowej nad portem. Widząc, że jesteśmy twardzi rezygnują i wzywają Taxi, która za ustaloną wcześniej kwotę dowozi nas do portu w Mombaju. Tam znajdujemy Hotel około 100m do głównej ulicy wzdłuż portu. Kierowca jest wyraźnie niezadowolony z otrzymanej kwoty. Tu trzeba zaznaczyć, że z lotniska to jest jakieś 30-40 km, a może i więcej. Do Bramy Indii mamy jakieś 500m idąc z naszego hotelu. Spacerujemy wokół Bramy Indii, są jakieś występy, bardzo dużo ludzi i młodzieży. Jest to główny punkt spotkań, wycieczek statkami itp. Wieczorem przydarzyła się nam ciekawa historia. Otóż postanowiliśmy się przejechać karocą konną. Woźnica niezbyt dobrze znał angielski, ale na moje kilkakrotne zapytanie o cenę powiedział ,,fefteen?co powinno oznaczać 15. Po skończonej krótkiej podróży woźnica żąda 400Rs. Tworzy się nieprzyjemna sytuacja, woła przechodnia, chce nas wieźć na Policję, a my chcemy iść do Policjanta stojącego na ulicy ale on nie chce. Widzi, że my nie pękamy i w końcu ja daję mu 100Rs. Okazuje się, że on myślał o 15 min jazdy, a nie o zapłacie, ale wszystko zakończyło się OK.
21 listopad 2011
Rano o 10 wyjeżdżamy na wycieczkę autobusem po Mombaju. Zwiedzamy Bramę Indii, Galerię, The Arcade, park, szkołę, plaża. Wracamy do hotelu z wycieczki o godzinie 9 wieczorem i nie mamy czasu na szczegółowe opisywanie zwiedzanych obiektów dlatego ograniczamy się do nazw.
22 listopad 2011
Po południu popłynęliśmy na wyspę Elefant, statkiem. Statek płynie 1 godzinę w jedną stronę, a wraca się o dowolnej porze. Po drodze mijamy stragany z pamiątkami. Na szczycie znajduje się Świątynia. Słoń prawdopodobnie został przeniesiony do Parku w Bombaju.
23 listopad 2011
Wysyłamy paczki i spacerujemy po Bombaju. Około godziny 5 po południu przy Bramie Indii spotykamy się z Anią, która od roku ma męża Hindusa i od przeszło 5 lat przebywa w Mombaju. Dołączają do nas Adam i Ewa, którzy podróżują po świecie. Przy kawie z mlekiem dzielimy się wrażeniami z odbytych podróży oraz zasięgamy dodatkowych informacji co do przyszłej trasy. Żegnamy się z Adamem i Ewą, a Anię odprowadzamy na dworzec Victorii. Jest to piękny dworzec kolejowy w stylu kolonialnym. Ania oprowadza nas po dworcu udzielając szczegółowych informacji co i gdzie się znajduje. Na dworcu bardzo dużo ludzi koczujących na pociąg i dopiero tutaj widzi się tłok, bo chodząc po Mumbaju nie odczuwa się dużej ilości ludności. Przed wejściem i na dworcu liczne posterunki uzbrojonych policjantów. O godzinie 9 wieczorem żegnamy się z Anią i wracamy na piechotę do hotelu.
24 listopad 2011
Poszliśmy na dworzec kolejowy Victorii, aby go dokładnie po dniu zwiedzić. Trzeba stwierdzić, że jest to wspaniała budowla zachowana w bardzo doskonałym stanie i jest się czym pochwalić. Oczywiście podobnie jak wczoraj tłumy ludzi z różnych stron wchodzą i wychodzą. Zauważyłem, że szyny kolejowe są szersze niż nasze. Przy pomocy Ani i Pana Michała o godzinie 11 przed południem spotykamy się z Konsulem RP w Mumbaju Panem Januszem Wachem.
Przed spotkaniem z Konsulem spotykamy w Konsulacie Panią Martę, która od 20 lat przebywa w Indiach i jest najstarszą Polonią. Wypijamy kawę i rozmawiamy jak jej się żyje. Z rozmowy wynika, że jest zadowolona i polubiła Indie. Żegnamy się z Panią Martą życząc wszystkiego najlepszego i udajemy się na wizytę do Konsula RP.
Rozmowa przebiega przy kawie z mlekiem w atmosferze towarzyskiej. Rozmawiamy o naszej podróży i o roli naszego Konsulatu w Indiach. Konsulat pełni w Indiach przede wszystkim rolę promocyjną Polski, ale jest to bardzo trudne zadanie z uwagi na bardzo dużą konkurencję. Żegnamy się z Panem Konsulem i dziękujemy za miłe spotkanie życząc sukcesów na polu promocji RP w Indiach. W drodze powrotnej kupujemy bilety na autobus na trasie Moumbay-Udiapour.
25 listopad 2011
Opuszczamy nasz hotel PROSSER'S w Mumbaju, który znajduje się w jednej linii wzdłuż nabrzeża z hotelami luksusowymi, pilnowanymi dzień i noc przez uzbrojone oddziały Policji oraz posterunki na drodze. Praktycznie to czuliśmy się bezpieczne w takim towarzystwie. Dla informacji,kilka lat temu było głośno o zamachu na hotel w tej dzielnicy oddalony od nas o około 300m i stąd te posterunki, bo tak to jest bezpiecznie. Wyjeżdżamy autobusem o godzinie 2 po południu z pod dworca Victorii do Udiapour. Miejsca mamy siedzące bez klimatyzacji, ale bardzo wygodne a klimatyzacja nie była potrzebna. Przyjechaliśmy do Udiapour o godzinie 10 rano następnego dnia.
26 listopad 2011
Przyjeżdżamy do Udaipour o godzinie10. Bierzemy pojazd typu TUK i od 11?18 zwiedzamy miasto: Gulao Bagh, Varma Park, Pihola Lake, City Palace, Jagdish Temple, Aravali Vatika, Pratap Smarek, Fateh S.Jake, Nehru Park, Sahelion Ri Bari, Sukhadia Circle, Bhartiya Lok, Kala Mandel. Tego samego dnia wieczorem wyjeżdżamy autobusem do Jordhpur.
27 listopad 2011
Przyjeżdżamy do Jordhpur o 6 rano. Jedziemy do hotelu Discovery zdrzemnąć się do 10.00. Hotel w bardzo dobrym miejscu na Starówce i dobrze wyposażony. Po przespaniu się zostawiamy bagaże w hotelu i wyruszamy na wycieczkę po mieście. Zwiedzamy Pałac Maharadży, stary zamek forteca na skale bardzo trudny w tamtych czasach do zdobycia. Kupujemy bilety autobusowe do Jaipur na dzisiaj na godzinę 9.30 wieczorem.
28 listopad 2011
Przyjeżdżamy do Jaipur o 5 rano. Kupujemy bilety autobusowe do New Delhi na godzinę 10.30 PM na dzisiaj. Zostawiamy bagaże w agencji gdzie kupiliśmy bilety (jest to sposób na przechowanie bagażu) i udajemy się wynajętym tok-tokiem na zwiedzanie miasta za cenę kilkakrotnie mniejszą niż proponowała agencja. Zwiedzamy: Ram Nivas Garden, Jaipur Museum, Hawamahal, City Palace, Jal Mahal, Amber Fort, Kanak Garden, Govindevji Temple, Gaitor. Najciekawszy z tego wszystkiego jest zamek królewski. Wieczorem jesteśmy w autobusie jadącym do stolicy kraju.
29 listopad 2011
Autobus przyjeżdża z Jaipur do Delhi bardzo wcześnie. Jedziemy do hotelu Jindal International. Mamy pokój dwuosobowy z TV, prysznicem, zimną wodą. Załatwiamy sami wycieczkę objazdową po Delhi z Biura na jutro. Okazuje się zresztą nie pierwszy raz, że podobna wycieczka organizowana przez hotel kosztuje kilkakrotnie więcej.
30 listopad 2011
Rano o 9.00 wyjeżdżamy autobusem zwiedzać miasto: muzeum Indiry Gandhi, Pałac Prezydencki, Bramę Indii w Delhi, centrum handlowe, Meczet, Park. Zwiedzanie kończymy o godzinie 5 po południu. Autobus był pełen ludzi i nie zdążyliśmy wszystkiego zobaczyć. Jutro rano z pod hotelu Jindal International wyjeżdżamy autobusem do Agry.
01 grudzień 2011
Podwieziono nas 500 m samochodem do autobusu wycieczkowy do Agry z przewodnikiem miejscowym. Autobus prawdopodobnie zbiera ludzi bo jest godzina8, a my krążymy po mieście. W Delhi z rana jest chłodno i należy założyć polar.
Ciekawa jest jazda po mieście i do przemyślenia, że nie widać wypadków pomimo ogromnego ruchu gdzie poruszają się samochody, motory, ryksze, rowery. Każdy się spieszy i przeciska, słychać cały czas klaksony, a pieszemu jest trudno przejść na drugą stronę ulicy i musi bardzo uważać. Praktycznie dotyczy to wszystkich miast w Indiach i nie tylko. Praktycznie autobus z Delhi wyjechał Zwiedziliśmy w Agrze Fort i jeden z najbardziej znanych miejsc na świecie Taj Mahal.
Autobus wraca do Delhi, a my zostajemy w Agrze. Tok-tok podwozi nas do bardzo eleganckiego, ale taniego hotelu o nazwie Sidhartha, położonego w dobrym miejscu. Z hotelu przy dobrej pogodzie widać Taj Mahal, a do dworca kolejowego jest około 6 km.
02 grudzień 2011
10 rano - wyruszamy na wycieczkę pojazdem trójkołowcem po Agrze, a bagaże zostawiamy w hotelu bo wieczorem wyjeżdżamy pociągiem do Varanasi z przesiadką w Allmahad. Po rozmowach w różnych Agencjach dowiadujemy się, że bilety autobusowe i kolejowe do Varanasi są już wyprzedane na kilka dni. Dzięki znajomościom kierowcy tk-toka udaje nam się załatwić bilety kolejowe z miejscami do leżenia do Varanasi z przesiadką w Allmahad. Obiekty, które w Agrze zwiedzamy to Mathura, Birth Place ofVirandevan, Akbars Tomb, Lord Krishnas Temple i jeszcze raz Taj Mahal z drugiej strony. Rano z hotelu Taj Mahal był słabo widoczny bo była mgła. Proszę wybaczyć, ale nie mam czasu na dokładne opisywanie zwiedzanych obiektów. Materiały te piszę w Nepalu gdzie cały czas o różnych porach jest wyłączane światło.
03 grudzień 2011
Pociąg do Allmahad przyjechał o godzinie 6 rano zamiast, z godzinnym opóźnieniem. Z Allamahad do Varanasi mamy pociąg za kolejną godzinę. Pociąg jest opóźniony i przyjeżdźa dopiero około 8. Zamiast o godzinie 10.50 do Varanasi dojeżdżmy na 12. Jedziemy tok-tokiem do hotelu Ganga Vogi Lodge gdzie mamy pokój dwuosobowy z ciepłą wodą i toaletą w pokoju. Hotel jest bardzo dobry i ma restaurację z przystępnymi cenami oraz jest blisko do Gangesu. Wieczorem fundujemy sobie wycieczkę łodzią wzdłuż wybrzeża i obserwujemy występy zespołu oraz palenie zwłok wieczorem.
04 grudzień 2011
O godz. 6.30 am jesteśmy nad Gangesem i płyniemy wzdłuż brzegu tą samą łodzią co wczoraj wieczorem i widzimy palenie zwłok po dniu z odległości kilku metrów od brzegu. Zwiedzamy Varanasi i trzeba stwierdzić, że całe życie hindusów jest rzeczywiście związane z Gangesem. Tu koncentruje się całe życie duchowe jak i kulturalne.
05 grudzień 2011
Wyjazd minibusem z Varanasi do Chitwan był planowany na godzinę pół do dziewiatej, a wyjechał po godzinie 9. Jechało nas w sumie 12 osób w tym Włosi, Japończycy, Chińczycy, Nowozelandczycy. Minibus miał problemy z wyjazdem bo okazało się, że silnik bierze za dużo oleju i planowano przenieść nas do autobusu lokalnego, ale po protestach pasażerów ruszyliśmy w drogę. Do granicy z Nepalem przyjechaliśmy około 8 gdzie bardzo sprawnie otrzymaliśmy wizę na 14 dni za 25$. W ramach biletu mamy zarezerwowane spanie w Hotelu Paradise w pokoju 4 osobowym już w Nepalu.
06 grudzień 2011
Wyjeżdżamy o 6.45 rano już innym autobusem lokalnym do Chitwan i musimy zapłacić dodatkowo za bagaże. Dojeżdżamy do miasta Narayanghat i przed mostem tłumy ludzi. Policja nie wpuszcza żadnych pojazdów. Kierowca autobusu informuje nas, żeby wziąć bagaże i udać się samemu do Chitwan.
Bierzemy Rykszę i próbujemy z bagażami przedostać się przez most liczący około 500m, ale Policja nas nie chce przepuścić. W końcu udaje mi się uprosić jednego z Policjantów, że my chcemy do Hotelu i nas przepuszczają. Policjant, który początkowo nie chciał nas przepuścić przeprasza mnie składając ręce i chyląc głowę życzy przyjemnego pobytu w Nepalu. Zatrzymujemy się w Hotelu Słosihsh 86 w Narayanghat. Do Chitwan mamy 19 km. Potem okazuje się, że jest strajk transportowców i żadne samochody nie kursują. Strajk trwa do późnego popołudnia i szykujemy się na jutro rano do wyjazdu do Chitwan.
07 grudzień 2011
Wstajemy wcześnie rano i wychodzimy przed Hotel aby pojechać autobusem do Chitwan. W czasie oczekiwania dowiadujemy się od miejscowych, że autobus do Chitwan nie odjeżdża z tego przystanku tylko z innego miejsca. Informacje uzyskane od serwisu hotelowego są sprzeczne z informacjami miejscowych.
Bierzemy Rykszę i jedziemy 2 km dalej do Hotelu z pod którego ma być autobus do Chitwan. Po drodze stwierdzamy ,że nie widać ruchu samochodowego co może oznaczać, że zaczął się strajk i tak rzeczywiście było. Jedyny środek transportu dostępny w tych warunkach to ryksza z wątłym raczej cherlawym człowiekiem, który może wieźć nas i bagaże. Na zapytanie czy pojedzie do Chitwan ten ,,szczupaczek? odpowiada, że tak. Ja wątpię w jego zdolności rowerowe, ale widzę, że Ryszard wierzy i za chwilę otacza nas tłum miejscowych, którzy mówią, że on jest dobry i doskonale sobie poradzi z tym dystansem i żeby się nie bać. W tej sytuacji nic innego nie pozostaje jak ruszać w drogę i tak też uczyniliśmy. Patrzę na zegarek zbliża się 9 rano i my wyruszamy w tak daleką podróż i tak lichym środkiem transportu. Przy podjazdach pod górkę staram się pomóc schodząc z trzykołowca, ale szybko po przejechanie górki jestem zapraszany do rykszy. Ponoć dyshonorem jest dla rykszarza, aby pasażer szedł obok rykszy. Proszę sobie wyobrażić,że ten człowiek był już na miejscu w Chitwan o godz.10 am i w całkiem dobrej kondycji. Jak do tej pory to była najdłuższa podróż tak nietypowym środkiem transportu jakim jest ryksza i na tak dużej odległości. Robimy pamiątkowe zdjęcia z naszym rykszarzem i meldujemy się w Chitwan w hotelu o nazwie
Gorkha Hamlet Resort. Bardzo przyjemny i tani hotel z restauracją (doliczają 10+13%), pokoje z TV i łazienką. Ponieważ mamy doskonały czas bo jest dopiero dziesiata, dzięki rykszarzowi to załatwiamy w hotelu na 13.00 przejażdżkę na słoniu. O 13.00 wyjeżdżamy samochodem terenowym do parku gdzie są słonie (ok.6 km). Przejażdżka na słoniu trwa 1,5 godziny po 4 osoby na słoniu. Każdy z nas siada na osobnego słonia, aby można było zrobić zdjęcia sobie i ruszamy w drogę po parku narodowym w Nepalu. Na moim słoniu są tylko trzy osoby ze mną i ja siedzę sam z tyłu. Po drodze spotykamy dwa nosorożce, sarnę i piękne krajobrazy. Słonie majestatycznie się poruszają i z uwagi na wysokość słonia człowiek czuje się bezpiecznie. Do nosorożcy zbliżaliśmy się dwukrotnie na odległość dosłownie 10m, aż słoń zaczął wachlować uszami. Z Ryszardem spotykam się kilka razy tak, że jest okazja do zrobienia sobie zdjęć. Gorąco polecamy tego typu jazdę bo jest to naprawdę coś niespotykanego kiedy na słoniu z łatwością przedzieramy się przez chaszcze podziwiając przepiękne krajobrazy parku narodowego.
Wszystko co dobre kończy się i wracamy tym samym samochodem do hotelu. Później spacerujemy po Chitwan oglądając sklepy i stoiska .O tej porze roku już jest mało turystów dlatego wszędzie nas zapraszają bo miasto żyje z turystyki a przede wszystkim ze słoni. Na ulicy widać handel uliczny, który jest motorem całej gospodarki Nepalu i źródłem utrzymania miejscowej ludności.
08 grudzień 2011
O 9 rano wyjeżdżamy samochodem terenowym z pod hotelu Gorkha Hamlet Resort w Chitwan do oddalonego o 6 km przystanku skąd autobus odjeżdża do Kathmandu. Wyjeżdżamy o 9.30 droga wije się pod górę, jedziemy półkami skalnymi. Po drodze niesamowite widoki, z jednej strony skała a z drugiej przepaście coś niesamowitego. Po drodze spotykamy bardzo dużo samochodów ciężarowych i aby się minąć jeden drugiego musi przepuścić. W czasie jazdy gaśnie silnik samochodu i stajemy na zakręcie po prawej stronie. Tworzy się niesamowity korek samochodowy bo blokujemy ruch z naprzeciwka. Po kilku minutach udaje się kierowcy uruchomić silnik aby przejechać kilkadziesiąt metrów i usunąć usterkę. Po kilkunastu minutach ruszamy w dalszą drogę zadowoleni, że nasz autobus jest sprawny do dalszej jazdy. Przyjeżdzamy do Kathmandu o godzinie 15.30 i udajemy się do hotelu o nazwie Ohtara Guest House położony w dzielnicy turystycznej i bierzemy pokój dwuosobowy z łazienką na zewnątrz. W Recepcji hotelu zamawiamy na jutro bilety na lot samolotem nad Mont Everest. Chodzimy po mieście i szukamy Agencji oferującej najtańszą i najkorzystniejszą wycieczkę do Tybetu ponieważ jest to jedyny sposób, aby dostać się do tego wysoko położonego w górach kraju.
09 grudzień 2011
Wstajemy o 5.30 i po ciemku(kilka razy dziennie jest wyłączane światło) czekamy w recepcji na kierowcę. Za chwilę zjawia się kierowca Taxi i jedziemy na lotnisko. Tuż przed lotniskiem Ryszard stwierdza, że nie ma biletu na samolot. Szybko zawracamy do hotelu po bilet i jeszcze raz na lotnisko. Na lotnisku dowiadujemy się, że z powodu mgły wszystkie loty są odwołane, a nasz lot nad Mont Everest ma być o godz.10. Nie pozostaje nam nic innego jak czekać bo wracać do hotelu nie ma sensu. Informuję naszego kierowcę Taxi o o opóźnionym locie, ale na nim nie robi to szczególnego wrażenia i mówi, że będzie czekał na nas pod lotniskiem. Przechodzimy odprawę celno= paszportową i czekamy na poczekalni odlotów obserwując otaczających nas ludzi. W poczekalni jest dużo turystów białych z plecakami prawdopodobnie powracających z różnych trekkingów. Słońce zaczyna się przedzierać przez chmury i o 11 podjeżdża autobus, który podwozi nas pod nasz samolot. Jest to samolot dwuśmigłowy zabierający 16 pasażerów. Lecimy wzdłuż masywu szczytów, które w słońcu prezentują się okazale, raz z jednej raz z drugiej strony podziwiamy przepiękne szczyty w tym najwyższą górę świata.
Lot jest ciekawy, ale nie lecimy bezpośrednio nad szczytami tylko wzdłuż masywu Himalajów. Każdy uczestnik podróży jest zapraszany do kabiny pilota skąd może popatrzeć na przepiękne masywy górskie Himalajów z najwyższą górą świata. Lot trwa godzinę. Każdy uczestnik lotu dostaje pamiątkowy Dyplom potwierdzający odbyty lot nad Mont Everest.
10 grudzień 2011
Rano jak zwykle nie ma światła w hotelu. Włączają dopiero o 9.30. O 10.30 wyjeżdżamy na wycieczkę wokół Kathmandu wykupioną w naszej Agencji Oxford. Zwiedzamy:
Pashupatinath (Hinduską Świątynię), Boudhanath (Buddyjską Stupę), Budhanilkanthe (Statuetkę śpiacego Vshnu), Kathmandu Durbar Square, Swoyambhunath (Buddyjski Monastyr). Wycieczka kończy się o 16. Wracamy na piechotę do hotelu i stwierdzamy brak światła. 1 grudzień 2011 Niedziela do 16 grudzień 2011
Zwiedzamy miasto i okolice. Robimy rozpoznanie ile kosztuje wysłanie paczki do Polski przez Pocztę i Agencję DHL. O kilka dolarów taniej wychodzi na korzyść Poczty przy paczce do 3 kg.
13 grudzień 2011
Spotykamy się z Konsulem Honorowym R.P Panem Lokmanya Golchha w Kathmandu.Rozmawiamy przy kawie informując Pana Konsula o naszej podróży i celu wizyty. Widać, że Konsul jest zadowolony z naszego przybycia tym bardziej, że wcześniej poinformowaliśmy go o naszej wizycie i z przyjemnością nas przyjął w tym czasie. Po wypiciu kawy dziękujemy Panu Konsulowi za spotkanie i robimy sobie pamiątkowe zdjęcia w gabinecie urzędu. W czasie rozmowy w Konsulacie cały czas nam towarzyszył Sekretarz Konsulatu z którym zrobiliśmy sobie zdjęcia przed Konsulatem.
Jesteśmy częstymi gośćmi Agencji Oxford Travel&Tours Ltd i spędzamy tam czas na pogawędkach z szefem Pan Suman Pathak i jego córkami oraz synami. Pozwala nam korzystać bezpłatnie z internetu. W dniu 14 grudnia posiedzieliśmy trochę dłużej w Agencji Oxford przy kawie i piwie rozmawiając o rodzinie i pracy.
Ponieważ prowadzi również wysyłkę paczek to wysłaliśmy paczkę przez DHL do Polski. Również w tej Agencji wykupiliśmy wycieczkę do Tybetu na 7 dni z 6 noclegami ze śniadaniem oraz bilet kolejowy do Pekinu. Była to najkorzystniejsza oferta z pośród masy biur oferujących tego typu wycieczki. Wyjazd do Tybetu jest planowany na 17 grudnia, spotykamy się o 5.45 rano przed agencją 3 minuty od naszego hotelu i wyruszamy do następnego bardzo ciekawego tajemniczego miejsca - Tybetu.
14-16 grudnia 2011
Piesze wycieczki po Kathmandu, odwiedzamy: Pałac Prezydenta, filmujemy wesele, jemy w restauracji ?Mustang? z Szefem Agencji Oxford - miejscowy obiad (ryż, sos, kawałki kurczaka, por, marchewka, ogórek, zupa, piwo). Robimy zdjęcia pamiątkowe z jego córkami i synami. Sprawdziłem bankomat uliczny na kartę płaską CITI, raz działał ale później już nie.
17 grudnia 2011
O godz. 6.10 rano czekamy koło budynku Agencji na siedmiodniowy wyjazd do Tybetu. O godz. 6.30 razem z przewodnikiem pokonujemy 600 m gdzie czeka minibus i międzynarodowe towarzystwo w tym para z Hiszpanii i Nowej Zelandii oraz Kanadyjczyk. Razem z nami to jest 7 osób. Jedziemy w gęstej mgle. Przejazd przez wysokie partie gór mamy na przemian słońce i mgłę. Jedziemy półką skalną z Kathmandu do Tybetu gdzie ledwo mijają się dwa samochody, a są nawet takie miejsca, że jeden musi poczekać, aby drugi przejechał. Niesamowite widoki, w dole przepaść, pola tarasowe ryżu oraz co kilkadziesiąt metrów zakręty. Miejscami nie ma asfaltu, więc autobus musi bardzo wolno jechać. Do granicy z Tybetem mijamy co najmniej z 10 posterunków wojskowych, ale nas na szczęście nie sprawdzają. O godz. 8.00 minibus się zatrzymuje w miłej widokowej restauracji, gdzie jemy śniadanie. Cały czas droga wije się pod górę, w dole przepaść i rzeka. Około południa dojeżdżamy do granicy Tybetu i nasz Przewodnik załatwia nam dokumenty przejazdowe (wiza i pozwolenie na pobyt). Sam wraca do Nepalu oraz przekazuje nas chińskiemu przewodnikowi, który już do końca wycieczki pozostaje z nami. Na granicy Tybetu kontrola bagaży-prześwietlają, każą otwierać plecaki. A jeszcze wcześniej trzeba zaznaczyć, że po wyjściu z autobusu jest do przejścia pieszo co najmniej kilkaset metrów do pierwszego posterunku, później do drugiego. Po przejściu wszystkich kontroli wsiadamy do chińskiego autobusu i jedziemy do Hotelu GANG-GYEN w Zangmu gdzie śpimy w pokoju 5 osobowym.
18 grudnia 2011
Jest mglisto i pochmurnie, ale w miarę jazdy do góry pokazuje się słońce. Tu chciałbym zaznaczyć, że o godz.8.00 jest jeszcze ciemno. Wjeżdżamy na przełęcz wysokość 5015m, a druga na wysokość 5448m. Lekko czujemy zmęczenie na tej wysokości. Cały czas świeci słońce, jest coraz goręcej. Jak wychodzimy z autobusu na tych wysokościach to wieje lodowaty wiatr.
Po drodze widać, że strumyki spływające z gór są zamarznięte. Podobno w nocy jest poniżej 20oC. W masywie górskim po stronie Nepalu widać na wierzchołkach gór śnieg. Po 3 godzinach jazdy teren zaczyna być bardziej płaski, nie widać głębokich przepaści. Jest to już droga o wiele bezpieczniejsza niż wczorajsza. Z autobusu widzimy pasące się Yaki, a nawet stajemy gdy widzimy większe stado Yaków. Przyjeżdżamy o godz. 17.00 do Hotelu LHTSE TIBETAN FARMER?S w miejscowości Lhatse na wysokości 4500-4800m.Ś Pokój 5 osobowy, nie ogrzewany, toaleta to dziura w betonie, nie ma się gdzie umyć nie mówiąc o prysznicu. Do snu kładziemy się w ubraniu zakładając polar bo jest bardzo zimno. Jest to już druga noc w takich warunkach. Na tych wysokościach temperatura w nocy spada poniżej 25oC Wieczorem robimy spacer po mieście. Ryszard wraca, ja idę dalej i po drodze spotykam 2 Tybetańczyków w sklepie, którzy chcą zrobić sobie ze mną zdjęcie na co ja się oczywiście zgadzam. Tu trzeba zaznaczyć, że Tybetańczycy są niezwykle mili dla obcokrajowców. Idąc ulicami sami nas zaczepiają i pozdrawiają. Miasto Lhatse jest czyste, ma szerokie, oświetlone i zadbane ulice. Około 1 godz. jazdy do miasta jest posterunek kontrolny, gdzie wszyscy wysiadamy z autobusu i pieszo z paszportami i pozwoleniem udajemy się do kontroli. Po krótkiej sprawnej odprawie ruszamy w kierunku Lhatse.
20 grudnia 2011
Po śniadaniu wyjeżdżamy z Shigatse i zatrzymujemy się w Gyantse w hotelu YETI. O godz. 14.00 wyjeżdżamy do klasztoru. Dzisiaj Tybetańczycy mają święto, banki są zamknięte, działają tylko sklepy. Jedziemy dobrą drogą po obu stronach są płaskie tereny i pola uprawne, a dalej góry. Tak jak pisałem wcześniej mieszkańcy Tybetu są bardzo ciekawi białych ludzi i w czasie marszu zaczepiają nas, zapraszają na poczęstunek. I tu należy wyjaśnić, że z okazji święta wiele ludzi przyjeżdża z całymi rodzinami, z pożywieniem do miasta i siedzą przed klasztorami lub po prostu na ulicy jak to miało miejsce przy naszym hotelu. Piłem miejscowy słaby napój (kilkuprocentowy) i jadłem słodki ser suszony z mleka Yaka.
21 grudnia 2011
Po śniadaniu o godz. 9.30am wyjeżdżamy do Lhasy stolicy Tybetu, która znajduje się na wysokości 3600 m. Jedziemy malowniczą trasą opadając i wznosząc się drogą wiodącą wzdłuż przepięknego jeziora podziwiając ośnieżone szczyty wierzchołków gór. Jezioro jest usytuowane wśród gór, co stwarza przepiękne widoki. O 16.00 przyjeżdżamy do hotelu TICHANG LABRANG w Lhasie. I tu również są bardzo dobre warunki do noclegu tak jak poprzedniego dnia. Idziemy zwiedzać miasto i szukać taniego, ale smacznego miejscowego pożywienia.
22 grudnia 2011
Tak jak zwykle po śniadaniu wyjeżdżamy zwiedzać najstarszy klasztor Lhasy. Po drodze spotykamy tłumy ludzi maszerujące w kierunku klasztoru oraz rozstawione posterunki policji i wojska w pełnym rynsztunku. Po obiedzie idziemy z przewodnikiem do drugiego znacznie mniejszego, ale za to starszego klasztoru, który również jest bardzo ciekawy.
23 grudnia 2011
Wyjeżdżamy naszym autobusem do klasztoru Drepang Monastery na obrzeżach Lhasy. Klasztor jest również bardzo ciekawy i godny zwiedzenia.
Po obiedzie wyjeżdżamy do następnego klasztoru o nazwie Sera Monastery, w którym obserwujemy jak mnisi ćwiczą lekcję przekonywania. Polega to na tym, że jeden stoi i coś mówi do drugiego jednocześnie klaszcząc w ręce aby go przekonać do swoich słów. Ćwiczenie to jest powtarzane godzinami tak, że po kilku godzinach takich ćwiczeń każdy zaczyna wierzyć w to co się do niego mówi.
24-26 grudnia 2011 Wigilia i Święta Bożego Narodzenia
Po śniadaniu o godz. 8.30 wyjazd autobusem na dworzec kolejowy w Lhasie. Wysiada z nami para z Hiszpanii, Niemiec oraz Kanadyjczyk. Przed wejściem na peron są sprawdzane bilety tak, że na peronach są tylko osoby wyjeżdżające z ważnym biletem, a nie ma osób odprowadzających. Duża hala z kasami jest czysta i estetyczna wykonana nowocześnie, godna pochwały. Wcześniej jest kontrola bagaży polegająca na prześwietleniu oraz kontrola osobista i dopiero potem jest się wpuszczanym do hali kasowej. Nasz pociąg do Pekinu odjeżdża o godz. 13.40, a ludzie specjalnym wejściem jak na lotnisku są wpuszczani na godzinę przed odjazdem pociągu. Jesteśmy w wagonie nr 4, ja mam miejsce do spania na dole, a Ryszard na górze. Pociąg do Pekinu przyjeżdża w dniu 26.12.2011 o godz. 9.00. Następnego dnia odwiedza nas para z Hiszpanii, która wysiada wcześniej w połowie drogi do Pekinu. Niestety tak jak widać z rozkładu jazdy Wigilia oraz Święta Bożego Narodzenia spędzamy w pociągu i nic na to nie poradzimy. Pogoda jest piękna, świeci słońce, ale jest mroźno. Z okien pociągu widać, że strumienie górskie są zamarznięte, a po jednej i drugiej stronie przepiękne widoki gór.
Odnośnie pociągu. Każdy wagon ma swojego konduktora, który po wejściu do pociągu zabiera bilet a w to miejsce daje kartę. Wynika to z tego, że konduktor przez cały czas ma podgląd gdzie kto jedzie i kiedy należy go obudzić. aby nie przejechał stacji. Obsługa co parę minut rozwozi pożywienie i nie tylko, ale wózek ma taką szerokość, że nie trzeba wstawać z bocznych siedzeń na korytarzu w czasie jego przejazdu. Obsługa pociągu ubrana jest w eleganckie uniformy i prezentuje się okazale. Wagon w ciągu dnia jest kilkakrotnie zamiatany. Za oknami pociągu widoki zmieniają się z godziny na godzinę i góry, a to przybliżają się, a to oddalają. Stwierdzam, że w pociągu nie działa sieć komórkowa.
O 8.00 rano budzi nas konduktorka informując, że zbliżamy się do Pekinu, mniej więcej na godzinę wcześniej taka jest zasada i oddaje nam nasze bilety, a my zwracamy kartę. O godz. 9.00 wysiadamy na dworcu w Pekinie i szukamy Biura Emigracyjnego, gdzie można przedłużyć pozwolenie na pobyt, bo wizę chińską nam skasowano jak jechaliśmy do Tybetu. Bardzo mało Chińczyków zna angielski i stąd są duże trudności w porozumiewaniu się, ale jakoś sobie radzimy. Niestety pozwolenia na dworcu w Pekinie nie przedłużymy. Dwoma autobusami dojeżdżamy do hotelu DownTown Backpackers Accommodation. Dostajemy łóżka w pokoju 5 osobowym, ale naprawdę to jest z nami tylko Amerykanin. W pokoju jest łazienka, ciepła woda i ogrzewanie elektryczne, na dworze jest dość chłodno i trzeba założyć kurtki.
27 grudnia 2011
Wychodzimy po śniadaniu z hotelu i szukamy Ambasady RP w Pekinie. Autobusem i taksówką dojeżdżamy do Ambasady RP i około godz. 10.30 spotykamy się z Panem Krzysztofem Pozniak i Konsulem w Ambasadzie. Rozmowa przebiega w miłej atmosferze przy kawie. Rozmawiamy o naszej podróży oraz o roli jaką pełni Ambasada RP w Chinach. Na zakończenie rozmowy robimy pamiątkowe zdjęcia z Panem Konsulem i opuszczamy Ambasadę.
Następnie udajemy się na Plac Tian Men gdzie była masakra ludności oraz do Zamkniętego Miasta. Spotykamy tam tłumy dorosłych i młodzieży.
Idziemy z miasta do miasta odkrywając za każdym razem nową historię Cesarstwa Chińskiego.
28 grudnia 2011
O godz. 8.00 wyjeżdżamy sześcioosobowym samochodem Hunday na wycieczkę po Pekinie, którą uzgodniliśmy wczoraj podczas spaceru po mieście. Naszym przewodnikiem jest ładna, drobnej budowy Chinka mówiąca po angielsku. Zwiedzamy: Ming Jombs, Great Wall (mur chiński), Tea House, gdzie sprzedają i częstują różnymi herbatami oraz różne sklepy ze względu prawdopodobnie na naszą przewodniczkę, która ma z tego jakieś profity. W międzyczasie zjadamy lunch, który początkowo kazano nam sobie kupić, a miał być wliczony w cenę wycieczki, ale stanowcze stanowisko podziałało skutecznie. Na koniec udajemy się do ośrodka obok stadionu olimpijskiego na masaż stóp wliczony w cenę wycieczki. Wszystko jest bardzo sprytnie przemyślane bo jak się zgłosisz na masaż to zaraz przyjdzie specjalista i wmówi Ci, że masz to i owo i powinieneś kupić takie, a takie zioła. Cała wycieczka trwała od godz. 8.00 do 17.00. Po przybyciu do hotelu stwierdzamy, że przybył chłopak z Anglii na 2 dni i jedzie dalej do Hong Kongu. W pokoju jest nas już czterech.
29 grudnia 2011
Po śniadaniu jedziemy jeszcze raz na Plac Tian Men, aby zobaczyć zabalsamowanego Mao Tse Tunga. Przed wejściem dokładna kontrola, aparaty fotograficzne trzeba zostawić w płatnym depozycie. Sala przybrana żółtymi kwiatami, absolutna cisza, pełno służb porządkowych. Mao leży w trumnie szklanej w odległości około 5-6 m, bardzo dobrze oświetlony tak, że widać dokładnie twarz. Dużo ludzi wchodzi do sali z żółtymi kwiatami zresztą sala, gdzie leży też jest przybrana żółtymi kwiatami. Wszystko przebiega sprawnie może trwa minutę i już się wychodzi...
Jedziemy do Świątyni Nieba i widzimy, że przygotowują scenerię na Nowy Rok. Jedziemy na Dworzec Południowy, gdzie kupujemy bilety do Shanghaju na szybką kolej 3,5 godz. i jesteśmy na miejscu. Pociąg jedzie z prędkością 320-360 km/h Wracamy do hotelu i zastajemy nowego gościa z Hiszpanii. Ryszard idzie na spacer i kupuje 3 skorpiony z grilla, które na miejscu zjada. Potem wspólnie kupujemy 4 cykady z grilla i po dwie zjadamy. Nawet mi to smakowało. Potem zjadamy po 2 szt larwy dużych motyli, które też mi smakowały. Mamy to wszystko utrwalone na zdjęciach.
Co do pogody to rano prószył śnieg i było biało oraz dość zimno.
30 grudnia 2011
Wstajemy przed godziną 5.00, a wychodzimy przed 6.00 i jedziemy autobusem, metrem na dworzec. Przed wejściem na dworzec dokładna kontrola bagaży i osobista. Na pół godziny przed odjazdem pociągu zostajemy wpuszczeni na peron skąd nasz pociąg o godz. 9.00 rusza do Shanghaju. Za oknem jest mrozkowato i nie ma słońca w Pekinie. Przed odjazdem robimy zdjęcia i film pociągu, który w kraju pozostaje w sferze marzeń. Stwierdzamy, że pociąg nie rozwija max prędkości tj.360 km/h, ale jedzie z prędkością 300-320 km/h co jest widoczne na monitorze w każdym wagonie. Co ciekawe wcale nie odczuwa się tej prędkości i gdyby nie monitory to nikt by nie przypuszczał, że jedzie z prędkością powyżej 300 km/h Pociąg przyjeżdża do Shanghaju o godz. 13.45, zamiast o 12.30. Dworzec kolejowy w Shanghaju jest bardzo nowoczesny z połączeniem metra i autobusów. Pociąg jeździ na trasie Pekin-Shanghaj co godzinę i jest wyposażony w siedzenia wyściełane miła tkaniną i rozkładane. W czasie jazdy pociągu można zamówić jedzenie i picie. Zaraz po wyjściu z pociągu udajemy się do kas biletowych, aby kupić bilet do Hanoi, do Wietnamu. Kasjerka w kasie nie mówi po angielsku i mamy problem z zakupem biletów. Ale mamy szczęście zresztą nie pierwszy raz, bo do rozmowy z kasjerką włącza się młody Chińczyk, który zna angielski. W końcu po kilkakrotnych pytaniach skierowanych do kasjerki kupuje nam bilety sleep set na 02.01.2012, na godz.16.45 z dworca z ShangHai Nan do Nan Ning. Żegnamy się z naszym pomocnikiem, serdecznie mu dziękując bo bardzo nam pomógł przy zakupie biletów. I tu trzeba jasno powiedzieć, że Chińczycy jeżeli znają chociaż trochę angielski to zawsze starają się pomóc i wskazać drogę. Inaczej sprawa wygląda jak się pyta osoby, które nie znają angielskiego. Kręcimy się po metrze bo mamy sprzeczne informacje co do lokalizacji hotelu Captain.
W końcu udaje nam się dotrzeć do hotelu Captain o 9.00, ale nie ma wolnych miejsc. Recepcjonista daje nam adres jakiegoś hotelu, ale nie można go znaleźć. Udaję się na dalsze poszukiwania, a Ryszard zostaje z bagażami w hotelu. Po kilkunastu minutach znajduję hotel chiński gdzie w recepcji nie znają angielskiego, ale jakoś udaje mi się z nimi dogadać. Mamy pokój dwuosobowy z TV, WC i ciepłą wodą w bardzo dobrym punkcie bo z drugiej strony jest wybrzeże. Wieczorem idziemy jeszcze na spacer i widzimy przygotowania do Nowego Roku. Jeszcze jedno ciekawe spostrzeżenie, które chciałbym opisać co do pytań o drogę skierowanych do mieszkańców. Otóż pytając się o hotel, czy ulicę Chińczyk jak nie wie to wyciąga komórkę i sprawdza gdzie się znajduje hotel czy dana ulica. Każdy z nich ma w komórce darmowego GPS czego niestety u nas nie ma.
31 grudnia 2011 Noc Sylwestrowa
Po śniadaniu jedziemy na dworzec skąd mamy wyjechać 02.01.2012 do Wietnamu, aby zbadać ile czasu zajmie nam dojazd. Jedziemy metrem i idziemy na piechotę podziwiając wspaniałe wieżowce i sklepy. Po drodze spotykamy sklepy gdzie sprzedaje się różne produkty jak np. biżuteria w cenie o jedno zero mniej czyli inaczej mówiąc za 10% ceny. Wczoraj wieczorem w sklepie spotkaliśmy znanego, czarnego muzyka, który z nami rozmawiał i pytał się skąd jesteśmy. Przyjechał z recitalem do Shanghaju na Nowy Rok. Około godz. 22.00 wychodzimy do miasta i udajemy się na wybrzeże gdzie zbierają się tłumy ludzi aby przywitać Nowy Rok. Po jednej stronie pięknie oświetlone budynki, a po drugiej promenada morska z widokiem na również kolorowo oświetlone Centrum Biznesu Shanghaju i mnóstwo ludzi. Policja cały czas pilnuje porządku, ale nie widzieliśmy żadnych zaczepek czy sytuacji wykraczających poza dobre obyczaje. Około godz. 23.45 słychać jakieś śpiewy prawdopodobnie są to występy, ale my jesteśmy na promenadzie więc nic nie widzimy. O północy zaczyna się iluminacja świateł na ciągu budynków i trwa to około 15 minut. Żadnych rakiet, petard, składania życzeń, picia jakiegokolwiek alkoholu, wszyscy są trzeźwi i udają się do domów. Całkowicie inaczej wyobrażaliśmy sobie przywitanie Nowego Roku w Shanghaju i było to bardzo dużym zaskoczeniem dla nas. W Europie bardziej zwraca się uwagę na Nowy Rok i ten dzień obchodzi bardzo uroczyście.
1 stycznia 2012 Nowy Rok
Tłumy ludzi maszerujących po głównym deptaku Shanghaju oraz czynne sklepy z różnymi artykułami począwszy od jubilerskich aż po spożywcze. Okazuje się, że w Shanghaju Nowy Rok jest dniem wyprzedaży różnych artykułów po cenie bez jednego zera czyli za 10%, a nawet i niższej. Wracamy po kilku godzinach do hotelu i rozdzielamy się bo Ryszard chce dojść na drugą stronę do Centrum Biznesu, a ja na zakupy.
I tu Ryszard ma przygodę, bo nie ma jak wrócić z Centrum Biznesu, ponieważ ostatni prom odpłynął o 19.00. Po wielu rozmowach z ochroniarzami w końcu udaje mu się wrócić łódką na nasz brzeg i o 21.00 jest w hotelu tak jak się umawialiśmy. Zresztą najlepiej to on sam opisze później, co przeżył i jakie miał sytuacje. Okazuje się, że budynki Centrum Biznesu są oświetlone tylko od strony Shanghaju, a z drugiej strony są ciemne. Tak jak widać z opisu Nowy Rok 2012 witamy w Shanghaju w Chinach.
2-3 stycznia 2012
O godz. 16.45 mamy pociąg z Shanghaju z miejscami do leżenia do Nan Ning. Pociąg odjeżdża z opóźnieniem o godz. 17.00, a przyjeżdżamy do Nan Nng dnia następnego, 3.01.2012 o godz. 22.00. Przez całą podróż za oknami pociągu było szaro i padał deszcz. W czasie tej podróży pociąg jest kilkakrotnie zamiatany. W pociągu oprócz obsługi są też przedstawiciele sprzedający różne artykuły, ale ubrani w inne uniformy. Każdy wagon kolejowy ma miejsce gdzie jest gorąca woda. Po co ta woda gorąca, a po to aby można było nią zalać zupkę chińską. Tu należy się wyjaśnienie, że Chińczycy bardzo chętnie spożywają zupki chińskie w pociągu, w poczekalni kolejowej lub autobusowej gdzie jest stały dostęp do gorącej wody. Wszędzie widać całe rodziny chińskie na dworcach z zupkami w ręku. Początkowo nas to bawiło, ale później sami zasmakowaliśmy w zupkach chińskich, które są całkiem smaczne z tym, że używane są te większe o wadze 100g.
Po przyjeździe pociągu do Nan Ning od razu kupujemy bilety do Hanoi na 04.01.2012 godz 18.45 Dość szybko znajdujemy niedrogi pokój dwuosobowy w hotelu blisko dworca z TV, WC, ciepła woda, czajnik elektryczny, klimatyzacja. Po zaadoptowaniu się w hotelu wyruszamy do miasta i chodzimy do godziny 2.00 nad ranem. Mimo tak późnej, a raczej wczesnej pory czynne są sklepy i stragany z żywnością całkowicie odmiennie niż u nas w kraju, a to jest w Chinach.
Obsługa hotelu tak jak w większości hoteli w Chinach oczywiście nie zna angielskiego, ale jakoś udaje nam się porozumieć. Pomimo tak znacznego przejechania drogi w Nan Ning w dalszym ciągu siąpi deszcz. W Nan Ning jest bardzo dużo hoteli a ceny są różne.
4-5 stycznia 2012
Rano po śniadaniu zaraz idziemy do miasta i robimy zakupy. Ja kupuję torbę na kółkach z przeceny ciesząc się, że tak mało kosztuje (niedługo tylko 2 dni). O godz. 14.00 opuszczamy hotel i idziemy na dworzec kolejowy w Nan Ning. Cały czas jest pochmurno i siąpi deszcz. Przy wejściu na dworzec jest dokładna kontrola bagaży i osobista. Na uwagę w Chinach zasługuje specyficzny sposób spożywania posiłków na dworcach, w pociągach, autobusach. Wszędzie jest dostęp do gorącej wody, a spożywanie posiłku jest oparte na zupkach chińskich, które zalewa się gorącą wodą i po odczekaniu 5 minut można spożywać gotowe danie o różnych smakach. Na 30-45 minut przed odjazdem pociągu jesteśmy wpuszczani na peron gdzie jest nasz pociąg z miejscami hard sleep do Hanoi. Budzimy się o godz. 22.30, bo jest kontrola paszportowa i bagażowa w Pingxiang po stronie chińskiej. Wszyscy pasażerowie wychodzą z pociągu z bagażami. Jeszcze przed wyjściem dowiadujemy się, że ponieważ nie mamy wizy wietnamskiej powinniśmy wysiąść z pociągu w Chinach. Nie zgadzamy się i twierdzimy, że wizę do Wietnamu otrzymamy na granicy wietnamskiej. Aż dziw bierze, bo bastuje kontrola chińska graniczna i obsługa pociągu. Dojeżdżamy do stacji Dong Dang po stronie wietnamskiej i kontrola graniczna wietnamska nie puszcza nas dalej do pociągu do Hanoi uzasadniając to brakiem wizy do Wietnamu, a u nich na granicy nie wydają wiz. Jest już 05.01.2012, a my zostajemy na stacji Dong Dang. Mamy niewiele czasu bo ważność pozwolenia kończy się 06.01.2012 i zastanawiamy się co teraz będzie bo nas odprawiono po stronie chińskiej więc Chińczycy powinni nas z powrotem nie przyjąć, co by nam bardzo pasowało. Około godz. 5.00 przyjeżdża pociąg z Hanoi do Nan Ning. Wietnamczycy kontaktują się z obsługą pociągu chińskiego i każą nam kupić bilety powrotne. My twierdzimy, że mamy bilety do Hanoi i nie musimy kupować. W międzyczasie dowódca warty spisuje protokół, w którym stwierdza o zaistniałym zdarzeniu oczywiście po wietnamsku i krótko nam tłumaczy po angielsku, co wcale nie znaczy, że wszystko się zgadza. Podpisujemy protokół z uwagą, że nie rozumiemy. Dowódca zauważa to i pyta się co to oznacza, widać że jest to mu nie na rękę, ale nas to nie interesuje my pilnujemy swojego interesu. Na podstawie protokołów widać, że zaczęły się jakieś działania z chińczykami odnośnie nas. I tak mamy straty. Dyskusja obsługi pociągu chińskiego z Wietnamczykami trwa godzinę aż w końcu konduktorzy idą do pociągu zostawiając nas samych z Wietnamczykami. I tu następuje przełom bo Wietnamczycy pękają i kupują nam bilety do Pingxiang najbliższej stacji po stronie chińskiej. W pociągu ten sam pogranicznik zbiera paszporty do kontroli celnej i wszyscy wysiadają w Pingxiang. My wysiadamy z bagażami bo nie wiemy co nas czeka. Po godzinie oczekiwania kiedy inni już zostali odprawieni pojawia się nasz pogranicznik i wręcza nam paszporty oraz pozwolenie wraz z anulowaną datą wyjazdu z Chin. Tego się nie spodziewaliśmy widać, że Wietnamczycy dogadali się z Chińczykami. Mamy niecałe 2 doby na opuszczenie Chin, później mogą być kłopoty. Idziemy z bagażami za naszym pogranicznikiem i wchodzimy do wagonu gdzie on i mówimy do obsługi pociągu, że jedziemy dalej i chcemy kupić bilety w pociągu. Obsługa twierdzi, że to jest niemożliwe i odsyła nas do kas gdzieś na peronie. Pytam się o której odjeżdża pociąg i okazuje się, że mamy do odjazdu 40 minut. Pytamy się czy możemy zostawić bagaże w pociągu, ale konduktorzy się nie zgadzają. W tej sytuacji my mówimy, że nie wyjdziemy z pociągu bo jutro kończy nam się wiza i my musimy bezwzględnie jechać tym pociągiem. Krótka rozmowa młodej konduktorki z kierownikiem pociągu, z której wynika, że on nie ma zamiaru nam pomóc. Ale w końcu oboje wysiadają i ja z nimi, a Ryszard cały czas jest w pociągu z naszymi bagażami i idziemy do kas służbowych bo przy innych są duże kolejki. Podają mi cenę jednego biletu ,która przekracza moje możliwości, a kartą nie można płacić. W końcu z pieniędzy, które mam kupują nam dwa bilety służbowe po kilkakrotnie niższej cenie. Wynika z tego, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Jesteśmy uratowani wsiadam do pociągu i serdecznie dziękujemy za pomoc.
Jedziemy kilka godzin w wagonie restauracyjnym siedząc przy stoliku i zajadając własne chińskie zupki, ale nam to wcale nie przeszkadza bo zaoszczędziliśmy część pieniędzy, które wydaliśmy na Hanoi, a tam nie dojechaliśmy. Najważniejsze w tym wszystkim to jest to, że rysuje się możliwość
opuszczenia Chin. Decyzja jest jednoznaczna w tej sytuacji pozostaje tylko Hong Kong, który nie był w naszych planach, ale teraz jest na czasie.
Pociąg przyjechał do Nan Ning o godz.11.00 i my zaraz udaliśmy się do informacji odnośnie pociągu do Hong Kongu. Kupujemy bilety do Guang Zhou na godz. 18.50 i dalej do Hong Kongu.
6 stycznia 2012
Przyjeżdżamy do Guang Zhou rano i szybko udajemy się na dworzec skąd odchodzą pociągi do Hong Hongu. Przechodzimy kontrolę paszportową i celną. Pokazujemy celnikowi nasz Permit, który za kilkanaście godzin traci ważność, ale jeszcze jest wszystko OK i udaje nam się dosłownie w ostatniej chwili uciec z Chin. Przyjeżdżamy do Hong Kongu w południe, niebo jest zachmurzone, ale deszcz nie pada. Dworzec w Hong Kongu jest również bardzo okazały i nowoczesny z połączeniami podziemnymi do metra i autobusów. Nam jeszcze bardzo dużo brakuje, żeby dorównać Chinom. Szukamy taniego hotelu i okazuje się to nie takie łatwe, a proponowane ceny są zbyt wysokie jak na naszą kieszeń. Inaczej sprawa wygląda jak ktoś jedzie na miesiąc czy dwa, a jeszcze inaczej jak na 1,5 roku. Kiedy już mieliśmy wszystko zaklepane to jak zobaczyli dwie osoby, się wycofali. W końcu Ryszard znalazł dla nas pokój z podwójnym łóżkiem na dwie osoby i wykupujemy na 7 noclegów. Idziemy wieczorem do miasta, które w nocy wygląda niezwykle malowniczo i kolorowo. Na ulicach jest wiele ludzi w różnym wieku z przewagą młodzieży. Wszystkie bez mała sklepy są czynne i oferują dużą różnorodność towarów wielu asortymentów. Szczególnie wyróżniają się sklepy ze znanymi firmowymi zegarkami i biżuterią. Przed sklepami stoi obsługa elegancko ubrana i zaprasza klientów do sklepu otwierając przed nimi drzwi.
7-8 stycznia 2012
Po śniadaniu idziemy do Biura Travel, aby wyrobić wizę do Wietnamu i składamy wszystkie dokumenty. Wizę mamy odebrać w dniu 13.01.2012 wieczorem. W międzyczasie od mojej torby odleciały kółka i kupuję droższą torbę, ale z gwarancją na 2 lata. Spacerujemy po mieście obserwując tłumy ludzi oraz mnóstwo sklepów i przydrożnych barów. Słońca nie ma, ale nie pada deszcz, więc można chodzić i zaglądać do sklepów.
Następnego dnia idziemy nad morze i oglądamy sąsiednią wyspę Hong Kongu. Wracamy późnym popołudniem do Hotelu. Wieczorem wychodzimy ponownie na miasto i szukamy taniego hotelu bo obecny będziemy musieli opuścić za kilka dni. W końcu niedaleko od naszego znajdujemy hotel i wpłacamy zaliczkę rezerwując 7 noclegów.
9-10 stycznia 2012
Zwiedzamy port morski idąc promenadą wzdłuż wybrzeża. Na promenadzie jest między innymi postawiony pomnik Bruce Lee oraz na chodniku wklęśnięte kształty dłoni różnych znanych osób. Wracamy kiedy już jest ciemno i podziwiamy wspaniałe widoki pięknie oświetlonych wieżowców oraz balon DHL unoszący się na ich tle. Na sąsiednią wyspę Hong Kong Island można dojechać tunelem podmorskim lub popłynąć promem.
Następnego dnia idziemy na drugi koniec miasta gdzie są już obrzeża i stwierdzamy przy okazji, że ceny hoteli nie są dużo niższe niż w centrum.
Wieczorem idziemy na targ nocny gdzie są sprzedawane różne starocie, ale nie tylko bo są też towary współczesne.
11 stycznia 2012
Idziemy pieszo do portu, skąd metrem dojeżdżamy do dworca centralnego na wyspę Hong Kong Island. Około godz. 10:00 znajdujemy Konsulat RP i spotykamy się z Konsulem Generalnym RP w Hong Kongu - Panem Przemysławem Jenke. Przy kawie rozmawiamy z Panem Konsulem o naszej wyprawie "Szlakiem Polonii". Pan Konsul stwierdza, że prawdziwej Polonii to w Hong Kongu nie ma, najwyżej mogą być jakieś osoby przebywające czasowo na tym terenie.
Po dwu godzinnych rozmowach żegnamy się robiąc sobie pamiątkowe zdjęcia przy polskiej fladze i opuszczany nasz rodzinny bo Polski Konsulat. Chodzimy po wyspie podziwiając wspaniałe wieżowce i widoki. Wracamy z powrotem promem, który jest znacznie tańszy niż metro, a emeryci, którzy mają ukończone 65 lat nic nie płacą. Jak wracamy to pada deszcz, ale do wytrzymania. Po wizycie w Konsulacie udajemy się pieszo na najwyższy szczyt Wiktorii w Hong Kongu mający 373 m wysokości, skąd podziwiamy widok na port Wiktorii i półwysep Kowloon. Na szczyt można dojechać kolejką szynową wciąganą linami. Nam całe wejście na szczyt zajęło dobrą godzinę ciekawego marszu. Wieczorem jeszcze idziemy na targ nocny.
12 stycznia 2012
Płyniemy promem na wyspę Hong Kong Island i dalej z Dworca Central również promem na wyspę Lantau Island, skąd autobusem jedziemy do wioski rybackiej oraz do największego w Azji posągu Buddy z klasztorem Po Lin. Posąg Buddy ma 34 m wysokości i waży blisko 250 ton i 286 schodów, żeby do niego dojść. Trzeba przyznać, że sam posąg Buddy jest bardzo okazały. Jest postawiony na wzgórzu i ma kilkadziesiąt metrów w podstawie oraz wysokość 34 m co czyni, że góruje nad okolicą. Tłumy ludzi odwiedzają to miejsce. Wracamy do naszego hotelu tą samą trasą tyle, że w kierunku odwrotnym.
13 stycznia 2012
Zmieniamy hotel o kilkaset metrów dalej przy głównej ulicy Nathan Road na kolejne siedem nocy do 20.01.2012. Dzisiaj wieczorem odbieramy wizę do Wietnamu ważną 30 dni, a w poniedziałek składamy wniosek o wizę do Chin. Ponieważ mamy dwa dni i paszporty z nami postanawiamy dnia następnego popłynąć promem do Macau.
14 stycznia 2012
Wychodzimy z hotelu rano i idziemy do biura kupić bilety na prom do Macau Taipa na godz. 9:00. Cały dzień chodzimy po Macau zwiedzając między innymi najsłynniejsze Kasyno, które mieści się na kilku piętrach w ogromnych salach pięknie oświetlonych, wybrzeże Macau ze statuą of Kum Iam, która ma 20 m wysokości i aktualnie jest remontowana, ruiny ściany fasady kościoła St.Paul?s z 1602 roku, zabytkowe centrum miasta Senado Square. Co do kasyna to w 2007 w Macau zbudowano największy na świecie kompleks hazardowy. Kasyno nosi nazwę Venetian i zajmuje teren kilku boisk piłkarskich, posiada 32 piętra. Znajduje się tam ponad 800 stołów i ponad 4 tysiące automatów. Dodatkowo znajduje się tam ponad 300 sklepów, a obsługa to ponad 15 tysięcy osób. Wieczorem jedziemy jeszcze do Centrum Galaxy i oczom nie wierzymy. Wspaniała budowla pięknie oświetlona gdzie mieści się między innymi Kasyno, luksusowy hotel mający 1500 pokoi oraz największy na świecie basen. Trudno opisać ten widok wieczorem, spróbujemy przesłać kilka zdjęć aby przybliżyć obraz. Okazuje się, że z dworca Terminal jeździ specjalny autobus do Galaxy tak jak u nas np. do Janek w Warszawie. Wracamy wieczorem promem i spotyka nas nieprzewidziana przygoda. Okazuje się, że prom z Macau dopłynął do pierwszej wyspy Hong Kongu i my przeszliśmy kontrolę paszportową myśląc, że jesteśmy we właściwym miejscu i szukamy naszej ulicy, ale nie możemy znaleźć. Dopiero dwóch miejscowych chłopaków zwróciło nam uwagę, że jesteśmy na wyspie i musimy dalej płynąć promem na drugi brzeg. Wracamy na nasz Terminal i wsiadamy do promu odpływającego na nasz brzeg Hong Kongu i pieszo do hotelu.
20-21.01.2012
Opuszczamy hotel i jedziemy pociągiem z Hong Kongu do Guang Zhou w Chinach. Kontrola bagaży i odprawa paszportowa tak jak do obcego państwa zarówno i w Hong Kongu jak i Chinach. Kupujemy bilety na 22.01.2012 do Nan Ning ponieważ są kilkudniowe święta w tym Nowy Rok to nie ma możliwości wcześniejszego wyjazdu. Na dworcu tłumy ludzi oraz specjalne służby dla ułatwienia podróży wraz z milicją. Na tę okoliczność postawiono specjalne namioty dla czekających na pociągi. Nocujemy w hotelu, a wieczorem zwiedzamy miasto.
22-23.01.2012
O godz.17:00 odjeżdżamy z Guang Zhou i przyjeżdżamy do Nan Ning następnego dnia o godz. 6:20. Tego dnia jest obchodzony Nowy Rok w Chinach. Z pociągu widzieliśmy race i słychać było strzały. Ludzi już było dużo mniej niż wcześniej. Kupujemy bilety do Hanoi (Gia Lam) przez Pingxing na godz.18:45 tego samego dnia. Przed wejściem na poczekalnię - kontrola bagaży oraz kontrola osobista pasażerów. Na dworcu i w poczekalni jest bardzo mało ludzi. Najgorzej było 3 dni wcześniej gdzie wszędzie tłumy chińczyków z torbami na kółkach kręciły się po dworcu. Bez problemów tym razem przechodzimy kontrolę paszportową i bagażową po stronie chińskiej i wietnamskiej.
24.01.2012
Przyjeżdżamy do Hanoi po godz. 6:00. Ale okazuje się, że pociąg nie dojeżdża do samego Hanoi tylko zatrzymuje się ok. kilkanaście km przed stolicą w Gia Lam kończąc bieg. Dalszy etap podróży należy odbyć taksówką. Jest ciemno i pada deszcz tak, że pogoda nie jest ciekawa i nie zachęca do pieszych wędrówek. Czekamy razem z innymi ludźmi na dworcu aż się rozwidni i ruszamy na piechotę do centrum.
Ponieważ mamy kłopoty ze znalezieniem taniego hotelu bierzemy taxi i dojeżdżamy do dzielnicy hotelowej gdzie znajdujemy całkiem przyzwoity i tani hotel.
25-26.01.2012
Zwiedzamy Hanoi. Miasto nie ma drapacz chmur, przeważa niska zabudowa szczególnie w starej części miasta. Zwiedzamy muzeum z czasów wojny amerykańsko-wietnamskiej, wieża twierdzy, Plac Ho Sho Minha, odnajdujemy Ambasadę RP, która jest nieczynna.
27-28.01.2012
Fundujemy sobie wycieczkę statkiem Hanoi-Ha Long (175km) z obiadem i noclegiem na statku. Najpierw musimy jechać autobusem ok. 3 godzin do portu i dopiero na statek. Zwiedzamy piękną jaskinię cud natury trudną do opisania oraz wioskę rybacką na wodzie gdzie ludzie żyją i mieszkają. Pływamy również kajakiem po dwie osoby. Na Lunch dostajemy ryż, kawałki kurczaka, sałatkę, ogórki krojone, grzanki. Kupić można wszystko na listę, a następnego dnia się zapłaci.
Śpimy w kajutach trzyosobowych. Wracamy następnego dnia do Hanoi po śniadaniu. Podróż zajmuje nam prawie cały dzień bo przyjeżdżamy ok. godz.18:00. Na statku poznajemy grupę Rosjan z Władywostoku z którymi nawiązujemy kontakt.
29.01.2012
Zwiedzamy Mauzoleum Ho Hi Minha, w którym leży podświetlony zabalsamowany pod stałą wartą wojskową. Widać, że ludzie przychodzą z kwiatami i po śmierci cieszy się dużym szacunkiem. Żeby się dostać do Mauzoleum trzeba zostawić w depozycie plecak i kamerę. O godz. 20.00 pm odjeżdżamy autobusem do Laosu. Siąpi drobny deszcz.
30.01.2012
Rano o godz. 6:00 dojeżdżamy do granicy wietnamsko-laotańskiej. Czekamy do godz. 7:00 na otwarcie granicy. Pogoda jest okropna bo deszcz leje jak z cebra, a my musimy iść na piechotę na punkt graniczny. Zaczyna się kontrola paszportów po stronie wietnamskiej i widzę, że każdy wkłada w paszport 1 USD co jest podobno przyjęte zwyczajowo i nie ma żadnych problemów. Idziemy dalej do punktu granicznego Laosu i tu wypełniamy deklarację na wizę, której koszt wynosi 30 USD + 1 USD i bez problemów przechodzimy granicę Laosu. Po przekroczeniu granicy pogoda gwałtownie się zmienia i nie pada deszcz, a pojawia się słońce. Nasz autobus pnie się pod górę pokonując masę zakrętów co kilkadziesiąt metrów to zakręt. Za oknami widać domki na palach oraz palmy i bujną roślinność. Widać również już nowoczesne budynki stawiane nie na palach lecz na fundamencie. Przyjeżdżamy do stolicy Laosu Vientiane ok. godz.16:00.
31.01.2012
Rano wyjeżdżamy autobusem do Khonglor gdzie jest podziemna jaskinia. Jedziemy cały dzień bo droga chociaż piękna, pełna zakrętów i chwilami pniemy się pod górę. Na miejscu jest hotel gdzie można przenocować i zjeść posiłek. Jutro rano wyruszamy na podbój jaskini.
01.02.2012
O godz.7 rano wychodzimy z hotelu i udajemy się w kierunku jaskini. Do przejścia ok.1 km. Strażnicy żądają zapłaty za wejście do parku narodowego, dając nam rachunek za wjazd samochodu na parking. My się nie dajemy i mówimy, że idziemy pieszo, więc dlaczego mamy płacić za samochód, strażnicy odpuszczają.. Na przystani jesteśmy pierwsi, zakładamy kamizelki i ruszamy łodzią z silnikiem, obsługiwaną przez dwie osoby. W jaskini panuje grobowa ciemność, ale powietrze dochodzi. Kilkakrotnie wysiadamy z łodzi bo nie ma możliwości przepłynięcia. Jaskinia podobno ma długość 7 km i nie jest jeszcze znana turystycznie. Wspaniała frajda. Podróż trwa w dwie strony ok.2 godzin. Po południu łapiemy TUKa i jedziemy na przystanek autobusowy, skąd za kilka minut odjeżdża autobus do Vientiane.
02-03.02.2012
Chodzimy po mieście, jednocześnie delektując się miejscową kuchnią. W Vientiane jest dużo ulicznych barów, ze stolikami i krzesłami, nie tak małymi, że trzeba kucać. Załatwiamy wizę i przejazd autobusem do Kambodży.
04-06.02.2012
Wyjeżdżamy wieczorem autobusem z miejscami sypialnymi, z Laosu do Kambodży. Granicę przekraczamy w południe dnia następnego. Na granicy Laosu płacimy po 2 USD, lekarzowi 1 USD i na granicy Kambodży 2 USD. Na przejściu granicznym można bez problemu wykupić wizę. Na całym odcinku drogi przesiadamy się kilka razy do innych autobusów. Przyjeżdżamy do Seam Reap po północy i lądujemy w hotelu.
Jadąc autobusem odnoszę wrażenie, że jest więcej ładnych palm w Kambodży niż w Laosie.
07.02.2012
Jesteśmy w Seam Reap i jedziemy do miasta z 1200r. Spotykamy polską wycieczkę z ludźmi z różnych stron naszego kraju. Rozmawiamy o naszej podróży, ludzie są bardzo ciekawi naszej ekspedycji, zadają wiele pytań, robią sobie pamiątkowe zdjęcia.
08.02.2012
Płyniemy z Seam Reap rzeką, statkiem do stolicy Kambodży. Po 6 godz. dobijamy do brzegu i TUK zawozi nas do hotelu. Rzeka raz się zwęża, a raz rozszerza, ukazując swoje uroki. Po drodze mijamy liczne łodzie rybackie oraz wioski gdzie domy są posadowione na palach. Pogoda jest wspaniała tak, że wszyscy są na górnym pokładzie, ale żeby się na niego dostać trzeba przejść kilka metrów wzdłuż burty trzymając się tylko barierki.
09.02.2012
Bierzemy TUKa i zwiedzamy stolicę Kambodży Phnom Penh. Zwiedziliśmy Temple, Pałac Królewski i Muzeum Narodowe poświęcone pamięci zamordowanych przez Pol Pota. Musieliśmy wziąć drugiego TUKa, bo pierwszy na postoju nam uciekł, ale wcześniej podstępem poprosił o 5 USD na benzynę i rzeczywiście zatankował, ale doszedł do wniosku, że za mało zarobi i wolał się ulotnić niż dalej z nami jeździć.
10-11.02.2012
Jedziemy do Tajlandii, do Bangkoku autobusem, który przyjeżdża do Bangkoku ok.10 wieczorem, po całodniowej jeździe. Przekraczanie granicy nie nastręcza żadnych problemów i przebiega bardzo sprawnie. Polacy nie muszą mieć wizy do Tajlandii. TUKIE-m objeżdżamy cały Bangkok, między innymi: Pałac Królewski, podziwiamy widoki i panoramę miasta z góry.
12.02.2012
Jedziemy na wycieczkę i zwiedzamy między innymi wioskę rybacką i sklep na wodzie, most na rzece Kwai (kwai to po tajsku po prostu rzeka, ale tak nazwali ją Amerykanie) oraz farmę tygrysów. Na farmie robimy sobie pamiątkowe zdjęcia z tygrysami oraz spotykamy dwie Polki, które pracują tam jako wolontariuszki. Podchodząc do tygrysa nic nie można mieć ruchomego, co by się bujało czy kołysało. Wszelkie torby, plecaki, aparaty, okulary zostawia się przed spotkaniem z tygrysem.
13.02.2012
Wieczorem o godz. 6 po południ wyjeżdżamy autobusem do Singapuru. Wcześniej zwiedzamy Pałac Królewski, który jest naprawdę godny zobaczenia. Aby wejść do Pałacu trzeba mieć długie spodnie. Po drodze spotykamy małżeństwo z Kanady w naszym wieku. Polka, a mąż Kanadyjczyk. Zwiedzamy też Świątynię leżącego Buddy, który ma ze 20 m długości.
14-15.02.2012
Jesteśmy na granicy Malezja-Singapur około południa. Kontrola paszportów i prześwietlanie bagaży po stronie Malezji przebiega sprawnie i bez specjalnych zakłóceń. Autobus, którym jechaliśmy powinien na nas czekać po odprawie celnej, ale nie czekał tylko odjechał zostawiając nas i kilka osób. Musieliśmy sami sobie zorganizować dojazd do centrum Singapuru.
15.02.2012
Rano przekraczamy granicę Malezji. Odprawa paszportowa przebiega szybko i sprawnie bez sprawdzania bagaży i jedziemy busem do granicy z Singapurem. I tu jestem bardzo dokładnie sprawdzany łącznie z saszetką i telefonem. Każą mi otworzyć plecak i są sprawdzane moje rzeczy osobiste. Jeszcze raz dodatkowo jest prześwietlany mój plecak. W końcu mnie puszczają, ale muszę się spakować po ich kontroli, która nic nie wykryła. Wychodzimy na stronę Singapuru, gdzie powinien czekać na nas nasz autobus. Okazuje się, że autobus nie czekał na nas, ani na inne osoby i pojechał sobie dalej sam bez pasażerów do Singapuru. W takiej sytuacji musimy korzystać z autobusu miejskiego, który zawozi nas do centrum Singapuru. Zatrzymujemy się na nocleg w hotelu backpackerskim w Singapurze mającym całkiem przyzwoite warunki oraz bardzo dobre śniadanie - stół szwedzki - wliczone w cenę hotelu.
16.02.2012
Specjalnym piętrowym autobusem objazdowym pomalowanym bardzo kolorowo zwiedzamy Singapur. Początkowo są kłopoty z lokalizacją przystanku odjazdu bo każdy mówi co innego, ale w końcu udaje się nam znaleźć właściwy przystanek. Z autobusu widać dokładnie nową zabudowaną drapaczami część miasta. W ogóle trzeba stwierdzić, że w Singapurze jest bardzo dużo robót inwestycyjnych na drogach i przy budynkach. Wycieczka objazdowa trwa około godziny. Następnie udajemy się na poszukiwanie Ambasady RP w Singapurze i znajdujemy ją w wielkim błękitnym wieżowcu na 17 piętrze.
Spotykamy się przy kawie z Ambasadorem RP Panem Waldemarem Dubaniowskim i rozmawiamy o naszej wyprawie. Rozmowa przebiega w bardzo przyjacielskiej atmosferze, bo Pan Ambasador jest bardzo zadowolony z wizyty tak zacnych gości.
17.02.2012
Z Singapuru o godz. 8 rano wyjeżdżamy autobusem do Kuala Lumpur w Malezji. Odprawa paszportowa przebiega sprawnie i bez zakłóceń zarówno po jednej jak i drugiej stronie. Po stronie Malezji jest tylko prześwietlanie bagaży. Po około 6 godznach jazdy autobusem jesteśmy w Kuala Lumpur w Malezji, a sympatyczny kierowca wysadza nas w centrum miasta, gdzie szybko znajdujemy bardzo tani i dobrze wyposażony hotel. Obok hotelu jest targowisko i bary uliczne z jedzeniem. Zwiedzamy miasto mimo padającego deszczu, które w nocy jest na kolorowo oświetlone i ruchliwe.
18.02.2012
W Kuala Lumpur jedziemy napowietrzną kolejką, która ma tylko dwa wagony. Cały dzień pada drobny deszcz. Nie możemy się dostać na wieżę, bo okazuje się, że jest ograniczona ilość sprzedaży biletów i trzeba było przyjść wcześnie rano, czego nam nie powiedziano dzień wcześniej. Chodzimy po mieście, które ma zabudowę nowoczesną i starą, która przeważa. Odwiedzamy liczne sklepy.
19.02.2012
Rano, około godziny 6.00 wychodzimy z hotelu w Kuala Lumpur i kolejką napowietrzną dojeżdżamy do Dworca skąd mamy pociąg do portu Kelang, a stamtąd prom do Indonezji. W pociągu można było spotkać wielu ludzi pochodzenia hinduskiego i afrykańskiego. Wejście na prom przebiega sprawnie, ale chcą opłaty dodatkowej za bagaże. W końcu im wytłumaczyłem, że mamy bilety na wszystko i w końcu odpuścili.
Mamy wygodne bo wyściełane fotele oraz jest górny pokład gdzie można się opalać co też czynimy.
Na statku dostajemy wodę i obiad w ramach ceny biletu. Po około 5 godzinach dobijamy do portu Dunai.
Dowiadujemy się że najtaniej dojechać do centrum autobusem.W centrum kupujemy bilety do Bukit Tingi na godz.8.00 wieczorem, jeszcze dzisiaj.
20.02.2012
Po wyjeździe ok. Godz.20, dnia poprzedniego docieramy do Bukit Tingi na Sumatrze rano ok.6.30. Na terenie terminalu szukamy taniego środka, aby dojechać do taniego hotelu i w pewnym momencie zgłasza się młody człowiek proponując bardzo niską cenę dojazdu do hotelu wskazanego przez nas. Wsiadamy do samochodu osobowego, a tam widzimy w sumie z kierowcą cztery osoby. Ponieważ jest rano i widno oraz ruch jest duży wsiadamy i jedziemy krążąc po mieście. W międzyczasie jeden z chłopaków robi dziwne przejścia z przodu do tyłu i na odwrót. Szybko zorientowałem się, że coś nie jest tak i widząc pierwszy hotel po drodze kazałem im stanąć. Szybko wysiadamy z bagażami, płacąc śmieszną cenę, ale już w samochodzie miałem rozsunięty suwak gdzie była portmonetka z niewielką ilością pieniędzy. Reasumując gdyby była późna pora nocna nie wiadomo czym to by się skończyło.
21-23.02.2012
Jesteśmy o godz.8 rano na terminalu autobusowym skąd mamy autobus do Jakarty. Szef biura proponuje nam autobus lepszy, szybszy z WC i klimatyzacją za dopłatą. Zbijamy cenę o połowę i się zgadza. Wchodzimy do autobusu i stwierdzamy, że jest tak ciasno, że nie można wyciągnąć nóg a co dopiero spać. Szef szybko załatwia nam miejsce z przodu gdzie można wyciągnąć nogi i musimy się zgodzić, bo już zapłaciliśmy. Wyjeżdżamy ok. Godz. 9 rano i co 3-4 godz. mamy postój. Jesteśmy 22.02.2012 ok.godz.6.30 po południu w porcie skąd po półgodzinie odpływamy promem na Jawę. Prom płynie ok.2 godz. i dalej jedziemy autobusem do Jakarty cały czas tym samym. Około pólnocy kierowca autobusu mimo naszych protestów wysadza nas na przedmieściach Jakarty ok.40 km i dalej musimy radzić sobie sami. Okazuje się, że autobus nie wjeżdża do Jakarty lecz okrąża miasto i jedzie dalej z całą grupą ludzi. Ponieważ ci ludzie się doskonale znali i w autobusie siedzieli na stołkach w przejściu należy wnioskować, że był to jakiś autobus pracowniczy. Zostajemy na przystanku i czekamy na autobus, który powinien być o godz.5 rano. Ryszard kładzie się spać na chodniku czym wzbudza ogólne zaciekawienie, bo trzeba przyznać, że było to miejsce przez całą noc bardzo ruchliwe. Jest bardzo ciepło, a komary nie tną, obok są sprzedawcy, którzy użyczają nam krzeseł, Ryszard dostaje wielkie pudło do spania. Ogólnie mimo środka nocy to atmosfera jest przyjemna. W końcu o czwartej nad rnem zatrzymuję autobus, który wiezie nas do terminalu autobusowego Jakarty chcąc bajońską sumę w czasie jazdy, ale w końcu bastuje. Na terenie terminala zapoznajemy miejscowego, który zna angielski i wyjaśnia nam jak najtaniej dojechać do dzielnicy tanich hoteli w Jakarcie, co też skwapliwie wykorzystujemy.
24.02.2012
Jedziemy taksóką do Ambasady RP w Jakarcie, ale kierowca nie może trafić i błądzi po ulicach Jakarty. W końcu po kilkakrotnym pytanie się o drogę zadowolony melduje, że jesteśmy na miejscu.
W Ambasadzie RP w Jakarcie przyjmuje nas Konsul RP Pani Małgorzata Tańska. Przy kawie rozmawiamy o naszej podróży i robimy pamiątkowe zdjęcia. Żegnamy się dziękując za spotkanie. Również Pani Konsul robi swoim aparatem zdjęcia, które będą na stronie Ambasady RP w Jakarcie.
25.02.2012
O godz.17.00 wyjeżdżamy autobusem z Jakarty do Yogga Karta. Przed dworcem mnóstwo sprzedawców ze wszystkim co jest do sprzedania. Przyjeżdżamy do Yoga Karta o godz.6 rano, dnia następnego. Znajdujemy hotel w miarę tani z wc i wodą, polewaną z konewki do mycia w środku. Do obejrzenia mamy dwie świątynie, a do plaży jest 3 godz. jazdy autobusem. Zwiedzamy miasto, specjalną linią autobusową z wydzielonym pasem ruchu, która jeździ naokoło miasta i do poszczególnych dzielnic.
Wsiadamy do autobusu i po przeszło pół godzinie jazdy jesteśmy w punkcie końcowym. Uprzejmi kontrolerzy na przystanku informują nas jak mamy dojechać do punktu startu.
27-28.02.2012
Wyjeżdżamy autobusem przed godz.14.00 z Yogga Karta do Denpasar. Jestesmy w Denpasar dnia następnego ok. godz.11 rano.W cenie biletu jest Lunch stół szwedzki: ryz, kawałek kurczaka, ryba, warzywa, herbata. Wcześniej dostajemy ciastko i wodę 0,25l na śniadanie. Autokar jest wygodny bo ma wc, klimatyzację, koce i rozkładane siedzenia. Motorami, które zastępują taxi jedziemy do hotelu i wynajmujemy pokój dwuosobowy z wc, prysznicem z zimną wodą i wiatrakiem.
29.02.2012
Rano idziemy na spacer i dowiadujemy się, że jest wycieczka 4 dniowa z 3 noclegami i wyżywieniem na statku na trasie Denpasar-Lombok-Sumbawa-Komodo-Flores. Coś takiego nam bardzo pasuje bo i tak mamy jechać na Flores, a tu ciągiem możemy połączyć przyjemne z pożytecznym. W pospiechu bierzemy nasze bagaże z hotelu i jedziemy motorami na przystań skąd za chwilę odpływa statek na Lombok do Senggigi. Zdążamy w ostatniej chwili bo czekają tylko na nas. Wysadzają na ląd tylko nas w Senggigi. Czekamy na dalszy transport, ale miejscowi mówią, że transportu to dla nas nie ma. Czekamy i po 30-tu minutach pojawia się samochód terenowy. Jedziemy do miasta. Okazuje się, że autobus już odjechał. Prawdopodobnie za długo czekaliśmy na samochód. W biurze zaczyna się przepychanka kto ma płacić za hotel. Ten co sprzedał nam bilety chce, żebyśmy zapłacili za kurs samochodowy i trzy noce hotelowe, ale my się nie zgadzamy. Następny prom będzie dopiero 03 marca i stąd są noclegi. W końcu dogadujemy się, że my zapłacimy tylko za dojazd samochodu, a hotel ? zapłaci biuro i tak zostaje. Pokój mamy całkiem niezły bo jest wc, prysznic z zimną wodą i śniadanie. Zwiedzamy miasto, które nie ma nic szczególnego do zaoferowania, poza plażą dniem i nocą. Bardzo mało turystów, a obsługa restauracji zaprasza każdego do wnętrza, oferując miejscowe posiłki z 10% narzutem.
01-02.03.2012
Jesteśmy w Senggigi na wyspie Lombok. W hotelu otrzymujemy śniadanie kontynentalne: 2 tosty, malutkie masło i dżemik, pół jajka, kawę lub herbatę i cukier. Po śniadaniu idziemy na plażę. Ryszard się opala, a ja handluję z miejscowymi. Za ok.1 USD można zjeść całkiem przyzwoity obiad składający się z ryżu, kawałka kurczaka, jajka, sosu chili i wody. Wieczorem restauracje zapraszają na obiad do wnętrza, ale zbyt wielu chętnych nie ma. Spotyka się trochę białych, ale nie ma tłoku i wszystko jest teraz dużo tańsze łącznie z wycieczkami. Ponieważ jest bardzo ciepło to wieczorem śpimy na łóżkach bez przykrycia, komarów nie widać. Dnia następnego robimy sobie wycieczkę samochodem do Mataram, gdzie zwiedzamy: Pałac Królewski, wytwórnię miejscowych wyrobów z gliny, wytwórnię obrusów tkanych ręcznie oraz świątynię z charakterystycznymi trzema wieżami. W mieście ruch odbywa się głównie na skuterach, którymi są przewożone całe rodziny i tak np: dziecko z przodu, kierowca, dziecko z tyłu i ojciec lub matka. Kobiety i młodzież poruszają się skuterami tak jak mężczyźni.
03.03.2012
O godz.10.30 przyjeżdża do hotelu bus po bagaże i okazuje się, że mamy czas opóżniony o jedną godzinę. W pośpiechu wsiadamy i jedziemy na przystanek. Po drodze dostajemy obiad: ryż w torebce, kawałki kurczaka, sos, szklankę wody. Czekamy na odpłynięcie statku, do godz.14 i okazuje się, że dzisiaj nie wypłyniemy. Bus zawozi nas do hotelu na koszt biura. Cały czas pada deszcz. Z nami jadą Holendrzy, Szwedzi, Niemiec.
04-07.03.2012 ( 4 dni wycieczki i 3 noce na statku)
Ok.godz.8.00 przyjeżdża bus i ładujemy bagaże na górę, ale nie odjeżdżamy. Szef promu tłumaczy, że nie wpłynęła kasa z innych agencji i te osoby będą musiały wysiąść podobno i my. Ale przed godz.9.00 kierowca na skuterze przywozi pieniądze i ruszamy w drogę. Prawdopodobnie brak kasy wczoraj był przyczyną nie wypłynięcia w rejs. Około południa wjeżdżamy do portu Labuhan Lombok, gdzie czeka na nas statek. Pogoda jest wspaniała, świeci słońce i nie pada, a my podziwiamy liczne wyspy. Statek płynie wzdłuż brzegu, a z drugiej strony jest pełne morze. Spanie na statku jest na górnym pokładzie, na materacach ułożonych obok siebie. Pokład jest zabezpieczony przed deszczem brezentem namiotowym. Są poduszki i narzuta do przykrycia w czasie snu. Wycieczka nie jest prowadzona zgodnie z planem, który posiadamy do wglądu. Około 18.00 zarzucamy kotwicę w odległości ok.600m od wyspy i kto chce to może płynąć sam bez żadnej asysty. Jedynie młody Niemiec się decyduje na samotne dopłynięcie do wyspy. Trzeba przyznać, że jest dość wysoka fala, ale i jest szczęśliwy powrót Niemca na statek. Uważam, że u nas to takie sztuki, by nie przeszły, tu się nie zwraca uwagi na bezpieczeństwo ludzi. Koła ratunkowe są schowane głęboko pod pokładem, a na zewnątrz statku się ich nie ujrzy. Praktycznie to to zatrzymanie się było na interwencję Ryszarda, że pieniądze to można brać, ale program nie jest realizowany. O godz.19.30 jemy obiad: ryż, mięso, sos, arbuz, sałatka z cebulą, kawa lub herbata. Noc jest piękna, świeci księżyc, widać gwiazdy, wieje wiatr, ale jest bardzo ciepło.
Dzień drugi i trzeci upływa nam na wylegiwaniu się na pokładzie i nurkowaniu z maską i laską do oddychania pod wodą. Ostatniego, czwartego dnia płyniemy na wyspę Komodo, gdzie żyją potężne jaszczury. Na wyspie zaliczamy też dwugodzinny trekking po parku narodowym, podziwiając wspaniałe widoki i bujną indonezyjską roślinność. Ok.godz. 14.00 dobijamy do portu Flores. Z portu samochodem, Toyotą terenową jedziemy do Ruteng i jesteśmy w hotelu ok. 20.00.
08-09.03.2012
Wstajemy rano i dochodzimy do wniosku, że należy odwiedzić Pastora Wrosza w Tiril. Rano udajemy się na terminal autobusowy, o godz. 9.00 ma być autobus do Tiril. Autobus jest, ale odjeżdża dopiero po godz. 14.00, ponieważ przez tyle godzin czeka do 13.00 na przesyłki bagażowe. W końcu ruszamy autobusem załadowanym po brzegi paczkami i ludźmi. Zaczyna padać deszcz, a droga to wznosi się, to opada i co kilkadziesiąt metrów zakręt, a w dole przepaść porośnięta dżungla. W końcu w deszczu po blisko 5 godz. jazdy docieramy do Tiril na wysokości 2338 m n. p. m., gdzie jest końcowy przystanek. Miejscowi ludzie z parasolami witają nas i prowadzą na plebanię, informując, że pastor będzie dopiero dnia następnego o 17.00, a autobusu powrotnego nie mamy przez dwa następne dni. Nie pozostaje nic innego, jak czekać. Przy obiedzie, który przygotowuje bardzo sympatyczna i mila kobietka o imieniu MELIN, rozmawiamy o naszej wizycie. Nocujemy na plebanii pastora, mając wygodne łóżka i moskitiery. Następnego dnia miejscowy nauczyciel języka angielskiego o imieniu Wens przez blisko 4 godziny oprowadza nas po okolicznych wioskach, pokazując z drugiej strony życie ludzi w tej głuszy, gdzie nie ma elektryczności, telefon komórkowy nie odbiera. Jedynym źródłem prądu są agregaty, jeżeli kogoś stać na kupno. Po drodze odwiedzamy też szkołę, gdzie jesteśmy przedstawieni wszystkim uczniom jako podróżnicy z Polski.
Kiedy przystępujemy do robienia zdjęć, zaczyna się dopiero zabawa i wesołe śmiechy. Wszystkie dzieci są ubrane w jasno-niebieskie bluzki i granatowe spodenki, a nawet nauczyciele, mają też koszule w tym samym kolorze.
Chodzimy od wioski do wioski, począwszy od tej bogatej, a skończywszy na bardzo biednej, gdzie spotykamy się bardzo sympatycznie ze Starszyzną. Teraz już obraz mamy pełny, jak ludzie żyją, co jedzą, jak dzieci się uczą, itd.
O godz. 17.00 zjawia się pastor i widzi nasze ogromne zdziwienie, bo to nie jest Polak, ale Indonezyjczyk. Wyjaśnia nam, że pastor Wrosz jest w Mbeling oddalonej o 16 km od Tilir.Tyle godzin rozmów z miejscowymi i nikt nie powiedział, że tu rządzi pastor indonezyjski. Ale pastor staje na wysokości zadania i organizuje nam dojazd na skuterach, z kierowcami do pastora Wrosza. Jedziemy drogą, która wije się wśród gór, pokonując liczne małe potoczki.
Pastor wita nas serdecznie, słuchając naszej historii, widać że jest zadowolony, mimo tylu przeciwności postanowiliśmy się spotkać. Praktycznie to kiedyś, kilka lat temu, odwiedził go jakiś Polak z Katowic, a tak to nie było odwiedzin z Polski. Pastor na tych terenach przebywa już od ponad 20 lat tak, że doskonale zna język miejscowy i jest postacią hołubioną przez miejscową ludność. Rozmawiamy z pastorem o wszystkim, wypytując go przede wszystkim o jego osobiste odczucia z pełnionej misji. Pastor odpowiada nam, że jest tu bardzo dobrze i jest w pełni usatysfakcjonowany z pełnionej misji. Dopiero co została ukończona okazała budowa nowego kościoła i plebanii, co świadczy o dużej sile pastora w środowisku indonezyjskim. Ponieważ kierowcy motorów się niepokoją, pastor postanawia nas odwieźć swoim terenowym samochodem, a oni będą nas ubezpieczać w drodze. Wypiliśmy jeszcze jedną kawę oraz zjedliśmy obiad i ruszyliśmy w drogę powrotną, w asyście motocyklistów, rozmawiając w samochodzie o wszystkim. Szczęśliwie przyjechaliśmy na miejsce byłego urzędowania pastora i po krótkiej rozmowie pożegnaliśmy się z pastorem serdecznie, dziękując za spotkanie.
11-12.03.2012
Zwiedzamy Ende oraz port morski. Przed portem jest targowisko, gdzie można wszystko kupić, począwszy od jedzenia, a na ciuchach kończąc. Jutro ma odpływać prom do Kupang i rano musimy kupić bilety. Rano idziemy do portu, aby kupić bilety i dowiadujemy się, że prom do Kupang odpłynął w nocy o godz.3.00 w niedzielę, a następny będzie dopiero 26 marca, tego nie przewidzieliśmy. Po rozmowie znajdujemy rozwiązanie zastępcze, polegające na tym, że 15 marca jest statek z Maumere do Kupang. Musimy szybko dojechać autobusem do Maumere.
13.03.2012
Wstajemy rano niebo jest zachmurzone ale nie pada. O godz.6.00 przyjeżdża pod hotel mini bus, który zawiezie nas do Maumere. Droga do Maumere jest pełna zakrętów i przepaści, należy do naprawdę bardzo trudnych. Przed zakrętem kierowca trąbi, bo jest naprawdę bardzo wąsko i w taki sposób ostrzega pojazd z naprzeciwka. Po blisko sześciu godzinach kołowatej jazdy dojeżdżamy do Maumere i skuterami z bagażami jedziemy do taniego hotelu.
14-16.03.2012
Od rana pada deszcz i nie widać słońca. Kupujemy bilety na statek na 15 marca z Maumere do Kupang. Zwiedzamy miasto, które nie jest wielką metropolią.
Dnia następnego ciągle pada deszcz. Jesteśmy w porcie ok. Godz.14.00, a statek ma odpłynąć o godz.18, ale przypływa o godz.22 i odpływa dopiero ok. Północy. Jest to piękny, wielki statek pełnomorski o długości ponad 100m. Na statku dostajemy obiad z wodą do picia. Na statku moją osobą jest zainteresowana młodziutka, urocza Indonezyjka, która z matką płynie do Kupang i chce koniecznie porozmawiać po angielsku, szkoląc w ten sposób język. Rozmawiamy o podróży i o wszystkim po trochu. Pyta się mnie, czy może zrobić sobie zdjęcie ze mną na co ja dojrzały podróżnik chętnie wyrażam zgodę. Spanie na statku jest na materacach, na pokładzie, jeden obok drugiego, w poszczególnych salach. Jest też miejsce do ładowania telefonów komórkowych oraz wc i prysznice. W ramach śniadania dostajemy ryż, sos, 1/4 jajka, wodę 0,25l, a na obiad ryż, rybę, sałatkę, szklankę wody. Chwilami kołysze statkiem całkiem porządnie. Statek dobija do brzegu w Kupang ok.14.00, a my wychodzimy na ląd przed godz.15.00. Tłum naganiaczy otacza nas, proponując dojazd do hotelu. Decydujemy się na transport jednego z nich i po zbiciu ceny, zawozi nas do wskazanego taniego hotelu. Po drodze sprawdzamy możliwość dojazdu do Dili.
17-22.03.2012
Jesteśmy w Kupang, w hotelu gdzie toaleta i woda z konewki do mycia, jest na korytarzu i będziemy tu przez najbliższych kilka dni. Wokoło jest dużo sklepów oraz TELKOM Indonesia, gdzie jest bezpłatny internet, jak ma się komputer, ale często szwankuje. Teraz np. Piszę, a rano nie mogłem i pisałem z płatnej kafejki internetowej. Kupiliśmy bilety na autobus do Timor Leste (odrębne państwo) na 22 marca, ale musimy załatwić od konsulatu timorskiego poparcie, aby na granicy dali nam wizę, co trwa trzy dni. W poniedziałek byliśmy w konsulacie i złożyliśmy wszystkie niezbędne dokumenty, a dzisiaj o godz.15.00 odebraliśmy. Możemy przebywać na terenie Timor Leste tylko 10 dni, ale to nam w zupełności wystarczy. Na podstawie tego dokumentu wykupimy wizę na granicy Timor Westa Timor Leste.
Dnia 22 marca, o godz.5.00 ma przyjechać po nas bus i jedziemy do Timoru Leste. Autobus powinien jechać razem około 7,5 godzin, a jak będzie to zobaczymy.
22.03.2012
Rano o godz.5.00 przyjeżdża pod hotel bus. Mamy szczęście, zaczął lać deszcz, ale jak wyszliśmy to przestał. Praktycznie to każdego dnia w Kupang padał deszcz. Wsiadamy do busa, po drodze zbierając ludzi, jedziemy do biura gdzie kupiliśmy bilety. Dostajemy w ramach biletu po 2 wody 0,5l i po dwa ciastka. Wyjeżdżamy z Kupang ok. Godz.7.00, a jesteśmy na granicy indonezyjskiej ok. Godz.14.00. Ponieważ mamy przekroczony termin wizy o 3 dni musimy zapłacić po 200tys.rupii za każdy dzień(równowartość 20 USD). Główny oficer nie chce się zgodzić na zmniejszenie opłaty tłumacząc, że taki jest cennik. Nie pozostaje nic innego jak zapłacić, co też czynimy. Na granicy Timor Leste wykupujemy wizę na 10 dni płacąc 30 USD. Po stronie Timoru bardzo dokładnie są sprawdzane moje plecaki i wyjmowane rzeczy. Jedziemy busem, drogą krętą wznosząc się i opadając, po prawej skały porośnięte dżunglą, po lewej morze. Widoki przepiękne tylko nie ma jak robić zdjęć w czasie jazdy. Droga miejscami jest w bardzo złym stanie i trzeba ostrożnie jechać, aby nie uszkodzić podwozia o czym miejscowi kierowcy doskonale wiedzą. Około godz.19.00 bus podwozi nas do hotelu backpackerskiego w Dili. Tutaj tak jest przyjęte zwyczajowo, że pasażerowie, którzy wykupili bilety w tej firmie są podwożeni pod dom lub hotel. Mamy pokój 4 osobowy z łóżkami piętrowymi, wc i prysznicami, kuchnią z gazem i naczyniami.
23.03.2012
W hotelu poznajemy międzynarodowe towarzystwo, m. in. Włocha i Japonkę, którzy od 3 lat jeżdżą po świecie motorem. Natomiast Hiszpan jest nauczycielem i podróżuje już 5 lat po drodze pracując na następny etap podróży. Idziemy na górę Chrystusa, który dominuje wśród okolicznych wzgórz. Jest to pomnik o wysokości ok. 20m bardzo dobrze wykonany, widać że jest pod stałą opieką i kontrolą. Idziemy trasą naokoło najtrudniejszą, w kilku miejscach morze oderwało skały tworząc głębokie przepaście i aby przejść trzeba schodzić po śliskich skałach w dół i na górę. Po blisko 2 godz. marszu zmęczeni dochodzimy na szczyt wzgórza pod pomnik Chrystusa i zauważamy całkiem wygodne zejście i zarazem wejście, nie stwarzające żadnych problemów. Po paru minutach gdzieś mi zniknął Ryszard i mimo nawoływań nie mogę go odnaleźć. Zacząłem się trochę denerwować i obserwować teren wokół pomnika w dół, ale nic podejrzanego nie zauważyłem. Po blisko pół godz. poszukiwań wracam na dół, ale po drodze pytam, czy ktoś widział mojego frienda w takiej koszulce jak moja i kiwają głową że tak więc się uspokoiłem. Schodząc w dół oczywiście nie spotykam Rysia na dole, ale już wiem, że jest z nim Ok. Wracam do hotelu zmęczony i widzę Ryszarda pałaszującego zupkę rybną.
24-25.03.2012
Idziemy do Biura i dowiadujemy się w sprawie biletów do Darwin, ale w międzyczasie spotkaliśmy Francuza - kapitana jachtu, który mieszka na wyspach Polinezji i cumuje przy brzegu w Dili. Rozmawiamy z nim i dowiadujemy się, że ok.2-3 kwietnia ma płynąć do Darwin w Australii i chętnie nas ze sobą weźmie w rejs. Nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć jaka to jest okazja dla nas bo poruszamy się drogą lądową, a samolot w ostateczności. Ale pozostaje sprawa wizy Timor Leste, bo nasza już 31 marca straci ważność. Z rozmów z miejscowymi wynika, że nie powinno być problemu z przedłużeniem wizy, ale rzeczywistość z reguły jest inna. Chodzimy po Dili i zwiedzamy miasto, gdzie dominuje niska zabudowa, ale ruch samochodowy jest dość duży. Na każdym kroku spotyka się obserwatorów w samochodach z oznaczeniem UN. Obserwatorzy mają być tylko do końca tego roku, ponieważ jest spokój są już zbędni. Jest to armia ludzi wyposażona w samochody terenowe łącznie ze swoją policją. Ludzie są przyjaźnie nastawieni i ciekawi skąd jesteśmy. Jeżeli chodzi o pieniądze, to dominuje dolar amerykański, którym się płaci wszystkie usługi oraz zakupy w sklepach. Bankomatów jest bardzo mało, a jak się znajdzie to można mieć przygodę jaką ja miałem.
Idę szukać bankomatu i po drodze widzę elegancki hotel Timor gdzie obsługa otwiera drzwi przede mną, wchodzę do środka. Przy recepcji stoi bankomat, co prawda nie oznakowany rodzajem kart, ale już takie zaliczyłem w Chinach. Wkładam kartę Master Card i co widzę, pojawia się napis o kontakt z bankiem, a moja karta znika w czeluści stalowego pudła. Żadne klawisze nie powodują jej wydania. Zdenerwowany zgłaszam się do recepcji hotelu, ale tłumaczą, że dzisiaj jest niedziela i bank jest nieczynny. Mam się zgłosić jutro w hotelu o godz.9.00 rano.
26.03.2012
O godz. 9.00 (naprawdę to już była godz.10.00am bo nie przesunąłem zegarka o 1 godz.) jestem z Ryszardem w hotelu Timor i przed recepcją stoi starszy elegancki Pan( chyba jakiś dyrektor). Tłumaczy, żeby udać się do banku w sprawie karty. Idziemy do banku, a tu kolejka straszna, ale nas przepuszczają przed wszystkimi i zgłaszam połknięcie karty: „Yesterday the cash dispenser did not return my credit card in Timor Hotel”. Każą mi przyjść o godz.14.00 do banku.
Z banku idziemy do Immigration Department w sprawie przedłużenia wizy Timor Leste. W poczekalni gdzie załatwiane są wnioski jest dużo ludzi. Po kilku minutach oficer bierze listę osób z rekomendacją ambasady Japońskiej o przyznanie wiz i prowadzi mnie do biura, gdzie nie bardzo wiedzą co mają ze mną zrobić. W końcu jestem zaprowadzony do sekretariatu dyrektora i po przedstawieniu problemu miła Pani każe mi przyjść między 14.00 a 15.00. Przed godz.14.00 zgłaszam się do banku i po 15 min. otrzymuję moją kartę kredytową, następnie pędzimy z Ryszardem do Immigration. Za chwilę wychodzi jakiś oficer i wita się z nami. Zaprasza nas do gabinetu pytając, jaki mamy problem.
Teraz wiemy, że to jest dyrektor Immigration i od niego wszystko zależy. Po przedstawieniu sprawy o przedłużenie wizy w naszej podróży dookoła świata, stwierdza, że nie ma problemu, wydaje dyspozycje w naszej sprawie. Zachowuje się jak prawdziwy urzędnik, nic nie komplikując i nie utrudniając. Rozmowa chyba wiele dała bo na wizę trzeba czekać 2 tygodnie, a nam kazali przyjść za tydzień. W hotelu z szacunkiem na nas patrzyli jak dowiedzieli się, że byliśmy u dyrektora Immigration i za tydzień ma być wiza. W poniedziałek na początku tygodnia zostały załatwione pozytywnie dwie sprawy:karta kredytowa i wiza.
27.03.2012
Szukamy banku, skąd możemy bezpiecznie bez połknięcia karty pobrać pieniądze i znajdujemy bank australijski. Maksymalna jednorazowa kwota do pobrania z bankomatu to 200 USD.
Tanie jedzenie na wyspie, za 1,25 USD pełny talerz ryżu, porcja kurczaka, sos, sałatka, kufel wody z lodem. Naprawdę można się najeść do syta. Wcześniej zjadamy u Hindusa za 2,5 USD ryż i sos, ale dużo, dużo mniej i drożej.
28.03.2012
Ryszard o północy wyprowadza się z hotelu bo chce poznać uroki nocnego spania w różnych niespotykanych miejscach, jak np. opuszczony kuter na plaży. Oczywiście plecaki i wartościowe rzeczy zostawia w naszym pokoju pod moją opieką.
29.03-02.04.2012
Jesteśmy w Dili i szykujemy się do wypłynięcia jachtem do Darwin, być może 03 kwietnia. Przez co najmniej tydzień, a może i więcej nie będziemy mieli kontaktu z internetem. Moja komórka w sieci orange nie ma zasiegu.
Ryszard uwielbia gwiaździste noce, śpi więc na plaży pod gołym niebem. Pocztówki z Timor Leste można kupić tylko na poczcie i tam wysłać. Z bankomatu ANZ nie możemy pobrać pieniędzy, jest jakaś awaria systemu, ponieważ 3 dni wcześniej było wszystko Ok. Bankomatów to tutaj jest kilka i nie wszystkie obsługują nasze karty, a płaci się głównie gotówką.
Idąc chodnikiem należy bardzo uważać na odkryte studzienki i różne kanały, można wpaść i zrobić sobie krzywdę. Na ulicach stoi bardzo dużo wózków z napojami, słodyczami.
Hotel Backpackers w Dili jest bardzo czysty, a obsługa cały czas sprząta i dba o gości.
Jest to hotel godny polecenia i najtańszy w okolicy. Ok. godz.18.00 zaczął padać deszcz i przestał padać dopiero po godzinie. Rano następnego dnia tak, jak w poprzednie dni przywitało nas słońce było gorąco cały dzień. W niedzielę wrócił do hotelu Ryszard po spaniu na plaży, aby się przygotować do podróży. W poniedziałek byliśmy w Immigration i odebraliśmy wizy przedłużone o 30 dni. Widzieliśmy się z kapitanem, ale nie określił jeszcze dokładnie terminu wypłynięcia z Dili. Szybko wracamy do hotelu żeby do godz.12.00 wymeldować się z hotelu, dzisiaj już śpimy na jachcie. Dzisiaj po obiedzie wszyscy musimy też zgłosić się do odprawy granicznej w porcie w Dili. W planie jest przez co najmniej 3 dni płynięcia wzdłuż wybrzeża Timor Leste, odwiedzając porty jak Baucau, Tutuala i wyspę Jaco. Bierzemy w żagle kierunek na Darwin w Australii i płyniemy do skutku. Przez co najmniej tydzień, a może i półtora nie będziemy mieć dostępu do internetu. Co do komórki to nie wiem, ponieważ orange już nie odbiera w Timor Leste.
Pozdrawiamy Ryszard i Jacek
03–16 kwietnia 2012
O godz.10.00 podnosimy kotwicę, aby wypłynąć z Dili w rejs do Darwin. Niestety Timor Leste nie chce nas tak łatwo puścić, nie możemy wyciągnąć kotwicy. Dopiero po blisko godzinnej pracy nurka udaje się ta operacja. Płyniemy. Pogoda jest fantastyczna, jest bardzo gorąco i świeci słońce. Z żalem żegnamy się z Timor Leste, który jest naprawdę bardzo ciekawym młodym państwem.
Przez najbliższe 4 dni płyniemy wzdłuż wybrzeża Timor Leste podziwiając piękne widoki i dzikość tego kraju. Na szczególną uwagę zasługuje wyspa Jaco, która ma piękną, piaszczystą plażę, a ludzie są tam tylko dowożeni łódkami przez miejscowych, na kilka godzin. Wyspa Jaco jest niezamieszkała. Ciekawostką jest to, że w Timor Leste bankomaty wydają dolary amerykańskie i wszelkie opłaty wszędzie są pobierane w USD.
Płyniemy zygzakiem, żeby łapać wiatr, ale tego wiatru sprzyjającego naszemu kierunkowi podróży jak na lekarstwo, więc płyniemy przy pomocy silnika. Co do jachtu to ma 11m długości i ok.5m szerokości oraz powierzchni żagli ok.80m2 w pełni wyposażony łącznie z solarem francuskiego projektu. Pogoda jest bardzo zmienna. W trakcie podróży przeżywamy sztorm 9st oraz 4,5,7 w skali Bauforta. Przy 9 st. to co się do tej pory trzymało traci przyczepność, a jacht jest pochylony dosłownie o 50-60st. Tego nie da się opisać to trzeba przeżyć. Tu musimy z dumą powiedzieć,że my już przystosowaliśmy się do takich warunków i praktycznie nie mieliśmy żadnych kłopotów żołądkowych wcześniej.
13 kwietnia 2012 wieczorem wpływamy do portu w Darwin i rzucamy kotwicę na noc. Okazuje się, że nikt nas nie odprawi bo jest piątek, późna godzina. Nie pozostaje nam nic innego jak czekać na odprawę do poniedziałku, nie opuszczając jachtu. W poniedziałek ok. godz.10.00 wpływamy do portu Darwin gdzie już pełna obsługa celno-weterynaryjna czeka na nas. Po blisko godzinnej kontroli żegnamy się z Kapitanem jachtu Cristopherem i Filipińczykiem Davidem i schodzimy na ląd australijski w Darwin. W Darwin szukamy kontaktu z Polonią, ale niestety nie udaje nam się nawiązać go. Lądujemy w hotelu backpakerskim w Darwin. W sumie przepłyneliśmy 725 mil morskich, z Dili w Timor Leste do Darwin w Australii.
17–21 kwietnia 2012
Zwiedzamy Darwin i widzimy bardzo dużo Aborygenów, którzy koczują nawet na trawnikach. Wypożyczamy samochód osobowy na trzy dni i zwiedzamy park Litchfield (wodospady,kopce termitów) oraz Kakadu National Park. Park jest na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Park zajmuje powierzchnię ok.20 tys.km2 i przypomina prostokąt o bokach 100 i 200 km. Południe parku stanowią skaliste regiony gdzie żyją węże i jaszczurki. Natomiast centrum to trawiaste równiny z rzekami i eukaliptusami. W Parku żyje ok.50 gatunków ssaków (kangur skalisty i pies Dingo),100 gatunków gadów (waran i krokodyl), a także 280 gatunków ptaków. Podziwiamy kopce termitów, rysunki skalne. Na terenie parku mieszka Aborygeńskie plemię z którym jednak się nie spotkaliśmy. Kupujemy bilet na autobus do Adelajdy z przystankiem w Alice Springs i Coober Pedy.
W południe wyjeżdżamy z Darwin autobusem do Alice Springs.
22 kwietnia 2012
Autobus przyjeżdża do Alice Springs o godz. 9.00 Pada deszcz. Szukamy taniego hotelu i w końcu udaje nam się znaleźć całkiem przyzwoity hotel backpackerski z wolnym dostępem do internetu. Normalnie 15 min kosztuje 2 dolary,1 godz. to wydatek 5-6 USD, co jest bardzo wysoką ceną.
23 – 25 kwietnia 2012
O godz.6.00 rano wyjeżdżamy na trzydniową wycieczkę z dwoma noclegami do Uluru, Kata Tjuta, Kanion Kings. Park Narodowy Uluru.-Kata Tjuta formacją skalną i jest wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, ma powierzchnię 1325km2. Obchodzimy pieszo ok. 10 km wokoło Kata Tjuta w ciągu 2,5 godz. Podziwiamy piękne widoki i zmieniające się kolory Uluru w zależności od padającego światła słońca. Zmęczeni wracamy na Camping. Jest to święte miejsce dla miejscowych. Największą atrakcją skały Uluru jest obserwowanie o wschodzie lub zachodzie słońca jak zmienia kolor w zależności od promieni słonecznych. W odległości ok.30 km znajduje się zespół skalny Kata Tjuta, którego wygląd z oddali przypomina leżącą kobietę.
26-27 kwietnia 2012
O godz.10.25 odjeżdżamy z Alice Springs i przyjeżdżamy o godz.18.30 tego samego dnia do Coober Pedy miasta słynącego z kopalni opali. Nocujemy w hotelu backpackerskim pod ziemią w Coober Pedy. Pokoje są usytuowane we wnękach skalnych doskonale oświetlonych i przystosowanych do przebywania pod ziemią. Pogoda nam dopisuje, cały czas świeci słońce więc mamy doskonałą okazję na zwiedzanie miasta i miejscowych kopalń. Jeszcze dzisiaj bo o godz.7.30 wyjeżdżamy autobusem Greyhund do Adelaidy.
28 kwietnia 2012
Przyjeżdżamy o godz.6.10 na główny dworzec autobusowy w Adelaidzie, gdzie spotykamy się z Jackiem, który jest dla nas główną osobą organizującą nam pobyt i spotkania z Polonią zamieszkałą w Australii. Za kilka minut przyjeżdża również Andrzej i zabiera nas do swojego domu skąd roztacza się piękny widok na morze. Z Andrzejem jedziemy do Cleland Wildlife Park gdzie znajduje się między innymi kilka gatunków kangurów, strusie, psy dingo, misie koala, pelikany i inne.
29 kwietnia 2012
Po mszy w polskim kościele idziemy do Domu Polskiego w Adelaidzie na tradycyjny polski obiad i polskie piwo Żywiec. Ksiądz po mszy zaprasza miejscową Polonię na spotkanie z dwoma podróżnikami z Polski. Na spotkaniu jest ponad 30 osób i widać po zadawanych pytaniach bardzo duże zainteresowanie naszą podróżą. Staramy się jak najdokładniej określić cel naszej wyrawy i sposób podróżowania drogą lądową. Jesteśmy zaproszeni przez radio Domu Polskiego na wywiad oraz pamiątkowe zdjęcia. Również wpisujemy się do Księgi Gości w Domu Polskim w Adelaidzie.
Po spotkaniu jedziemy z Jackiem i jego żoną nad morze w Adelaidzie, gdzie spożywamy w restauracji nadmorskiej uroczystą kolację w miłym towarzystwie.
30 kwietnia 2012
Rano zaraz po śniadaniu pod przewodnictwem żony Andrzeja zwiedzamy wybrzeże morza idąc specjalnym szlakiem co przy słonecznej i ciepłej pogodzie jest dla nas przyjemnym przeżyciem. Jedziemy sami miejscowym pociągiem do Adelaidy, gdzie zwiedzamy ogród botaniczny, galerię przy uniwersytecie, spacerujemy wzdłuż rzeki i do centrum Adelaidzie. Wracamy wieczornym pociągiem do Andrzeja i jego żony, a następnie pieszo docieramy do domu. Na dworcu autobusowym kupujemy na 01 maja bilety autobusowe do Melbourne na godz.7.20. Również wieczorem tego samego dnia elektronicznie wykupujemy bilety lotnicze z Brisbane do Auckland na 21 maja, ponieważ nie mamy innego środka lokomocji jak samolot, aby się dostać do Nowej Zelandii. Dzień jest bardzo ciepły i słoneczny.
01-05 maja 2012
Rano Andrzej odwozi nas samochodem na dworzec autobusowy, gdzie spotykamy również Jacka, który przedstawia nam swoje uzgodnienia z Polonią co do dalszej podróży. Na łamach tej strony serdecznie dziękujemy Jackowi oraz Andrzejowi i jego żonie za kilkudniową gościnę łącznie z praniem naszych ubiorów. Autobus przyjeżdża do Melbourne wcześniej niż jest w rozkładzie bo o godzinie 18.45 zamiast 19.20. Za dosłownie kilka minut spotykamy się z Bożeną i jej mężem Adamem i wiozą nas do swojego domu na nocleg w Melbourne. Wspólnie spożywamy kolację przygotowaną przez kucharza domowego, którym jest Adam i przy lampce wina rozmawiamy o wszystkim, a przede wszystkim o Polonii w Australii.
Następnego dnia jedziemy z Adamem samochodem do centrum Melbourne. Odwiedzamy też jeden z najstarszych kościołów polskich w Melbourne znany pod nazwą Polski Kościół w Esendon oraz dzielnicę arabską. Jedziemy też do Ballarat, gdzie znajduje się kopalnia złota. Na terenie kopalni złota o powierzchni 25 ha jest wybudowana wioska wyposażona w sprzęt i urządzenia odzwierciedlające dawne czasy poszukiwaczy złota. Ponadto na terenie jest również Muzeum poświęcone historii wszystkiemu, co jest związane z wydobyciem i przetworzeniem złota od 1851 roku, które jest bardzo ciekawe i warte obejrzenia. Również każdy może spróbować poszukać złota płucząc piasek pobrany na specjalną miskę z miejscowego strumyka. Nam się niestety nie udało znaleźć cennego złotego kruszcu za wyjątkiem paru kolorowych kamyków.
Jutro Adam z żoną Bożenką urządzają uroczystą kolację, na którą jest zaproszone również małżeństwo polskie. Wszystko wskazuje na to, że wyjeżdżamy od Adama i Bożenki w niedzielę rano do Canberry. Bardzo mili i gościnni ludzie Adam i Bożenka. Serdecznie dziękujemy za wszystko co dla nas zrobili i zapraszamy w ramach rewanżu do Polski. See you later!!
6-7 maja 2012
Z Melbourne wyjeżdżamy autobusem do Canberry. Z dworca autobusowego zabiera nas
ksiądz Henryk i zawozi do katolickiego centrum, które jest przystosowane do przyjmowania gości. Zwiedzamy sami Canberre, która jest stolicą Australii. jest to bardzo rozlegle miasto. Znajdujemy Ambasadę RP w Canberrze i spotykamy się przy kawie z I Konsulem RP Panem Witoldem Krzesińskim. Rozmawiamy o celu naszej podróży i o roli Ambasady RP w Australii. Pan Konsul jest bardzo zainteresowany naszą podróżą i odwozi nas na dworzec autobusowy, pokazując po drodze Stary Parlament oraz Ambasadę Aborygeńską, która składa się z namiotów rozstawionych w pobliżu Parlamentu. Żegnamy się z panem Konsulem robiąc sobie pamiątkowe zdjecia. Na jutro rezerwujemy samochód i jedziemy zdobywać Górę Kościuszki - najwyższy szczyt Australii 2228 m.n.p.m.
08 maja 2012
Przed godziną 8.00 jesteśmy przed wypożyczalnią samochodów i bierzemy Hundaya I20 z automatyczną skrzynią biegów. Jedziemy na Coma, Jindobyre, Thredbo. po trzech godzinach jazdy jesteśmy na miejscu i szukamy trasy dojścia do Góry Kościuszki. Trasa jest słabo oznakowana i mało widoczna, ale w końcu udaje nam się znaleźć właściwą drogę. Cały czas wspinamy się pod górę nie korzystając z wyciągu. Po drodze wspaniale widoki i śnieg pod nogami. Po ok.3 godz. marszu zmęczeni docieramy na szczyt najwyższej góry w Australii - Góry Kościuszko, wys. 2228m.n.pm. Dla Ryszarda w wieku 62 lat jest to kolejny zdobyty szczyt, a dla mnie w wieku 66 lat to jest pierwszy zdobyty szczyt należący do Korony Ziemi.
Po pół godzinie bytności na szczycie wracamy do Thredbo. Wyruszamy w drogę powrotną o godz. 16.00, a jesteśmy w Thredbo przed godz. 19.00. Jest ciemno i gdyby nie latarki to powrót byłby bardzo utrudniony. Wracamy późno w nocy do Canberry.
09-10 maja 2012
Przed godz.6.00 rano opuszczamy nasz hotel i tu serdecznie dziękujemy za gościnę księdzu Henrykowi, jednocześnie przepraszamy, że nie mogliśmy się pożegnać, ale nie chcieliśmy budzić księdza. Jeszcze raz serdeczne dzięki za gościnę.
Wbrew pozorom Canberra jest bardzo rozległa i musimy włożyć wiele wysiłku, aby trafić do naszej wypożyczalni samochodów. Zdajemy bezpiecznie samochód i o godz. 9.00 wyjeżdżamy autobusem z Canberry do Sydney. W Sydney ma na nas czekać Krzysztof, redaktor internetowej gazety ,,Bumerang Polski". Krzysztof samochodem obwozi nas po Sydney, pokazując co ciekawsze miejsca i przeprowadza z nami wywiad, który jest przedstawiony w ,,Bumerangu Polskim".
Wieczorem jedziemy pociągiem do Marysi, która zaoferowała nam nocleg. Marysia wraz z mężem Andrzejem i synem Krzysztofem mieszka w domku i z wykształcenia jest botanikiem.
Następnego dnia Andrzej zawozi nas w góry Mountain Blkue i zwiedzamy Park Narodowy wodospady, trzy siostry, kanon oraz jaskinie, gdzie są odciśnięte ślady rąk aborygenów sprzed tysięcy lat. Wieczorem jedziemy jeszcze do Polaków, małżeństwa Jacka i Anity. Jacek częstuje nas piwem własnej roboty i trzeba przyznać, że nam bardzo smakowało. Wracamy późnym wieczorem do naszego gościnnego domu Marysi.
11 maja 2012
Pod przewodnictwem wczoraj poznanego Jacka idziemy na treking w Blue Mount do wąwozu. Zaliczamy kolejkę stromą pod katem 65st. Jest to najbardziej stroma kolejka. Zwiedzamy Muzeum Górnictwa, które jest w pobliżu kolejki. Widoki wspaniale, po śliskich kamieniach w potokach przedzieramy się do wąwozu. Widzimy ponownie trzy siostry i przepiękną panoramę Blue Mount. Wracamy zmęczeni kiedy się robi ciemno.
12-13 maja 2012
Wyruszamy sami do Sydney i zwiedzamy miasto. Docieramy pod Operę, do portu, do ogrodu botanicznego oraz pod most, idąc wzdłuż wybrzeża. Po drodze spotykamy ulicznych grajków, którzy sprzedają tez swoje nagrania.
Następnego dnia Ryszard jedzie do swojego znajomego w Sydney, a ja na kilka godzin idę do Hay Market w dzielnicy chińskiej na zakupy dla moich wnuczek. Jest to bardzo duży sklep z różnymi towarami i po bardzo przystępnych cenach. Rzeczywiście opłaca się, więc kupuję tam wiele bardzo tanich pamiątek. Wracam późnym wieczorem obładowany różnymi pamiątkami, których nie mogę zdradzić.
14.05.2012
Mąż Marysi Andrzej zawozi mnie do miasta do sklepu, ale nic tam ciekawego po atrakcyjnych cenach nie znajduję. Odbiera mnie Marysia po południu, tak się umówiliśmy, jedziemy do domu. Wieczorem wraca Ryszard od swojego znajomego w Sydney.
15-16 maj 2012
Po południu wyjeżdżamy autobusem do Brisbane z przystankiem w Gold Coast, gdzie ma czekać Danuta i Zbigniew.
Autobus przyjeżdża dnia następnego przed godz.11.00 i spotykamy się ze Zbigniewem oraz jego żoną Danutą ,którzy zabierają nas do swojego domu. Rozmawiamy o celu naszej podróży. Zbigniew wiezie nas na wybrzeże oceanu, gdzie chodzimy do wieczora.
17-19 maj 2012
Zbigniew zawiózł nas do Gold Coast na wybrzeże, z drugiej strony. Idziemy plażą wzdłuż wybrzeża do skał i wracamy, co zajmuje nam dobre 3 godz. Marszu. Zbigniew napisał bardzo ciekawą, specjalistyczna książkę ,Nawigacja morska w pytaniach i odpowiedziach", która została wydana w Polsce w roku 2007. Oglądaliśmy tę książkę i trzeba przyznać , że jest napisana w bardzo przejrzysty i prosty sposób. Zachęcamy do zapoznania się z ta literaturą, jeżeli kogoś interesuje ten temat, naprawdę warto, bo przy okazji można się zapoznać z wieloma ciekawymi wywodami, które przytacza autor np. jak jest wyliczana mila morska,itp.
W książce tej widać profesjonalizm autora i bogatą wiedzę zdobytą na stanowiskach dowodzenia. Pogoda nam dopisuje świeci słońce i jest ciepło.
19-20 maja 2012
Wyjeżdżamy o godz.11.00 autobusem z Gold Coast i po półtorej godzinie jazdy jesteśmy w Brisbane gdzie czekają na nas Ania i Mariusz. Jedziemy przez centrum Brisbane do nabrzeża gdzie nasi przyjaciele zostawiają nas samych na indywidualne zwiedzanie i po kilku godzinach przyjeżdżają po nas. Wspólnie jedziemy do punktu widokowego, gdzie przy kawie Capucino podziwiamy wspaniały widok na całe Brisbane. Wracamy wieczorem zmęczeni i przy piwie rozmawiamy z Anią i Mariuszem o drodze, jaką przebyli aby pozostać w Australii. Następnego dnia Mariusz zawozi nas do centrum Brisbane na indywidualne poznawanie miasta. Zwiedzamy centrum miasta, Galerię, muzeum przyrodnicze zaglądając po drodze do sklepów.
Wracamy późnym wieczorem autobusem i nie możemy odnaleźć domu naszych gospodarzy, ale młodzi ludzie spotkani na ulicy podprowadzają nas pod dom. Przed domem spotykamy Mariusza, który po otrzymaniu SMS szykował się już do wyjścia po nas.
Serdecznie dziękujemy Ani i Mariuszowi za miłe przyjęcie nas w Brisbane.
21 maja 2012
Przed godziną 7.00 wyjeżdżamy z Mariuszem do centrum Brisbane i pociągiem jedziemy na lotnisko, skąd mamy samolot do Auckland. Po wylądowaniu w Auckland dodajemy 2 godziny do przodu. Szukamy taniego środka transportu do centrum Auckland i znajdujemy specjalny autobus kursujący na lotnisko i z powrotem. W samym centrum miasta znajdujemy całkiem przyjemny i za przystępną cenę hotel backpackerski. Już na początku widzimy, że ceny w N. Zelandii są znacznie wyższe niż w Australii, a wszyscy nam mówili odwrotnie.
22-31 maja 2012
Dochodzimy do wniosku, że należy wypożyczyć samochód, aby można było swobodnie przemieszczać się po N.Zelandii, co też czynimy. Wypożyczamy samochód osobowy Nissan Blindero, bardzo wygodny do jazdy i spania na 10 dni i ruszamy w podróż. Jedziemy do Wellington, gdzie odwiedzamy Ambasadę RP i spotykamy się z Panią Beatą Stoczyńską oraz Konsulem Sławomirem Stoczyńskim. Konsul już wiedział wcześniej o naszej wizycie bo w Ambasadzie była przesyłka z Polski dla mnie. Rozmawialiśmy na zmianę z Panią Ambasador i Panem Konsulem o naszej wyprawie ,,Śladami Polonii na Świecie", o naszych wspólnych codziennych sprawach. Po przeszło półtorej godzinnej bardzo miłej rozmowie żegnamy się i robimy sobie pamiątkowe zdjęcia z najwyższymi przedstawicielami RP w N. Zelandii.
Zwiedzamy miasto Wellington, muzeum morskie, Parlament w czasie obrad co jest niemałą gratką. Osobiście widzimy jak opozycja żywo reaguje na wnioski strony przeciwnej.
Wyruszamy na zdobycie szczytu wulkanu Tongariro o wys.1967m.npm. Pogoda jest wyśmienita, bardzo słaby wiatr i świeci słońce. Niestety pod szczytem jest bardzo dużo twardego zmrożonego śniegu, po którym ślizgam się jak na ślizgawce i aby nie wylądować w przepaści rezygnuję z dalszej wędrówki. Moje buty nie są przystosowane do wspinaczek śniegowych. Ryszard ma lepsze buty i podpierając się kijami postanawia dalej iść, zdobywając szczyt o wys.1967m. n.p.m. Tu należy się wyjaśnienie, że wszystkie wycieczki jakie uczestniczyły w podejściu na szczyt Tongariro miały specjalne raki dzięki czemu się nie ślizgali.
Wracamy w kierunku Auckland zwiedzając i zatrzymując się w drodze w Waitomo, gdzie jest punkt widokowy i wodospad oraz jaskinia Glowworm Caves, Śpimy w samochodzie, słuchając przez całą noc padającego deszczu. Następnego dnia jedziemy do Tarirua na plażę i szukamy Hot Watter Beach, czyli gorącego miejsca na plaży, ale przypływ skutecznie ukrył to miejsce. W tym miejscu temperatura piasku powinna wynosić 60-65 st.C. Jedziemy dalej do Cathedral Cove, gdzie jest piękna grota, przez którą widać wspaniałą skałę i plażę. Wieczorem lokujemy się na górze, na parkingu do spania. Tu należy się wyjaśnienie, że wszystkie parkingi samochodowe w N. Zelandii mają WC, papier toaletowy i umywalki na wyposażeniu. W dalszym ciągu jedziemy w kierunku Auckland, po drodze odwiedzając Miranda Hot Springs-zespół basenów termalnych z wodą 30st.C oraz Tehmana Te Ao Maraha, gdzie jest wioska Maorysów. Zwidzanie wioski to 30-45min, praktycznie to szkoda pieniędzy. Jedziemy na cypel Warkworth, Snells Beach, Algies Bay, Mahurangi. Śpimy w samochodzie w Algies Bay, miejscowości wybitnie turystycznej na parkingu mając widok na zatokę. Zatrzymujemy się przed Auckland i robimy zdjęcia panoramy wieżowców nad wodą. Pogoda nam dopisuje, świeci słońce i jest bardzo ciepło. Wieczorem chodzimy po mieście i stwierdzamy, że nie jest to aż tak kolorowe miasto jak przypuszczaliśmy. Parkujemy na parkingu przy porcie, gdzie śpimy. Rano skoro świt opuszczamy parking i zdajemy samochód oraz wykupujemy nocleg w tym samym hotelu Queenstreet w Auckland w centrum miasta. Wieczorem chodzimy jeszcze po mieście mimo padającego drobnego deszczu.
1 czerwca 2012
Jedziemy spod hotelu autobusem na lotnisko w Auckland skąd wylatujemy do Santiago de Chile o godz.16.10 czasu miejscowego. Samolot przylatuje do Santiago też 01.06.2012r tylko, że o godz.11.30 czasu miejscowego. W taki sposób zyskaliśmy jeden dzień. W samolocie otrzymujemy śniadanie i obiad bezpłatnie. Zakwaterowujemy się w całkiem przyzwoitym hotelu niedaleko centrum Santiago i za dostępną cenę ze śniadaniem.
2 czerwca 2012
Zwiedzamy miasto Santiago de Chile i stwierdzamy, że nie jest to metropolia światowa. Zwiedzamy muzeum historyczne, obserwujemy uroczystości przed pałacem prezydenckim po jednej stronie i młodzież pikietującą po drugiej stronie ulicy, hale targowe z owocami. Na jednym z placów słuchamy piosenkarki Pricila Guzman, która bardzo ładnie śpiewa i kupujemy płytę z jej dedykacją na pamiątkę naszej bytności w Santiago. Piosenkarka pyta, skąd jesteśmy i zaprasza nas do tańca. Cały krąg ludzi słuchających śpiewu piosenkarki dowiaduje się o takim dalekim kraju jak Polska. Wracamy wieczorem do naszego hotelu. Mamy kłopoty ze spaniem z uwagi na przesunięcia godzinowe.
4 czerwca 2012
Jutro przed południem spotykamy się w Ambasadzie w Santigo de Chile z Ambasadorem RP Panem Ryszardem Piaseckim.
Wieczorem wyjeżdżamy autobusem z Santiago do Osorno i dalej do Punta Arenas, skąd będziemy szukali połączenia autobusowego do Ushuaia, a stamtąd na Antarktydę!
4 czerwca 2012
Spotykamy się w Santiago w Ambasadzie z Ambasadorem RP panem Ryszardem Piaseckim. Jest to bardzo przyjemna rozmowa przy kawie o naszej podróży i celowi jaki nam przyświeca. Pan Ambasador widać, że czuje temat bo opowiada nam również o swoich podróżach. Jako jeden z nielicznych najwyższych przedstawicieli RP za granicą zapytał się wprost w czym mógłby nam pomóc co było dla nas bardzo miłą niespodzianką. Żegnamy się z panem Ambasadorem i tak jak zwykle robimy sobie zdjęcia pamiątkowe. Wieczorem wyjeżdżamy autobusem do miejscowości Osorno i jedziemy całą noc do rana. Ok. południa mamy następny autobus do Punta Arenas. Autobus jest ogrzewany i ma dodatkowo koce do przykrycia.
5-12 czerwca 2012
Autobus przyjeżdża na dworzec w Osorno w Chile ok. Godz. 6.30.. Jest to główny dworzec,
z którego odjeżdżają wszystkie autobusy, w tym i do Punta Arenas. Ponieważ jest zimno wchodzimy na poczekalnię, w której nie ma dużego tłoku i kładę moje bagaże koło siedzenia z prawej strony gdzie jest filar, a z tyłu szyba. Wychodzę dosłownie na 5-10 min. zostawiając samego Ryszarda przy bagażach. Wracam i za chwilę stwierdzam brak mojego dużego plecaka, w którym było dosłownie wszystko ubrania, spania, lekarstwa, wizytówki, klapki itp. Podejrzewam, że złodziej wykorzystał nieuwagę Ryszarda i ukradł plecak (nie był ciężki-12kg), gdy był odwrócony tym bardziej, że był zamknięty na małe kłódeczki. Zostałem tylko z tym, co miałem na sobie i polar, a tu +5st.C. Zauważyłem, że mój współtowarzysz podróży specjalnie się nie przejął kradzieżą, wyjaśniając mi, że mogło to jego też spotkać. W tej sytuacji nic dodać, nic ująć więc nie będę komentował dalej tego zdarzenia. Zgłosiłem zaraz na Policję, bo akurat byli w samochodzie, ale ich czynność sprowadziła się do przejścia po dworcu i to wszystko. Kamera była tylko zamontowana, ale nie działała. Bariera językowa uniemożliwiała jakiekolwiek nawiązanie kontaktu, a tym bardziej spisanie protokołu. Ponadto my za parę godzin mieliśmy następny autobus do Punta Arenas i wykupione wcześniej bilety. Wyjeżdżamy ok. Godz.13.00 z Osorno do Punta Arenas, a ja lżejszy o plecak..Pogoda jest ładna bo świeci słońce, ale wieje wiatr chwilami bardzo silny.
W autobusie dostajemy obiad, a następnego dnia śniadanie. Pogoda nam dopisuje, bo przez całą podróż świeci słońce i niebo jest bezchmurne. Po 23 godzinach jazdy przyjeżdżamy do Punta Arenas i znajdujemy całkiem tani hotel ze śniadaniem i internetem w centrum miasta. Zwiedzamy miasto oraz agencje organizujące wyjazdy na Antarktydę i dowiadujemy się, że o tej porze nie ma szans wypłynięcie ani lot samolotem na Antarktydę. Jedziemy na cały dzień na wycieczkę do Tierra del Fuego oraz do kolonii pingwinów , a następnego dnia do Torres del Paine. Zaraz po przyjeździe do Punta Arenas kupuję kurtkę, plecak, koszulę, majtki, skarpety ,itp. bo przecież po kradzieży jestem goły jak przysłowiowy,,turecki". Ponadto zwiedzamy katedrę, ośrodek kultury i muzeum historii regionu, zamek przy Avenida Espana 959, port, muzeum Salezjańskie.
Co do miasta Punta Arenas to leży w płd. części Chile nad Cieśniną Magellana i często jest uznawane za położone najbardziej na południe miasto świata. Punta Arenas liczy ok.116tys. mieszkańców i jest to największe miasto chilijskiej Patagonii. W przeszłości Punta Arenas było jednym z najważniejszych portów chilijskich zanim wybudowany został kanał Panamski. Obecnie Punta Arenas żyje z turystyki i jest bazą dla ekspedycji antarktycznych.
13-14 czerwca 2012
Wyjeżdżamy o godz.11.30 autobusem z Punta Arenas do Rio Gallagos. Po drodze przekraczamy granicę z Argentyną, a kontrola sprowadza się do podbicia paszportów i przebiega bardzo sprawnie. W autobusie dostajemy kawę, soczek, wafelek i ciasteczko. W czasie jazdy świeci słoneczko, a za oknami krajobraz z daleko majaczącymi Andami. Przyjeżdżamy do Rio Gallagos o godz.15.00 i robimy rozpoznanie co do autobusu do Bariloche. Okazuje się, że jest autobus wieczorny o godz.20.40 do Bariloche ze śniadaniem i obiadem, z czego chętnie korzystamy i kupujemy bilety.
Po przyjeździe do Rio Gallagos trzeba przesunąć wskazówki zegara o 1 godzinę do przodu. Rio Gallegos leży w płd.Argentynie u ujścia rzeki Gallegos do Oceanu Atlantyckiego na obszarze Patagonii i jest stolicą prowincji Santa Cruz. Można zwiedzić katedrę, zatokę i pospacerować po mieście. W autobusie jedzie tylko 8 osób z Gallagos i po drodze niewiele przybywa osób. Odcinek drogi z Rio Gallagos do Bariloche liczy sobie tylko 1600 km i autobus pokonuje ten dystans w 23 godziny, jadąc dzień i noc bez przerwy. Za oknami świeci słońce i pojawia się śnieg oraz góry Andy, a autobus pnie się pod górę, a my podziwiamy przepiękne widoki. Dla przypomnienia my jedziemy sławą drogą Rute 40, która prowadzi przez Amerykę Płd. wzdłuż Andów i jest jedną z najstarszych tras. Przyjeżdżamy do Bariloche 14.06.2012 wieczorem przed godz.20.00 i szukamy hotelu. Na parkingu spotykamy faceta w zdezelowanym samochodzie, który podwozi nas do centrum San Carlos Bariloche, a tam miła Pani ze sklepu wskazuje nam jak mamy dojść do taniego hotelu.
17-19 czerwca 2012
Przyjeżdżamy do Mendozy zgodnie z rozkładem jazdy przed godz.9.00. W Mendozie jest bardzo duży i nowoczesny dworzec autobusowy zaopatrzony w część handlową. Mamy dużo czasu, więc idziemy szukać taniego hotelu i znajdujemy w centrum miasta za przyzwoitą cenę ze śniadaniem, internetem hotel backpackerski. Następnego dnia Ryszard jedzie na wycieczkę w góry, a ja na zwiedzanie okolicznych winnic. Zarówno Ryszard jak i Jacek byli zadowoleni z tego co zobaczyli. Dnia 19.06.2012r wyjeżdżamy przed południem z Mendozy do San Juan w Argentynie.
20 czerwca 2012
Wcześnie,18.06.2012r nad ranem ok.5.00 przeżywamy trzęsienie ziemi, które trwało ok.2-4 sek. Bardzo dziwne wrażenie, łóżko nade mną się trzęsło i w pokoju zrobiło się głośno,wszystko się trzęsło. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Przyjeżdżamy do San Juan wieczorem i szukamy taniego hostelu. San Juan przed przybyciem Hiszpanów pozostawało pod wpływem Inków, zostało założone w 1562r. Najważniejsza uprawa tej prowincji jest winorośl. San Juan jest drugim producentem win w Argentynie po prowincji Mendoza. Miasto jest położone nad rzeką San Juan i liczy ok.500tys.mieszkancow. Z San Juan jedziemy do Posadas miejscowości, gdzie jest Dom Polski i mieszkają Polacy. Posadas leży w płn - wsch Argentynie i liczy ok.230 tys. Mieszkańcow. Adres do Prezesa DM otrzymujemy od Pana Jana właściciela Hotelu Continental w Posadas. Pan Jan ma już 86 lat i doskonale pamięta początki emigracji Polaków do Argentyny. Obecnie mimo sędziwego wieku Pan Jan często przychodzi do swojego biura w Hotelu Continental, żeby trochę popracować. Przy kawie i rogalikach rozmawiamy z Panem Janem o emigracji polskiej z lat 1937-1938. Jeszcze tego samego dnia spotykamy się z Prezesem Luisem,jego żona i matka w Domu Polskim w Posadas. Luis reprezentuje pokolenie już urodzone w Argentynie, ale dość dobrze mówi po polsku, zawdzięcza to mamie, która dbała o mowę ojczystą. Z Posadas jedziemy autobusem do Puerto Iguazu, by zobaczyć wodospady po stronie argentynskiej. Cały dzień chodzimy i podziwiamy masy wody. Widoki niesamowite i trudne do opisania. Uważamy, że warto przyjechać, aby to niezwykłe zjawisko zobaczyć. Z Puerto Iguazu dojeżdża się autobusem miejskim do wodospadów Iguazu po stronie argentyńskiej. Następnego dnia wyjeżdżamy z Puerto Iguazu do miejscowości Wanda, która jest kolebką polskości w tym rejonie. Tu w latach 1936-1938 imigrowali Polacy, aby się osiedlić w całkowicie dziewiczym miejscu i zbudować sobie nowy dom. Otrzymywali każdy po 25 ha dziewiczego lasu, musieli go karczować, aby pobudować dom. Miasteczko Wanda nazwane imieniem drugiej córki marszałka Józefa Piłsudskiego. Ostatni przesiedleńcy przybyli do Wandy w 1938r. Dziś mieszka tu kilkaset rodzin o polskich korzeniach, a miasto liczy ok. 30 tys. Mieszkańców. Na uwagę zasługuje to, że w centrum miasta jest Plac Republiki Polskiej z godłem polskim. W mieście materiały piśmiennicze sprzedaje rodzina Kotik rodem z Lubelszczyzny. Z dala od centrum stoi Częstochowa mały drewniany kościółek zbudowany przez pierwszych osadników polskich z bali drewnianych wycinanych i ciosanych przez Polakow. Wanda powstała w 1936r na fali drugiej emigracji polskiej. W Wandzie spotykamy się z przemiłą Marią, która doskonale mówi po polsku i pokazuje nam miejscowe muzeum poświęcone historii Polaków z okresu osadnictwa. Poznajemy też nauczycielkę języka polskiego, która jest na kontrakcie i niedługo kończy tutaj pobyt. Polka - Róża obwozi nas po Wandzie pokazując miasteczko oraz zabytkowy kościół. Poznajemy też Firke Włodzimierza, który wraz z żoną przyjechał do Argentyny z Wołynia. Mimo 77 lat ma się dobrze i całkiem dziarsko wygląda. Zresztą te wszystkie osoby, które poznaliśmy są po siedemdziesiątce i osiemdziesiątce, ale naprawdę zdrowo się trzymają. Rodziny pionierskie w Wandzie to nazwiska: Sawicki, Kisiel, Orzeł, Firka, Pluciński, Jeleń, Pastuszak. Na spotkaniu w Domu Polskim poznajemy Kazimierza z Sawickich i jego żonę Martę Sawa oraz Jana Kotika. Dzięki Marii mamy załatwiony Hotel Solar ze śniadaniem z czego chętnie korzystamy. Następnego dnia Maria pokazuje nam miejscowe Muzeum poświęcone osadnikom polskim na ziemi argentyńskiej. Później jedziemy sami autobusem do kopalni kamieni szlachetnych, gdzie za niewielką opłatą można zwiedzić pracującą kopalnię. Wracamy i wstępujemy do Marii aby się pożegnać, ale tu niespodzianka bo Maria przygotowała dla nas poczęstunek w postaci miejscowych pierogów, specjalne kanapki z serem żółtym i kielbasą oraz własnej roboty sok do popicia rozcieńczany wodą. Żegnamy się z Marią serdecznie dziękując za wszystko co dla nas uczyniła i po drodze wstępujemy do Włodzimierza Firka, który już od rana na nas czekał i bardzo sympatycznie nas przywitali wraz z żoną. Po kilkunastu minutach opuszczamy dom Firków serdecznie się żegnając, mamy nadzieję, że spotkamy się w Polsce. O gpdz.15.00 odjeżdżamy autobusem z Wandy do Posadas.Przyjeżdżamy do Posadas ok. Godz.20.00, ale na dworcu autobusowym nikt na nas nie czeka. Miał wyjechać po nas Luis i mieliśmy skosztować stek przyrządzony po argentyńsku w Domu Polskim. W tej sytuacji zapada szybka decyzja, jedziemy do Buenos Aires i kupujemy bilety na autobus semi cama na godz.23.59 tego samego dnia.
30 czerwca - 4 lipca 2012
Przyjeżdżamy do B.Aires ok. godz.14.00 i idziemy do Hostelu w centrum miasta. W hostelu spotykamy bratnie dusze z Estonii, Rosji i Białorusi. Zwiedzamy z Jankiem z Estonii B.Aires wędrując cały dzień po mieście. Buenos Aires - stolica Argentyny liczy oficjalnie 2,9 mln ludności, ale nieoficjalnie mówi się, że mieszka połowa ludności Argentyny. Zwiedzamy najbardziej ruchliwą i najszerszą ulicę na świecie (ok.200m) Avenida 9 Julio, gmach Opery z XIXw., port morski gdzie rzeki Parana i Urugwaj wpadają do Oceanu Atlantyckiego, sześć linii metra, największy teatr świata (3,5 tys.osób), Plac Plaza de Mayo i otaczające go budowle z XIXw., Katedrę Metropolitańską z 1867-1729r, gdzie znajduje się grobowiec Josego San Martin. Jest to najbardziej czczony w Argentynie bohater walk o niepodległość Argentyny. Podziwiamy tez Pałac Prezydencki Casa Rosada tzw. Różowy Dom, Pałac Kongresowy, Kościół Jezuitów Św. Ignacego z XVIIIw.
Spotykamy się również w Ambasadzie RP w Buenos Aires z I Konsulem Panią Joanna Addeo-Krajewską i rozmawiamy o naszej podróży oraz pilnie słuchamy uwag Pani Konsul co do dalszych krajów.
05 lipca 2012
Opuszczamy B.Aires przed godz.9.00 mamy prom do Colonia w Urugwaju. Odprawa przebiega szybko i sprawnie mimo, że bagaże są prześwietlane i każdy jest sprawdzany indywidualnie podobnie jak na lotnisku. Do Colonii kursują dwa rodzaje promow szybki 1h i wolny 3h. My mamy szczęście, korzystamy z promocji i za niewielką opłatą płyniemy szybkim promem.
Znajdujemy w centrum miasta całkiem przyzwoity hostel ze śniadaniem i bezpłatnym internetem. Bardzo miła obsługa hostelu i recepcjonista schodzi z ceny, aby nocować u niego, czego nie zauważyliśmy w innych hostelach mimo braku turystów. Jest przenikliwy wiatr i jest zimno, trzeba chodzić w kurtce, ale świeci słońce. Colonia przywitała nas deszczem, ale następne dni mimo, że były zimne to cały czas świeciło słońce. Zwiedzamy miasto, które jest na liście dziedzictwa UNESCO i liczy 20 tys. Mieszkańców. Miasto zostało założone przez Portugalczyków w 1680r i wyróżnia się starą niską zabudową z kamienia ciągnącą się wzdłuż brukowanych uliczek. Zwiedzamy mury obronne z działami, latarnię morską, ruiny klasztoru św. Franciszka, port jachtowy, historyczne uliczki miasta. Tu musimy przyznać, że Colonia ma swój urok, który jest trudny do zdefiniowania, ale jest odczuwalny.
06-09 lipca 2012
Opuszczamy miasto Colonia i jedziemy autobusem o godz.10.30 do Montevideo. Przyjeżdżamy po południu i jedziemy komunikacją miejską do hostelu w centrum miasta. Spędzamy w Montevideo trzy noce i zwiedzamy miasto. Montevideo jest stolicą Urugwaju i liczy 1,5 mln. ludności, a leży na wybrzeżu Atlantyku. Blisko połowa ludności Urugwaju mieszka w Montevideo. Zwiedzamy port, stare miasto La Ciudad, Teatr Solis, cytadelę, Katedrę Najświętszej Marii Panny, Mercado del Puerto-hala targowa z 1868r, największa arteria komunikacyjna stolicy Av.18 de Julio, punkt obserwacyjny Cerro de Montevideo, gdzie jest dzielnica mieszkaniowa i forteca oraz Muzeum Militarne. Z tego najwyższego punktu w Montevideo rozciąga się wspaniały widok na całe Montevideo i Atlantyk. W poniedziałek chcemy się spotkać z panem Kobylańskim, a wieczorem jechać do Porto Alegro w Brazylii, skąd odjeżdżają autobusy do Rio de Janeiro.
09-10 lipca 2012
Wyjeżdżamy o godz. 21 autobusem z Montevideo do Porto Alegre w Brazylii. Do Porto Alegre przyjeżdżamy o godz. 9.00 dnia następnego. Granicę brazylijską przekraczamy w nocy, nawet nie wiedząc, kiedy bez budzenia nas. Przy zakupie biletów paszporty zostały zatrzymane u kierowcy i wydane po przyjeździe, trzeba przyznać, że całkiem dobra organizacja.
W autobusie dostajemy paczkowany obiad, a na śniadanie ciasteczka i kawę. Udajemy się na przystanek autobusowy i tam poznajemy młodego Brazylijczyka, okazuje się, że nauczyciela języka angielskiego, który pomaga nam dotrzeć do naszego hostelu. Jako ciekawostkę powiem, że tak jak w poprzednich krajach Ameryki, tak w Brazylii w środkach transportu występują uliczni grajkowie czy śpiewacy, którzy nagradzani są oklaskami i drobnymi pieniążkami. Nie brakuje również sprzedawców rajstop, bluzek, itp. Wysiadając z autobusu zostaliśmy przywitani deszczem i praktycznie do końca dnia padało z małymi przerwami. W miarę możliwości mimo, że pada deszcz zwiedzamy Porto Alegre.
Miasto Porto Alegre liczy ok.1,7 mln mieszkańców, założono w 1809r, leży na południu Brazylii i jest stolicą stanu Rio Grande. Posiada port morski nad jeziorem Patos. Znane jest m.in. z churmasco - pieczonego mięsa oraz chimarrace, mocnej herbaty przygotowanej z yerba mate.
11 lipca 2012
Do godz.12 musimy opuscić hostel, ale udaje nam się zostawić bagaże w hostelu, bo autobus do Curitiby mamy o godz.21.
Rozdzielamy się i każdy na własną rękę zwiedza miasto. W drodze powrotnej do hostelu spotykam niespodziewanie Ryszarda mimo, że każdy z nas chodził swoimi ścieżkami. Autobus odjeżdża punktualnie o 21, ale tym razem zamiast posiłku jest tylko woda w szklaneczkach do popicia. Autobus jest typu semi cama z rozkładanymi siedzeniami i podnóżkami pod nogi, poduszkami pod głowę. Trzeba zaznaczyć, że autobusy są bardzo wygodne do podróży i jest kilka firm przewozowych.
12 lipca 2012
Przyjeżdżamy do Curityby po godz. 8.00 i szukamy taniego hostelu. Kurytyba jest stolicą stanu Parana i liczy ok.2mln ludności. W pobliżu Kurytyby znajdują się źródła rzeki Iguacu. Miasto jest głównym skupiskiem Polonii w Brazylii. Dworzec autobusowy w Curitybie jest bardzo duży i nowoczesny. Niedaleko dworca autobusowego znajdujemy całkiem przyzwoity hotel z pełnym wyposażeniem i śniadaniem. Dzisiaj o godz. 20 mamy spotkanie z Jurkiem Polakiem urodzonym w Argentynie, ale świetnie mówiącym po polsku. Jerzy zaprasza nas na kolacje do restauracji gdzie możemy skosztować różnych potraw bez ograniczeń oraz delektować się miejscowymi drinkami z cytryną i lodem (Caipirinha). Siedząc przy stole rozmawiamy o naszej podróży oraz o losach Polaków, którzy tu się osiedlili. Najedzeni opuszczamy lokal, a Jerzy podwozi nas swoim samochodem do hotelu. Żegnamy się z Jerzym i serdecznie dziękujemy za tak miłe spotkanie. Oby takich spotkań w trakcie naszej podróży było jak najwięcej.
13-15 lipca 2012
Po śniadaniu idziemy do miasta szukać Konsulatu RP w Curitibie. Znajdujemy Konsulat i o godz.15 spotykamy się z Generalnym Konsulem RP Panem Markiem Makowskim. Przy małej kawce rozmawiamy o celu naszej podróży i o Polakach mieszkających w Ameryce. Po godzinnej rozmowie żegnamy się z Panem Konsulem robiąc pamiątkowe zdjęcia. Dostajemy od pana Konsula koszulki z herbem polskim, wydawnictwa oraz bilety na godz.20.30 do teatru na występy zespołu Wisła. Oczywiście Teatr zaliczamy i z ogromną przyjemnością oglądamy występy polskich i nie tylko artystów śpiewających i tańczących polskie ludowe tańce i piosenki. Przed spektaklem spotykamy grupę Polaków, a wraz z nimi nauczycielkę języka polskiego. Rozmawiamy o Polakach i o ich życiu w nowej ojczyźnie. Ogólnie to wszyscy są zadowoleni,ale chętnie by wrócili do Polski, gdyby stworzono im warunki do życia. Występy zespołu polskiego ,,Wisła,, były bardzo owacyjnie nagradzane brawami przez mieszkańców Curitiby i nie tylko.
W Kurytybie zwiedzamy starówkę z pięknymi kamieniczkami, parki, budynek muzeum, kościółek, deptak Rua de Flores, ogród botaniczny, niespotykane gdzie indziej przystanki autobusowe w kształcie szklanych rur, Plac Jana Pawła II.
Przenosimy się do innego hotelu, gdzie jest dostęp do stacjonarnego internetu bo mamy bardzo dużo pracy internetowej.
Tym razem śpimy w pokoju 6 osobowym z łóżkami piętrowymi. Kupujemy bilety na 15 lipca 2012r, na autobus do Rio de Janeiro, na godz.20.15. Planowany przyjazd autobusu do Rio de Janeiro dnia następnego o godz. 9.30.
16 lipca 2012
Przyjeżdżamy autobusem do Rio de Janeiro po godz 9.00 na dworzec autobusowy w strugach deszczu. Z dworca jedziemy autobusem do naszego hostelu w centrum Rio. Mimo padającego deszczu idziemy na najpiękniejszą plażę Copacabana. Rio de Janeiro liczy ok. 6mln mieszkańców, a zespół miejski ok.12mln. Jest to drugie co do wielkości po Sao Paulo miasto w Brazylii.
17 lipca 2012
Jest pogoda, nie pada i świeci słońce. Spożywamy w hostelu bardzo dobre śniadanie i jedziemy na wycieczkę po Rio de Janeiro minibusem ok.13 osób z różnych hoteli. Jedziemy na wzgórze Corcovado ze statuą Chrystusa, które rozpościera się nad zatoką na wys. 396m.n.p.m. Pomnik Chrystusa ma 38m wysokości z postumentem. Głowa ma 3,5 m wysokości i waży 35T, każda z dłoni waży 9T, odległość między końcami palców rąk wynosi 28m. Statua jest symbolem miasta oraz najbardziej imponującym, charakterystycznym obiektem w Rio de Janeiro. Pomnik miał upamiętniać setną rocznicę niepodległości Brazylii. Sam pomnik został zaprojektowany przez francuskiego rzeźbiarza polskiego pochodzenia Paula Landowskiego. Rzeźbę zbudowano we Francji i przewieziono do Rio. Odsłonięcia pomnika dokonano 12 października 1931r.
Aby się tam dostać musimy stać ponad godzinę w ogromnej kolejce i potem specjalne minibusy wiozą nas na górę Chrystusa, a tam tłumy ludzi. Oglądamy panoramę Rio i robimy pamiątkowe zdjęcia. Wracamy w podobny sposób jak przyjechaliśmy. Jedziemy na następne wzgórze. Głowa Cukru po drodze zwiedzając dzielnicę Santa Teresa. Kolejka linowa zawozi nas na Głowę Cukru, kiedy już jest ciemno i widzimy niesamowity piękny widok oświetlonego Rio. Podobno jest to najpiękniejszy widok na świecie i chyba trzeba przyznać rację. Przez ponad 40 minut podziwiamy nocną panoramę Rio de Janeiro, nie mogąc oderwać oczu od przepięknego widoku. Wracamy po godz. 19.00 do naszego hostelu zadowoleni z udanej wycieczki i pięknej pogody.
18 lipca 2012
Chcieliśmy pojechać dzisiaj do Faweli na obrzeżach Rio, ale niestety pada deszcz i wycofaliśmy się z wycieczki.
Ryszard wyrusza w swoją trasę wzdłuż plaży, a Jacek na wędrówkę po Rio i do Centre Schoping. Spotykamy się wieczorem w hostelu i stwierdzamy, że z lodówki zniknęły moje dwa steki i paczka pierogów i to po raz drugi, co prawda nie w tym samym miejscu, ale ktoś bardzo lubi moje posiłki. To są takie dobrodziejstwa noclegów w domach backpackerskich.
19 lipca 2012
Jest pochmurno, ale deszcz nie pada. Po godz.10 opuszczamy nasz hostel i jedziemy na dworzec autobusowy, gdzie dowiadujemy się, że najbliższy autobus do stolicy Brazylii - Brasilia jest o godz. 16.30, na wcześniejszy wszystkie bilety są sprzedane. Nie mamy wyjścia i decydujemy się na ten autobus.
20 lipca 2012
Przyjeżdżamy do Brasilia po godz.10.00. W autobusie dostajemy opakowanie, a w nim dwie kanapki, ciasteczko, woda. W mieście jest bardzo trudno znaleźć tani nocleg, więc decydujemy się na hostel oddalony o 30km od stolicy. W międzyczasie kupujemy bilety do Foz de Iguacu po stronie brazylijskiej na godz. 6.00 rano i stwierdzamy, że nie będziemy w stanie dojechać tak rano na dworzec autobusowy.
21 lipca 2012
Po przespaniu jednej nocy udaje nam się zrezygnować z drugiej nocy i przed godz.10 rano szybko opuszczamy hostel. Jedziemy na dworzec Central. Zostawiamy bagaże w przechowalni i wyruszamy na zwiedzanie miasta. Zwiedzamy Pałac Prezydencki, budynek Kongresu z zewnątrz i wewnątrz łącznie z gabinetem Prezydenta i salą posiedzeń, Katedrę Metropolitańską, pomnik Memorial. Po godz.19.00 wracamy na dworzec i odbieramy nasze bagaże. Koczujemy na dworcu do godz.6.00 dnia następnego do odjazdu autobusu.
22 – 23 lipca 2012
Autobus odjeżdża punktualnie o godz.6.00, ale niestety po kilku godzinach jazdy zostaje wymieniony na inny w zajezdni. Jedziemy całą noc i cały dzień do 10.30 dnia następnego. Na początku były 3 osoby, ale później autobus zostaje zapełniony. Żadnego jedzenia nie dostajemy za wyjątkiem wody w plastikowych kubkach.
Wysiadamy z autobusu przy pięknej słonecznej pogodzie i jedziemy do centrum Foz de Iguacu, gdzie mamy zarezerwowany hostel. Po godz.11.00 jedziemy miejskim autobusem do wodospadów po stronie brazylijskiej. Bilet wstępu jest dużo tańszy niż po stronie argentyńskiej. Po parku jeżdżą specjalne autobusy zarówno odkryte jak i zakryte, które zatrzymują się na poszczególnych przystankach. Wysiadamy na trzecim przystanku, gdzie są wodospady. Widok przepiękny i zarazem niesamowity, kiedy obok ciebie przetaczają się masy wody. Na tle wodospadów pojawia się kolorowa tęcza, co jeszcze bardziej podkreśla niezwykłość tego miejsca. Windą przemieszczamy się na sam dół wodospadów. Gubimy się i każdy z nas porusza się indywidualnie wg. własnego uznania. Po godzinie 17.00 zaczyna pojawiać się mgła nad wodospadami. Około godz.19.00 jestem w okolicy naszego hostelu i nagle spotykam Ryszarda wracającego ze sklepu z zakupami. I tak na zwiedzaniu wodospadów, po stronie brazylijskiej upłynął nam dzień, cale szczęście, że było ciepło i słonecznie.
24 lipca 2012
Opuszczamy nasz hostel w Foz de Iguacu i jedziemy autobusem do granicy z Paragwajem. Na moście granicznym wysiadamy i idziemy pieszo z plecakami do odprawy paszportowej po stronie brazylijskiej, która przebiega bezproblemowo, polega mianowicie tylko na wbiciu pieczątki w paszport, podobnie wygląda kontrola po stronie Paragwaju. Praktycznie to można przejść przez granicę bez paszportu, bo nikt nie sprawdza, a tłumy ludzi wędrują tak w jedna, jak i drugą stronę, robiąc zakupy w przygranicznym miasteczku Ciudad del Este w Paragwaju. My musimy mieć dokumenty w porządku, bo jedziemy dalej. Na moście niesamowity tłok, samochodów wszelkiego typu pełno. Po przekroczeniu granicy wsiadamy do miejskiego autobusu i jedziemy do największej elektrowni wodnej na świecie Itaipu. Podobno jest obecnie większa w Chinach. Najpierw na terenie elektrowni oglądamy film,a później autobusem z przewodniczką objeżdżamy teren elektrowni, który ma kilkadziesiąt hektarów. Cała wycieczka po elektrowni to tylko godzina czasu.
Wracamy autobusem do Ciudad del Este i tam dowiadujemy się jak mamy dojechać na dworzec skąd odjeżdżają autobusy do Asuncion stolicy Paragwaju. Okło godz. 14.00 jesteśmy już na dworcu i widzimy, że kierowcy nas wołają do autobusu. Okazuje się, że za chwilę odjeżdża autobus do Asuncion, a bilet kupimy w autobusie. W taki sposób zaoszczędzamy kilka godzin, następny to o 16.30. Po godzinie 20.00 przyjeżdżamy na dworzec w Asuncion i szukamy hostelu bo nie mamy żadnych namiarów. Spotykamy właściciela hostelu, który zawozi nas samochodem osobowym do jego hostelu. Bardzo miły i uczynny młody człowiek, który wiele nam pomógł udzielając cennych wyjaśnień odnośnie naszej trasy podróży.
25 lipca 2012
Po śniadaniu decydujemy się na zwiedzanie Asuncion i wizytę u Konsula Honorowego RP. Prosił o przyjście na godz. 16, ale niestety Konsul jest w innym mieście i spotkanie dzisiaj będzie niemożliwe. Po kilkuminutowej rozmowie z sekretarzem, który nie zna angielskiego, korzystając z pomocy jego przyjaciela - rozstajemy się.
26 lipca 2012
Wyjeżdżamy z hostelu w Asuncion, gdzie spędziliśmy dwie noce i jedziemy do Piribebuy odwiedzić mieszkającego tam Zbyszka i Gosię. Przyjeżdżamy na miejsce w strugach deszczu i pytamy się miejscowych o adres. Mając nr telefonu spotkany młody człowiek dzwoni do Zbyszka, że już jesteśmy w centrum miasta. Po 10 min. pojawia się Zbyszek i jedziemy do jego domu. Na ciekawostkę zasługuje to, że nieznajomy chłopak po kilku minutach jeszcze raz dzwoni do Zbyszka i pyta się, czy nas spotkał. Przecież wcale nie musiał tego robić, co świadczy bardzo dobrze o Paragwajczykach.
Witamy się z Gosią i zaczynamy opowiadać do północy o naszej podróży i o losach wędrówki po świecie. Jest bardzo fajnie i przyjemnie, jak spotyka się Polak z Polakiem w tak odległym miejscu opowiadając sobie swoje przeżycia.
Oczywiście nie obyło się bez picia Yerba Mate i miejscowego trunku. Następnego dnia po ciężkiej nocy Gosia przygotowała nam bardzo smakowite śniadanie z miejscowymi owocami włącznie, z czego bardzo chętnie skorzystaliśmy. Zbyszek z Gosią mają trzy konie i zapraszają nas na przejażdżkę, z czego chętnie skorzystaliśmy. Oprocz tego maja trzy potężne rotwailery i wilki długowłose. Spacerując po gospodarstwie oglądamy z ciekawoscią miejscowe owoce bezpośrednio na drzewach, co u nas jest niemożliwe jak cytryny, pomarańcze, banany itp.
28 – 30 lipca 2012
Przed godzina 16.00 opuszczamy gospodarstwo Zbyszka i Gosi w odległym Paragwaju serdecznie im dziękując za gościnę i zapraszamy do odwiedzin w Polsce. Zbyszek zawozi nas samochodem na przystanek autobusowy, gdzie sami nigdy byśmy nie wiedzieli, że się znajduje i po kilku minutach oczekiwania żegnamy się ze Zbyszkiem i wyjeżdżamy do Asuncion, skąd mamy autobus do Santa Cruz w Boliwii. Niestety po przejechaniu dwóch przystanków autobus się psuje i kierowca każe nam przesiąść się na drugi autobus, który przyjeżdża po kilkunastu minutach. O godzinie 6.30 po południu jesteśmy na terminalu w Asuncion, kupujemy bilety na godz. 20.00 do Santa Cruz w Boliwii. Autobus odjeżdża punktualnie i jest w nim bardzo dużo ludzi. Jest to autobus typu Convencional, ale w miarę wygodny. Zaraz po wyruszeniu dostajemy obiad: kurczak, ryż, bułeczka, ciasteczko, sok mimo zapewnień kasjera, że nie ma posiłków w autobusie. Następnego dnia również dostajemy śniadanie i obiad oraz sok do picia. O 4.00 rano przekraczamy granicę Paragwaju i musimy wyjść po pieczątkę w paszporcie. Odprawa paszportowa przebiega bardzo sprawnie bez żadnych pytań. Około godz.8.oo zatrzymujemy się do kontroli bagaży po stronie paragwajskiej, gdzie każdy bagaż jest indywidualnie ręcznie sprawdzany przez dwóch celników. Nas traktują ulgowo i nie jesteśmy już sprawdzani przez drugiego celnika. Miasto graniczne w Boliwii to Ibibobo. O godz.12.00 zatrzymujemy się do odprawy po stronie boliwijskiej, gdzie sprawdzane są bagaże i odbywa się odprawa paszportowa. Przyjeżdżamy do Santa Cruz w Boliwii o godz. 18.30 i idziemy na piechotę do naszego hostelu backpackerskiego, gdzie mamy śniadanie, internet bezpłatny, gorącą wodę do mycia. W drodze do Santa Cruz jesteśmy zatrzymywani co najmniej przez pięć posterunków policji, która sprawdza luki bagażowe pod kątem narkotyków. Wieczorem, w miejscowym parku, w ogromnej fontannie oglądamy wspaniałe kolorowe iluminacje świetlne w takt muzyki. Aż dziw bierze, że biedną Boliwię stać na coś takiego, czego ja w Warszawie nie widziałem. Na ulicach Santa Cruz widać bardzo dużo młodych Boliwijek, których strój niewiele ma wspólnego z tradycją. Widać też Boliwijki za kierownicą samochodów, nie wspominając o policjantkach i służbie celnej. Na ulicach widać całe mnóstwo handlujących Indianek i Boliwijek. Podobnie wygląda sprawa w autobusach, gdzie na przystankach wsiadają handlarze z różnymi towarami poczynając od spożywczych produktach, a na tekstylnych kończąc. Następnego dnia idziemy zwiedzać miasto Santa Cruz.
31 lipca 2012
Po południu zamierzamy jechać autobusem do Pootosi, podobno najwyżej położonego miasta świata (od 4060–4100m.n.p.m.), słynącego z kopalni srebra, pięknych kościołów oraz jednego z najlepszych muzeów w Ameryce Południowej.
Wszystkie historie i opowieści dotyczące Potosi krążą wokół bogatej góry pełnej srebra. Do dzisiaj nikt nie jest w stanie określić, ile Hiszpanie wydobyli srebra przez cztery stulecia, ale krąży opowiastka, że Hiszpanie mogliby zbudować srebrny most do Europy i wciąż mieliby dużo srebra, żeby je transportować tym mostem.
01-02 sierpnia 2012
Jesteśmy w Potosi i zwiedzamy kopalnie srebra ubrani w kalosze, ubranie ochronne, kaski z latarkami. Jest to jedna z nielicznych kopalni srebra, którą zwiedza się w trakcie normalnej pracy górników. Posuwamy się wąskimi chodnikami pod ziemią, często schylając się i brnąc po wodzie. Podziwiamy kolory skał w świetle latarek, niektóre są naprawdę godne podziwu i niespotykane. W trakcie naszej wędrówki pod ziemią, kilkakrotnie musimy ustąpić miejsca toczącym się wózkom po szynach z urobkiem skalnym. Wózki są pchane ręcznie przez górników. W kopalni jest bardzo parno i odczuwa się brak czystego powietrza, a pod nogami wodę. Woda spływa też ze skał. Każdy z uczestników wyprawy jest zmęczony i spocony. Po ok.2 h wracamy na powierzchnię bogatsi w doświadczenia i wiedzę, jaką zdobyliśmy podczas tej wędrówki pod ziemią.
Drugiego sierpnia wyjeżdżamy o godz.21 autobusem do La Paz i jesteśmy na miejscu o godz. 6 rano.
03-04 sierpnia 2012
Zwiedzamy La Paz.
05-07 sierpnia 2012
Wyjeżdżamy autobusem o godz.8.30 rano do Puno w Peru. Odprawa paszportowa na granicy boliwijskiej przebiega sprawnie. Następnie przechodzimy pieszo kilkaset metrów do kontroli w Peru. Tu też nie ma żadnych problemów w przekroczeniu granicy. W Puno załatwiamy dwudniową wycieczkę - 3 wyspy na jeziorze Titicaca z jednym noclegiem i wyżywieniem. Małym stateczkiem płyniemy po jeziorze Titicaca i zawijamy na kolejne wyspy zamieszkałe przez Indian. Na drugiej wyspie mamy nocleg w rodzinie indiańskiej z wyżywieniem. Wieczorem bierzemy udział w festiwalu miejscowych zespołów folklorystycznych. Jako ciekawostka, każdy z nas został przydzielony do konkretnego gospodarza, który się nami opiekował i zapewniał całkowitą opiekę. Następnego dnia przypływamy na trzecią wyspę. Cały czas jest piękna pogoda i świeci słońce mimo, że jest teraz zima. Odbywamy pieszy, godzinny treking. Około południa przypływamy do Puno i robimy sobie wycieczkę do pomnika kondora. Jest to naprawdę imponujący pomnik wspaniałego króla tego regionu. I tu przydarza się nam historia warta zapisania. Po przyjeździe do Puno na rynku miasta Ryszard stwierdza, że nie ma plecaka podręcznego, w którym miał polar i inne rzeczy. Szybko za moją namową jedzie taksówką na górę kondora i dosłownie w ostatniej chwili widzi jak para młodych ludzi niesie jego plecak. Widząc Ryszarda rzucają plecak i zaczynają uciekać, ale Ryszard zagradza im drogę na skróty i odzyskuje plecak. Tu trzeba mieć szczęście, które akurat dopisało Ryszardowi. 7 sierpnia wyjeżdżamy wieczorem autobusem do Cusco i będziemy na miejscu dnia następnego o godz. 4 rano.
08-09 sierpnia 2012
Wykupujemy na 09.08. wycieczkę do Machu Picchu na 2 dni z noclegiem i wyżywieniem. W Santa Teresa jesteśmy o godz.4 po południu i lądujemy w hostelu. Po godz.19 gospodyni hostelu prowadzi nas do restauracji na obiad (całkiem dobry).
10 sierpnia 2012
Wychodzimy z hostelu o godz. 16 i idziemy do Bramy, która wiedzie do Machu Picchu. Przed bramą zaczyna się gromadzić coraz więcej młodzieży. Brama jest otwierana dopiero o godz.5 rano, więc mamy jeszcze dużo czasu. Przed godz.5 otwierają bramę i towarzystwo zaczyna się wspinać pod górę. Jest ciemno i jedyne światło, to latarki czołowe.
Wspinamy się schodkami cały czas do góry. Jest bardzo ciężko, bo schodki są prawie pionowe. Przed godz.6 rano jesteśmy przed bramą główną Machu Picchu. Dotrzymaliśmy tempa młodym ludziom, a nawet większość wyprzedziliśmy, czym możemy się pochwalić. Podziwiamy dolinę kondora i ruiny budowli Inków. Cały czas świeci słońce i jest bardzo upalnie.
11-12 sierpnia 2012
Wyjeżdżamy do Arequipy o godz.19.15. Załatwiamy wycieczkę do kanionu Colca na 2 dni z noclegiem i wyżywieniem.
13-14 sierpnia 2012
Rano o godz. 3 z hostelu wyjeżdżamy do kanionu Colca. W kanionie Colca zaliczamy 4 h treking pierwszego dnia.
Drugiego dnia wyruszamy w 4 godzinny treking już o godz. 5.30, podziwiając wschód słońca i przepiękne widoki budzących się gór. Przyjeżdżamy do Arequipy o godz.17.30, zaraz udajemy się na Terminal autobusowy, bo mamy Autobus do Nazca o godz.21. W autobusie otrzymujemy obiad; bułka, kurczak, ciasteczko, picie. Dodatkowo każdy otrzymuje koc do przykrycia na noc. W Cusco zanim wejdziemy do autobusu, to przechodzimy bardzo szczegółową kontrolę bagaży podręcznych, paszportów i osobistą.
15 sierpnia 2012
Autobus przyjeżdża do Nazca o godz. 7 i na dworcu młoda kobieta proponuje nam lot samolotem nad skałami oraz widoki z wież. Ja decyduję się na lot, a Ryszard na wieżę widokową. Lecę samolotem 4 osobowym z rodziną francuską nad skałami i podziwiam wszystkie wyryte na skałach obrazy. Ryszard natomiast, podziwia z wieży widokowej 3 obrazy, ale On ma w planach tu jeszcze wrócić z małżonką. Po południu wracamy do hostelu w Nazca.
16 sierpnia 2012
Z Nazca wyjeżdżamy autobusem do Limy o godz. 7.15 i jesteśmy w Limie tego samego dnia o godz. 14. Przy wsiadaniu każdy ma robione zdjęcie. W autobusie otrzymujemy posiłek. Przez następne 2 dni zwiedzamy Limę, stolicę Peru.
17 sierpnia 2012
W Limie spotykamy się w Ambasadzie RP z Konsulem Panem Dariuszem Latoszkiem pełniącym aktualnie obowiązki Ambasadora RP. Przy kawie rozmawiamy z Panem Konsulem o naszej podróży ,,Śladami Polonii”. Ok. godz. 16 jedziemy z Anetą (pracownik Ambasady), na spotkanie z Polakami zamieszkałymi w Peru. Spotykamy Marysię, która ma męża Peruwiańczyka Anibala i prowadza Biuro Turystyczne, Teresa, która ma też męża Peruwiańczyka Hectora, który robił doktorat na Politechnice Warszawskiej w 1983r. Marysia jest Sekretarzem, a Teresa V-ce Przewodniczącą. Dom Polski, Stowarzyszenie Rodzin Peruwiańsko-Polskich w Limie.
18 sierpnia 2012
Od rana w Limie jest bardzo głośno i wesoło, bo na ulicy odbywa się parada prowincji Limy, co my z ciekawością oglądamy. Po obiedzie jedziemy do Mirka - Polaka mającego żonę Peruwiankę. Mirek prowadzi również biuro turystyczne. U Mirka poznajemy też drugiego polaka Marcina, który również ma Biuro Turystyczne w Limie. Do północy rozmawiamy z nimi o ich przeżyciach i doświadczeniach zdobytych w Peru.
19-20 sierpnia 2012
Po obfitym śniadaniu i obiedzie u Mirka po południu wyjeżdżamy autobusem do Tombes, skąd dalej jedziemy do Ekwadoru. Przekroczenie granicy nie stwarza żadnych problemów.
21 sierpnia 2012
Jesteśmy w stolicy Ekwadoru Quito o godz.7 i udajemy się do taniego hostelu. O godz.14.30 jesteśmy umówieni na spotkanie z Konsulem Honorowym RP w Quito Panem Tomaszem Morawskim. Spóźniamy się, bo okazuje się, że nawet Taxi nie może znaleźć tego adresu, ale w końcu na własny sposób udaje nam się dotrzeć na spotkanie. Przy kawie rozmawiamy o naszej podróży i roli Konsula Honorowego RP w Ekwadorze. Po kilkunastu minutach rozmowy żegnamy się z Panem Konsulem robiąc sobie pamiątkowe zdjęcia. Dziękujemy za spotkanie Panu Konsulowi.
22-26 sierpnia 2012
Jedziemy autobusem do Bogoty w Kolumbii. Odprawa paszportowa po jednej, jak i drugiej stronie przebiega bez problemów i bez sprawdzania bagaży. Nocujemy w starej części miasta w Bogocie w Dormie 10 osób w pokoju, w sumie są tylko 4 osoby. W Bogocie zwiedzamy Muzeum Złota, które jest naprawdę godne zwiedzenia, Pałac Prezydenta, Katedrę, Parlament. W Bogocie jest stosunkowo zimno i tak dla przykładu w Cali jest 24 st. C, a w Bogocie tylko 14 st. C.
27-29 sierpnia 2012
O godz.10 spotykamy się w Ambasadzie RP z Konsulem Panem Piotrem Wyzińskim. Towarzyszy mu Radca Pani Mirosława, która organizuje spotkanie z Polonią w Ambasadzie RP. W spotkaniu uczestniczą Przewodnicząca Stowarzyszenia Polonii w Bogocie Pani Melania oraz Polki, które wyszły za mąż za Kolumbijczyków, Anna, Aleksandra, Urszula, Beata. Jest również Polak, który ma żonę Kolumbijkę. Przy piwie i kawie rozmawiamy o naszej podróży i o życiu Polaków w Kolumbii.
30 sierpnia 2012
Lecimy samolotem z Bogoty do Leticji, jest to jedyny sposób dostania się w dalszą drogę do Manaus. Z Leticji płyniemy przez 4 dni statkiem po Amazonce do Manaus
01-03 września 2012
Wyruszamy na trzy dniową wycieczkę nad Rio Negro, gdzie nocujemy u rodziny indiańskiej w domu na palach oraz w dżungli, w hamakach z moskitierami. Jest to wspaniałe przeżycie, kiedy widzisz przez drzewa księżyc i słyszysz odgłosy dżungli, świecące owady przelatujące wśród drzew. Bierzemy czynny udział w rannym i popołudniowym trekingu w dżungli nad Rio Negro. Trasa jest ciekawa, prowadzi przez dzikie miejsca w dżungli. Na drzewach widzimy dużo gniazd termitów oraz niewykorzystane ścięte drzewa. Dżungla kryje w roślinności wiele lekarstw, które są wykorzystywane przez Indian przy różnych schorzeniach. Rzeka Rio Negro co roku wylewa podtapiając budynki mimo, że są na palach, powyżej 1m.
04-08 września 2012
Płyniemy 4 dni statkiem do Manaus rzeką Amazonką. Bardzo dokładna kontrola bagaży i osobista z obmacywaniem przed wejściem na pokład statku. Myśleliśmy, że na statku będzie można wypożyczyć hamak, a tu okazuje się, że trzeba mieć swój, a my nie mamy, więc śpimy bez hamaków. Na statku mamy pełne wyżywienie: śniadanie, obiad, kolacja.
Statek płynie dzień i noc bez przerwy zawijając po drodze do portów miejscowych, aby zabrać i wysadzić ludzi. Stojąc na pokładzie obserwujemy brzeg Amazonki po jednej jak i drugiej stronie. Widzimy miejscami duze spustoszenia brzegu i drzew, jakie poczyniła woda w okresie deszczowym. Nasz statek jest z 2008r i nazywa się ,,Manuel Monteiro,, jest przystosowany głównie do przewozu ludzi i bagaży, ale bez samochodów. Rozpoczęliśmy drugi rok naszej wspólnej podróży Dookoła Świata 2011/2012. Ryszard obchodzi swoje 62 urodziny na Amazonce, co normalnie jest nietypowe i zasługuje na szczególną uwagę. Z tej okazji nadwyręża swój budżet i stawia piwo na statku. Robimy sobie zdjęcia z kapitanem naszego statku, jako pamiątkę podróży po Amazonce.
Po godz.17 dobijamy do Portu w Manaus i widzimy, że rzeka jest tu bardzo szeroka. Dzięki miejscowym znajdujemy tani hostel ,,Hospederia” i bierzemy kąpiel.
09-11 września 2012
Jedziemy autobusem do Wenezueli. Granicę brazylijsko-wenezuelską przekraczamy sprawnie bez przeszkód. Jedyne co jest sprawdzane, to szczepienia ochronne w żółtej książeczce, to musi być. Z autobusu widać bardzo bogatą roślinność tropikalną w Wenezueli, po obu stronach drogi. Praktycznie to jedziemy środkiem drogi w dżungli wenezuelskiej.
12-13 września 2012
Wyjeżdżamy autobusem o godz.7.30 do Caracas w Wenezueli. W Caracas znajdujemy tanie Hospedaje w dzielnicy nie cieszącej się dobrą sławą, ale nam się nic nie przydarzyło przykrego za wyjątkiem przygody, jaka Jacka spotkała w Caracas. Otóż wychodząc z hostelu, w recepcji Jacek poprosił o adres i recepcjonista mu napisała, ale On nie sprawdzał i poszedł na długi spacer sądząc, że wszystko jest OK. Później okazało się, że ani taxi, ani moto taxi nie mogą znaleźć tego miejsca. Chcąc nie chcąc Jacek spędził noc na ulicy w Caracas, które uchodzi za bardzo niebezpieczne miejsce i jest omijane przez turystów. Następnego dnia szybko przesłał maila do Ryszarda, a Ryszard podał mu właściwy adres. Adres podany przez recepcjonistę całkowicie się różnił od podanego przez Ryszarda. Mógłbym długo szukać hostelu napisanego przez recepcjonistę i tak bym go nie znalazł pod napisami.
14-15 września 2012
Idziemy do Centrum Caracas, gdzie odbywają się wiece przedwyborcze i różne festyny. Próbujemy pobrać z bankomatu gotówkę, ale okazuje się to niemożliwe. Pojawia się drugi PIN do potwierdzenia transakcji. Dopiero później dowiadujemy się, że należy wklepać dwie cyfry z nr paszportu, ale nie dwie pierwsze, ale pierwszą i ostatnią. O godz.18 spotykamy się na stacji metra Miranda, Polką Justyną, która jest Przewodniczącą Stowarzyszenia Polaków w Caracas. Justyna zaprasza nas do swojego apartamentu na miejscowe jadło, placki z serem żółtym i kawę. Do Justyny przychodzi też Czeszka z Cieszyna, która ma męża Wenezuelczyka. Justyna dba, aby jej synek Piotruś mówił po polsku i trzeba przyznać, że Piotruś doskonale sobie radzi z polskim językiem. Żegnamy się z Justyną i dziękujemy za miłe przyjęcie i poczęstunek robiąc sobie pamiątkowe zdjęcie i idziemy z Czeszką do miasta do terminalu autobusowego, aby dowiedzieć się jak dojechać tanio do Panamy.
16-17 września 2012
Idziemy szukać Ambasady RP w Caracas, żeby następnego dnia nie tracić czasu na szukanie drogi. Znajdujemy Ambasadę RP, która jest położona na skraju dzielnicy Las Mercedes. Jest to cicha, spokojna okolica, ale dość daleko oddalona od centrum Caracas i praktycznie cieżka do znalezienia, ale dla nas to nie jest problem. Następnego dnia spotykamy się z Konsul RP Panią Paula Fanderowską - Graniczny i towarzyszącą Panią Mileną Łukasiewicz, która zajmuje się kulturą. Rozmawiamy przy dużej kawie z mlekiem i wodzie z lodem o naszej podróży i wyrobieniu paszportu tymczasowego nowego, bo już nie mamy miejsca na pieczątki. W międzyczasie w trakcie rozmowy są przygotowywane dla nas paszporty ważne rok.
18-19 września 2012
Wychodzimy z naszego Hospedaje w Caracas przed godz.5 rano i jedziemy metrem na dworzec autobusowy w Caracas.
Sprawdzając bilet zauważyliśmy, że mamy wstawioną godz. Ranną, a nie popołudniową i przed godz.6.00 musieliśmy wymienić bilety na 19.45. Mamy cały dzień na dworcu do dyspozycji, ale nie ma nigdzie przechowalni bagażu. Ryszard zapina swój plecak w siatkę stalową i wyrusza do Pałacu Chaveza, ja natomiast czytam i potem z plecakiem wychodzę na zakupy. Dworzec autobusowy jest nowoczesny, są monitory i bagaże można oddać, czyli zrobić odprawę, podobnie jak w samolocie, na godz. przed odjazdem autobusu. Autobus do Macaraibo odjeżdża o godz.20.00, a bagaże podręczne są sprawdzane.
Przyjeżdżamy do Macaraibo ok.godz.9.00 i okazuje się, że możemy dostać się do Maicao taksówką, która bierze po kilka osób. Nie mamy wyjścia i jedziemy 40 -letnim rozwalającym się fordem, który w Polsce byłby nie dopuszczony do ruchu, a tu jedzie 80-90km/h. Przy wyjeździe z Wenezueli musimy zapłacić po 90 bolivar/os. Po 4 h jazdy dojeżdżamy do Maicao i badamy autobusy do Kartageny. Obok dworca autobusowego znajdujemy całkiem przyjemny i tani hotel.
20 września 2012
Wyjeżdżamy autobusem z Maicao do Cartageny w Boliwii ok.9 rano, a przyjeżdżamy dopiero po godz.21. Autobus w drodze ma problemy z silnikiem i co jakiś czas musi się zatrzymywać. Nocujemy w hotelu obok terminala autobusowego.
21 września 2012
Jedziemy do centrum Cartageny w Kolumbii. Zwiedzamy Stare Miasto i port. W trakcie wędrówki po mieście staramy się zasięgnąć języka, jak się dostać do Panamy. Okazuje się, że jest droga morska i lotnicza. Wybieramy dla nas tę ciekawszą czyli morską. Musimy przyznać, że ludzie w Cartagenie w Kolumbii są bardzo życzliwi i starali się nam pomóc, jak tylko potrafili. Cartagena podobno jest najbezpieczniejszym miastem w Kolumbii i w centrum widać bardzo dużo białych, czego nie można powiedzieć o innych miastach.
22 września 2012
Ok. godz.14 układamy się na jachcie bo jutro wypływamy do Panamy. Spotykamy młodą Polkę Justynę, która z Włochem podróżuje już 3 lata po świecie i po drodze pracuje, aby zarobić na następne etapy podróży.
23-28 września 2012
Ok. godz. 14 odbijamy od nabrzeża i płyniemy w kierunku Panamy. Pogoda dopisuje, świeci słońce i jest bardzo gorąco. Płyniemy dzień i noc, po drodze zatrzymujemy się na całodniowe pobyty na wyspach Morza Karaibskiego. Są to wyspy Oopuki, Chichihe, Porvenir. Wyspy wyglądają tak, jak na folderach; biały piasek, ciepłe, niebieskie płytkie morze, rafy koralowe i mnóstwo kokosów na brzegu. To trzeba zobaczyć i poczuć na sobie, aby docenić te widoki. Panamskie wyspy nie ustepują w niczym innym egzotycznym wyspom. Z nami jest międzynarodowe towarzystwo: Hiszpan, Anglicy, Włoch i my 3 osoby. Ostatniego dnia ok.7.00 dobijamy do lądu stałego, do Porto Lino skąd udajemy się autobusem do Portobelo. W Portobelo jest twierdza z 1753 r. skąd Hiszpanie wywozili złoto statkami do Europy. Stare forty i zabezpieczenia pozostałe po hiszpańskich kolonizatorach są znakiem rozpoznawczym Portobelo. Tu znajduje się figurka Czarnego Chrystusa. Z nami jest też Hiszpan, Anglik, Renata z Włochem i my. Po ok.2h zwiedzania twierdzy jedziemy autobusem do Colon i przyjeżdżamy ok. Południa. Szukamy taniego hostelu lub hotelu, ale wszystkie są pozajmowane. W końcu znajdujemy całkiem przyjemny i w miarę tani hotel przy głównej ulicy, gdzie jest dużo sklepów.
29-30 września 2012
W Colon tak jak w innych miastach Ameryki ludzie żyją głównie z handlu, a miasto zaczyna się budzić ok. 9-10 rano. Jest tu dużo sklepów spożywczych, jak i przemysłowych z obsługą chińską. Po południu przyjeżdżamy autobusem na terminal do stolicy Panama City, skąd udajemy się do hostelu na Starówkę. Na Starówce jest bardzo dużo remontowanych budynków i jeszcze więcej wymagających remontu. Cała Starówka jest obstawiona przez Policję, aby ludzie nie chodzili w miejsca zagrożone zawaleniem się budynku. Zwiedzamy stolicę Panama City. A teraz krótko o stolicy Panamy. Panama City to zabytkowe budowle w stylu kolonialnym oraz Starówka Casco Viejo zalożona w 1673r. Co my zwiedziliśmy: Narodowy Instytut Kultury, Plac Katedralny wraz z Katedrą, Promenadę Viejo to Las Bovedas, Teatr Narodowy, Pałac Prezydenta. Symbolem nowoczesności jest Aleja Belboa i dystrykt Punta Paitilla, gdzie jest bardzo dużo nowoczesnych biurowców, będących siedzibą międzynarodowych koncernów. W pobliżu centrum znajduje się Miraflores, czyli punkt obserwacyjny, skąd można obserwować przybywające do Panamy statki, ale akurat była niedziela i żaden statek nie wpływał. Zobaczyliśmy Kanał Panamski łączący wody Oceanu Spokojnego z wodami Oceanu Atlantyckiego, a bezpośrednio z Morzem Karaibskim. Kanał Panamski to jedna z najbardziej znaczących dróg wodnych na świecie. Panamę City tak, jak żadne inne państwo Ameryki Centralnej wyróżnia mnóstwo nowoczesnych budowli.
01-02 października 2012
Z dworca autobusowego w Panama City wyjeżdżamy autobusem o godz.23 do stolicy Costa Rica San Jose, a przyjeżdżamy dnia następnego o godz.14. Znajdujemy tani hostel i po rozpakowaniu się ruszamy na zwiedzanie San Jose.
Costa Rica tak jak pozostałe kraje Ameryki Centralnej leży w aktywnej strefie sejsmicznej. Miasta są zabytkowe w stylu hiszpańskim. Costa Rica znana jest z dużej ilości plaż, a najwięcej plaż leży na wybrzeżu Pacyfiku, Morzem Karaibskim i Oceanem Spokojnym. Tu uprawia się jedna z najszlachetniejszych odmian kawy. Costa Rica ma piękne plaże, rafy koralowe, dżungle i aktywne wulkany.
San Jose jest centrum finansowym i kulturalnym państwa Costa Rica, ale umywa się w stosunku do Panama City.
Można zwiedzić pieszo Teatr Narodowy, gigantyczną Katedrę, Muzeum Złota, liczne sklepy i restauracje, z których my nie korzystaliśmy. W mieście znajduje się dużo publicznych parków, a klimat tworzą przyjaźnie nastawieni mieszkańcy, ryneczki i ulice.
Pogoda dopisuje świeci słońce i jest bardzo ciepło, więc można chodzić pieszo.
03 października 2012
Rano wyjeżdżamy na wycieczkę z przewodnikiem zwiedzać wulkany i podziwiać plantacje kawy. Wulkany tu są całe we mgle tak, że na zdjęciach niewiele widać, a plantacje kawy pokazują nam z okien samochodu i z kawiarni, gdzie można sobie kupić kawę. Jeszcze w zakresie turystyki nie są dostatecznie przygotowani. Jak byłem w winnicach w Argentynie, to była degustacja win, a tu nic. Ok. południa wracamy do miasta i koniec wycieczki.
04 października 2012
Od rana pogoda dopisuje i świeci piękne słońce. Jacek wstaje rano i stwierdza, że z lodówki zginęła mu paczka 250 g kiełbasy. To już jest nie pierwszy przypadek w Ameryce, gdzie ,,wędrowcy” polubili moje wędliny. Nie ma innego wyjścia jak na śniadanie zjeść suchą bułkę i popić herbatą. Opuszczamy hostel w San Jose i jedziemy do Penas Blancas. Chcieliśmy po drodze wysiąść w mieście Fortuna, gdzie jest niedaleko wulkan, ale rezygnujemy, okazuje się, że jest bardzo trudny dojazd i rzekomo wulkan od kilku lat nie jest aktywny.
05 października 2012
Z rana wyjeżdżamy autobusem do Penas Blancas miasta granicznego Costa Rica. Kontrola paszportowa przebiega sprawnie bezproblemowo, ale trzeba odstać ok. 1H, bo jest dużo ludzi. Po stronie Nicaragui opłata 1USD oraz w okienku 12USD. Jesteśmy w kolejnym państwie Ameryki Centralnej – Nicaragui. Dosłownie w ostatniej chwili wchodzimy do autobusu i jedziemy do stolicy Nicaragui Managua, gdzie przyjeżdżamy ok.16.00. W Managui po wyjściu z autobusu podchodzi do nas facet i prowadzi do taniego hospedaje. Niby, że ma to być za darmo, ale to nie jest jasne do końca. W trakcie rozmowy mówi, że będzie naszym ochroniarzem i pokaże nam miasto. Wieczorem wyruszamy z naszym ,,ochroniarzem” na zwiedzanie miasta. Stawiamy mu piwo i wracamy do hospedaje, gdzie też dostaje piwo, a później to chce pieniądze. Aby zakończyć tę znajomość dajemy mu na jeszcze jedno dobre piwo i kategorycznie rezygnujemy z jego usług. Nasz ,,ochroniarz”, w końcu zrozumiał i dał nam spokój.
06 października 2012
Ok. godz.9 rano jedziemy autobusem do centrum Managua w Nicaragui. Nicaragua jest największym państwem w Ameryce Środkowej i graniczy z Hondurasem i Costa Rica. Słynie z dużej ilości wulkanów, a najbardziej znany jest wulkan Momotombo (1258m.n.p.m) położony nad jeziorem Managua, który jest uważany za symbol Nicaragui. Zwiedzamy w Managua Katedrę Antigua z charakterystycznymi dwiema wieżami, Teatr Narodowy, Pałac Narodowy, fontannę na rondzie Ruben Dario Rotonda, pomnik rewolucjonisty Augusto Cesar Sandino i stadion Estado. W drodze powrotnej przed naszym hospedaje spotykamy naszego ,,ochroniarza”, który miał chęć znowu się kolegować z nami. Stanowcze podziękowanie robi swoje i nasz ,,ochroniarz” zrozumiał. Naprawdę mówiąc nasze hospedaje to jest uliczny ,,burdelik”, wynajmowany na godziny oraz na dzień i noc. My też mieliśmy kłopoty, bo chciano od nas podwójnie raz za dzień, a drugi raz za noc, ale w końcu jakoś się udało i płaciliśmy tylko raz.
07 października 2012
Opuszczamy nasze hospedaje i Manague, jedziemy autobusem do miasta Leon. Leon to kolejne miasto i prowincja w Nicaragui, stare kolonialne kościółki i budynki. Można pieszo dojść na wulkan Telica i Cerro Negro. W Leon znajduje się największa w Ameryce Środkowej Katedra Leon będąca miejscem spoczynku poety Ruben Dario, a po wdrapaniu się na górę można podziwiać piękne widoki. Ponieważ autobus nie przejeżdża przez miasto Leon, kierowca wysadza nas na głównej drodze i podpowiada, że do centrum Leon możemy dojechać ,rykszą.
Nie ma innego wyjścia jak skorzystać z informacji kierowcy i jedziemy rykszą do hostelu w Leon. Mamy pokój 8 osobowy, wc, prysznic, umywalkę bez śniadania. Po obiedzie idziemy na zwiady odnośnie taniej wycieczki na wulkan.
Jutro wyjeżdżamy z Raulem przewodnikiem miejscowym na 2 -dniową wycieczkę z noclegiem w namiocie bez jedzenia na wulkan Telica. Wieczorem była burza z grzmotami i deszczem. Obserwujemy ludzi, którzy w czasie burzy bo teraz jest chłodniej siedzą na schodkach swoich domów, czy hoteli i prowadzą rozmowy.
08 października 2012
Ok. godz. 13 wyruszamy z hostelu z naszym przewodnikiem Raulem na wulkan Telica. Ok. 1/2h jedziemy autobusem podmiejskim i wysiadamy za miastem na drodze skąd dalej idziemy pieszo aż pod wulkan Telica w Nicaragui. Właściwie to jest 4 godz. treking na wulkan Telica. Trasa jest bardzo ciężka, co przyznaje Ryszard, że nie spodziewał się tak trudnego szlaku trekingowego. Droga prowadzi przez koryta górskich potoczków, przez ponad 1m chaszcze i trawę, grunt usiany jest różnej wielkości kamieniami, idziemy pod górę i z góry. W trakcie wędrówki niebo jest zachmurzone i zaczyna grzmieć i błyskać oraz pada drobny deszcz. W 1/3 drogi przed wulkanem mamy niewesołą przygodę. W pewnym momencie na drogę wyskakuje młody człowiek z ponad półmetrową maczetą i żąda pieniędzy. Raul zaczyna z nim rozmawiać, bo był pierwszy, ale opryszek twardo żąda pieniędzy. Nie wiemy co robić, bo ja przynajmniej nie mam zamiaru pozbywać się mojej gotówki. Sytuację ratują nadjeżdżający z naprzeciwka na koniach z bydłem. Opryszek widząc co się dzieje, w popłochu przebiega obok nas i ginie w dżungli. Przez przypadek udało się nam. Raul mówi, że nigdy wcześniej nie miał takiej sytuacji, a na wulkan Telica idzie nie pierwszy raz. Ok. godz.18 dochodzimy pod wulkan Telica i rozbijamy namioty. Za chwile przychodzą do nas chłopak z dziewczyną z Lipska, z Niemiec oraz przewodnik. Robi się nie wesoło bo zaczyna grzmieć i padać deszcz. Dosłownie w ostatniej chwili udaje nam się rozbić namioty i za chwile leje jak z cebra. W trakcie drogi padał drobny deszcz więc byliśmy mokrzy od stóp do głów.
Po ok.2h burza ustępuje, a my przed godz.21 idziemy ok.1/2h na szczyt wulkanu Telica, aby zobaczyć go w nocy. Droga jest usiana kamieniami z lawy wulkanicznej i trzeba bardzo uważać, żeby się nie przewrócić. W końcu docieramy na szczyt i kładziemy się nad kraterem, który jest spowity wydobywającymi się oparami lawy wulkanicznej. W dole co jakiś czas pokazują się czerwone punkciki pracującej lawy i słychać bulgotanie. Na górze wulkanu wieje dość silny, ale ciepły wiatr tak, że skutecznie mnie wysusza. Po ok.1h wracamy do namiotów i kładziemy się spać, bo jutro pobudka o godz. 5.30.
09 października 2012
O godz. 5.30 pobudka i wymarsz na wulkan Telica. Niestety wiele nie widać bo cały krater spowity jest oparami pracującej lawy, niebo jest zachmurzone i nie ma wschodu słońca. Po ok.1h wracamy na nasz Camping, składamy namioty i ok. Godz. 8am wyruszamy w drogę powrotną. Idziemy przez wąskie, kamieniste koryta strumieni, chaszcze, pola kukurydziane. Po drodze spotykamy gospodarzy na małych, ale silnych konikach, którzy nas bardzo życzliwie pozdrawiają. W drodze powrotnej po 3h marszu spotyka nas deszcz i na przystanek autobusowy docieramy cali mokrzy. Ok. godz. 14 docieramy do naszego hostelu w Leon.
10-11 października 2012
Rano jedziemy autobusem do stolicy Tegucigalpa Hondurasu, które jest głównym ośrodkiem kulturalnym i biznesowym kraju. Kierowca autobusu zabiera od wszystkich paszporty oraz od nas po 8 USD. Cała odprawa paszportowa zarówno po stronie Nicaragui jak i Hondurasu jest załatwiana przez kierowcę i my nic nie załatwiamy. Po południu przyjeżdżamy do Tegucigalpa i znajdujemy całkiem przyzwoity i tani hotel położony przy ulicy. Wszystkie hotele obok są dużo droższe mimo, że są w gorszym stanie. Chodzimy po Tegucigalpa i widzimy Christo Del Picacho (wielka statua Jezusa Chrystusa), kościół Los Dolores, Dystrykt historyczny miasta z zabytkowymi ulicami, Muzeum Republiki, Palac Narodowy i Kongres oraz liczne parki słuchając miejscowej orkiestry.
12-14 października 2012
Rano wyjeżdżamy z Tegucigalpa autobusem do Santa Rosa de Copan i znajdujemy tanie hospedaje w pokoju z jednym podwójnym łóżkiem. Po drodze spotykamy liczne posterunki policji w kamizelkach kuloodpornych i z długą bronią. Następnego dnia jedziemy do Ruinas Copan, gdzie są ruiny i pozostałości po cywilizacji Majów. Najokazalej prezentują się ,,Schody Hieroglifow”, składające się z 63 stopni o wys. 45cm i 16m szerokości, na których wyryte zostało 2500 symboli stanowiące najdłuższy zabytek piśmiennictwa Majów. Przedstawia życie panujących tu władców. Można podziwiać 20 z 38 zachowanych stel, które wykonane zostały z torfu wulkanicznego i przedstawiają pomniki panujących tu władców w ich strojach ludowych. Wycieczka ta praktycznie zajmuje nam cały dzień, bo przyjeżdżamy do hospedaje w Santa Rosa de Copan po godz. 4 pm. Musimy spędzić jeszcze niedzielę w hospedaje, bo okazuje się, że autobus do San Salvador nie kursuje w niedziele.
15-16 października 2012
O godz. 9:15 am wyjeżdżamy autobusem z Santa Rosa de Copan w Hondurasie do Stolicy El Salvadoru - San Salvador.
Udaje nam się kupić bilety dla Seniora z 30% zniżką, co dla nas jest niezwykłą okazją. Ok. południa przekraczamy granice Hondurasko-Salvadorska bez sprawdzania bagaży, a odprawa paszportowa po stronie Hondurasu odbywa się bezproblemowo. Problem pojawia się po stronie El Salvador gdzie pani w okienku przez 15 min. załatwia Ryszarda i w końcu daje 8 dni pobytu w El Salvador pytając o różne szczegóły. Odprawa paszportowa po stronie San Salvador odbywa się tylko w systemie komputerowym. W paszporcie nie jest stawiana żadna pieczątka i trzeba pamiętać na ile dni ma się przyznany pobyt. Gdybym był mniej czujny to miałbym kłopoty z wyjazdem z San Salvador ponieważ pani w okienku nie wklepała mnie do systemu komputerowego, dopiero na moją interwencję tak była zafascynowana Ryszardem, że o mnie zapomniała. Nie wiem jak by się potoczyły dalsze losy gdybyśmy nie mieli wizy do USA. Pierwszy taki przypadek, że otrzymaliśmy pobyt tak krotki w El Salvador. Przed godz.15 jesteśmy w San Salvador i lądujemy w Guest House w Dormie 6 os., ale tylko my sami. Następnego dnia wyruszamy na zwiedzanie stolicy El Salvador. W El Salvador znajduje się 61 wulkanów, najwyższe Santa Ana (2386m.n.p.m), San Vicente (2173m.n.p.m), San Miguel (2132m.n.p.m), które tworzą niepowtarzalny krajobraz tego kraju, a w środkowej części są plantacje kawy. Zwiedzamy Pałac Narodowy, Katedrę, Pomnik Wolności niedaleko Parque Libertad, kościół Rosario. Aby podziwiać piękne widoki należy udać się do Parque Balboa, skad droga prowadzi do Carro Chulo i do miejsc widokowych Puerta del Diablo.
17 października 2012
Jedziemy z San Salvador sami autobusem do Cerro Verde - parku Narodowego gdzie można zobaczyć nadal aktywny wulkan. Jesteśmy na miejscu ok. 9.30, ale musimy czekać do godz. 11, bo dopiero wtedy w asyście policji idziemy ok. 3-4h na górę. Niestety gęsta mgła uniemożliwia jakiekolwiek wędrówki w kierunku wulkanów i droga jest zamknięta dla pieszych marszów. Jest dużo też młodzieży szkolnej, która przyjechała autobusami ze szkół.
18 października 2012
O godz. 16.00 wyjeżdżamy z terminala autobusowego w San Salvador do Gwatemali.
W autobusie otrzymujemy soczek, kawę, ciasteczko. Obsługa łącznie z kierowcami jest ubrana w eleganckie stroje służbowe. Na granicy El Salavador najpierw celniczka sprawdza paszporty, a potem celnik sprawdza bagaż podręczny i pyta, dokąd jedziemy. Po przejechaniu granicy Salvadoru stewardessa zabrała nasze paszporty i załatwiła wszystko po stronie gwatemalskiej.
Przed godz. 18 dostajemy w autobusie porządną kanapkę z kurczakiem i do popicia pepsi colę. Praktycznie granice El Salvador-Guatemala przekraczamy nie wysiadając z autobusu. Mieszkańcy El Salvadoru to bardzo uczynni ludzie i wiele nam pomogli przy szukaniu połączeń autobusowych. Widać po ich minach, że są bardzo zadowoleni jak wyjaśnili „białemu” i on to zrozumiał. Do autobusu wsiadają różni sprzedawcy, zarówno z żywnością, jak i z innymi artykułami zachwalając przez kilka minut swój produkt, zanim rozpoczną sprzedaż. Tutaj jeżdżą stare amerykańskie autobusy szkolne tzw. Chickenbusy. Wyróżniają się najniższą ceną i głośną muzyką. Krajobraz Gwatemali jest zróżnicowany, od tropikalnej dżungli, po czynne wulkany w Kordylierach. Ok. godz.21 przyjeżdżamy do stolicy Gwatemala i jedziemy do taniego Hotelu.
19 października 2012
Zwiedzamy stolicę Gwatemali. o tej samej nazwie, która liczy ok. 2 mln ludności. Na centralnym placu miasta jest Pałac Prezydencki z poczatku XX w. oraz Katedra. W ciągu 2h ze stolicy można się dostać do starej stolicy Antigua. Przenosimy się do nowego Hotelu o kilkadziesiąt metrów dalej i na tej samej ulicy, w cenie o połowę taniej. Mamy w pokoju TV, wc, prysznic z gorącą wodą, ,ręcznik, wodę i kawę dostępną cały czas.
20-21 października 2012
Rano po godz. 6 opuszczamy nasz hotel i idziemy na terminal autobusowy, skąd mamy autobus do Santa Elena w Gwatemali. Po godz.17 przyjeżdżamy do Santa Elena i przygodny mieszkaniec wskazuje nam tani hotel niedaleko terminala, do którego idziemy pieszo. Następnego dnia rano jedziemy minibusem do Tikal. bo autobusy nie kursują z uwagi na małą liczbę podróżnych. Z nami jedzie też młody człowiek z Belgii, w sumie trzy osoby. Tikal to jedno ze starożytnych miast, zaliczanych do cudów świata oraz kolebka kultury Majów. Tikal jest to odkryte w dżungli miasto Majów z piramidami. Najwyższa z nich, stanowiąca, jednocześnie najwyższa budowla świata Majów ma 73 m wys. Punktem wyjściowym do zwiedzania Tikal jest miasto Flores położone na wyspie jeziora Peten Itza. W 1079r Tikal zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W miasteczku Flores są restauracyjki, hoteliki, sklepiki. Miasteczko liczy ok. 2500 mieszkańców. Santa Elena jest połączona z Flores długim mostem. Punktem centralnym Flores jest plac, przy którym stoi Katedra. Przyjeżdżamy do Tikal po godz.8 rano, a tu pada deszcz, więc czekamy aż przestanie. Ok. godz. 9 wyruszamy każdy z nas osobno na penetrację miasta Majów, w środku dżungli. Praktycznie to niektóre piramidy są w bardzo dobrym stanie, a inne jeszcze wymagają prac konserwacyjnych, jeszcze inne są zarośnięte i nie ma do nich dostępu. Po godz. 16 przyjeżdżamy z powrotem do Santa Elena do naszego hotelu. W drodze powrotnej znowu pada deszcz, a my i tak mieliśmy szczęście, że na cztery godziny przestało padać.
22.10.2012
O godz.5 am przyjeżdżamy pod hotel minibusem i jedziemy do Belize City. W trakcie jazdy mamy słońce i deszcz. Przed godz.10 jesteśmy w Belize City. Granice Gwatemala przekraczamy bez problemu, a później z plecakami przechodzimy do Belize. Plecaków nikt nam nie sprawdza i jesteśmy już w Belize.
Znajdujemy w Belize tani Guest House w cichym, spokojnym miejscu. Po załatwieniu formalności szybko wychodzimy z Guest House bo płyniemy statkiem na wyspę. Ambergris Cay gdzie jest miasto San Pedro. Jest to wyspa wybitnie turystyczna, a nabrzeże jest zabudowane hotelami i wcale nie tak bardzo drogimi. Spacerujemy po wyspie i po plaży mając nad sobą upalne słońce. O godz.16 mamy statek powrotny, którym wracamy na stały ląd. Belize zamieszkałe jest w 60% przez ludność murzyńska, posługującą się językiem angielskim, a powierzchnia kraju to 23tys. Km2. Belize słynie z plaż, licznych wysp i cudownej rafy koralowej.
23 października 2012
Ponieważ mamy autobus do Merida w Meksyku o godz. 19. to zostawiamy plecaki w domu, a sami wyruszamy na zwiedzanie Belize City. Dużo czasu spędzamy w Porcie, gdzie jest bardzo dużo różnego typu łodzi i jachtów. Na granicy Belize-Meksyk jesteśmy ok.22.30. Kontrola paszportowa przebiega sprawnie bez żadnych przeszkód i sprawdzania bagaży. Na granicy Belize musimy zapłacić po 5 USD. Na granicy Meksyku przesuwamy zegarki o 1 godz. do przodu. Zamierzaliśmy po drodze wysiąść w Chichen Itza, ale autobus się nie zatrzymał mimo, że go prosiliśmy i dojechaliśmy do Merida w Meksyku. Merida jest stolicą Jukatanu zwaną Bialym Miastem i dziś jest ogromnym centrum biznesowym. Centralnym punktem miasta są okolice Ratusza. Przy Pl. Niepodległości znajduje się Katedra Św. Ildefonsa, zbudowana z tych samych kamieni z których wcześniej zbudowano stojącą w tamtym miejscu indiańską światynię. Musimy wracać z powrotem innym autobusem do Chichen Itza, gdzie jest miasto Majów i piramidy. Chodzimy po obszernym terenie dawnego miasta Majów, podziwiając architekturę i myśl techniczną. Stanowiska archeologiczne w Chichen Itza wpisano w 1988r na listę Unesco. Ok. godz. 18 wracamy z powrotem i okazało się, że ja wsiadłem we wcześniejszy autobus z drogi dosłownie o kilka minut, a Ryszard ten właściwy. Ale ja poczekałem na niego na terminalu i za ok. pół godz. spotkaliśmy się.
25-26 października 2012
O godz.19.15 wyjeżdżamy autobusem z Meridy do San Cristobal de Las Casas. Ponieważ mamy cały dzień do odjazdu to zwiedzamy Meride, Jesteśmy w Ratuszu i Katedrze. Kiedyś centrum Meridy otaczał mur z 13 bramami, z których do dziś pozostały już dwie. Przyjeżdżamy do San Cristobal dnia następnego ok. godz.11 i jedziemy do hostelu.
Iguana, który jest własnością Polki i jej męża Meksykanina. W recepcji hotelowej spotykamy drugą Polkę, która zalicza praktykę. Wieczorem po godz.8 idziemy z Moniką do restauracji na miejscowe danie i piwo. Tam spotykamy Polkę, która pracuje w organizacji charytatywnej już kilkanaście lat i jest bardzo zadowolona ze swojej pracy. Monika sponsoruje nam nocleg, ale jutro musimy szukać nowego hostelu bo przyjeżdża duża grupa turystów i musimy opuścić hostel...
27 października 2012
Opuszczamy hostel i przenosimy się do nowego, na zapleczu dotychczasowego. Warunki bardzo dobre i w przystępnej cenie. Jedziemy miejscowym minibusem do miasteczka indiańskiego San Juan Chamula. Tu się rozdzielamy i każdy z osobna zwiedza to, co mu pasuje. O godz.14 wracamy do naszego hostelu i idziemy na terminal, aby kupić bilety z San Cristobal de las Casas do Puerto Escondido. Z okazji urodzin na godz. 20.30 zaprosiła nas druga Monika z organizacji charytatywnej do restauracji. Czekamy i czekamy, a Moniki, ani widać, więc zrezygnowani udaliśmy się na zwiedzanie miasta San Cristobal. Następnego dnia okazało się, że my byliśmy o godzinę za wcześnie, bo po przyjeździe do San Cristobal należało cofnąć zegarki o godzinę.
28-29 października 2012
O godz. 10 opuszczamy nasz hostel, a ponieważ wyjeżdżamy o 19.15 do Puerto Escondido, to plecaki zostawiamy w hostelu. Spacerujemy indywidualnie po San Cristobal obserwując miejscowych oraz ich zwyczaje. Autobus odjeżdża o godz.19.45 z San Cristobal de la , przyjeżdża o godz. 9 dnia następnego do Puerto Escondido. Jedziemy na drugi terminal sprawdzić, jak kursują autobusy do Acapulco. Kupujemy bilety w Puerto Escondido do Acapulco, na godz.20.25 na dzień dzisiejszy. Zostawiamy bagaże w przechowalni kasy biletowej i idziemy na plażę w Puerto Escondido. Od godz.11 do godz.17 przebywamy na plaży kąpiąc się w wodzie o temperaturze. co najmniej 27st.C i opalając się w słońcu. Autobus odjeżdża z opóźnieniem, bo o godz. 21.20, a nie o 20.25.
31 października 2012
Mimo, że słońce wygląda zza chmur po godz.9 opuszczamy nasz hotel w Acapulco i jedziemy na terminal, skąd mamy o godz.10.10 autobus do Mexico City. Mieliśmy plany zostać dłużej w Acapulco, ale pogoda nam je pokrzyżowała. Praktycznie to udał nam się dzień w Puerto Escondido, bo było upalnie i słonecznie. Tego samego dnia po godz.16.30 jesteśmy w Mexico City. Ponieważ Taxi była droższa o kilkadziesiąt razy, to jedziemy autobusem za 4 pesos do centrum Mexico City i znajdujemy tani międzynarodowy hostel przy Katedrze, z dormami kilkuosobowymi.
Tego samego dnia wieczorem znajdujemy obok inny hostel, ale co najmniej o 25% tańszy i następnego dnia przeprowadzamy się do niego. Wieczorem w Mexico City na ulicach jest bardzo duży ruch i widać wiele osób spacerujących z dziećmi.
01 listopada 2012
Po obfitym śniadaniu - stół szwedzki, opuszczamy nasz hostel i przenosimy się do innego tańszego. Wykupujemy 4 noce do niedzieli włącznie. Po ulokowaniu się w dormie 12-to osobowym wyruszamy na zwiedzanie miasta. My mieszkamy w Centrum Historico, gdzie znajdują się piękne stare budynki. Mexico City, to największa po Tokio aglomeracja świata. Cały zespół miejski liczy 25mln ludności, zaś miasto ok. 9Mln. Charakterystyczne dla Mexico City są wysokie wieżowce w nowej części, parki, bogate dzielnice willowe oraz domy pochodzenia kolonialnego, a także liczne bary i restauracje. Zwiedzamy Bazylikę Nuestra Senora de Guadalupe. W kościele tym znajduje się obraz patronki Meksyku, Matki Boskiej z Guadelupe i tutaj czci się kawałek tuniki pasterza Juan Diega, na którym to, w XVI w. odbiła się postać Matki Boskiej. Katedra Metropolitana z 1573r oraz kościół Jezusa Chrystusa z Nazaretu, Świątynia Azteków Temple Mayor, Plaza Konstytucji stanowiąca serce miasta, Centrum Historyczne miasta, w którym mieszkamy, Plaza Garibaldi, gdzie można posłuchać żywej muzyki, Pałac Narodowy będący siedzibą władz. W Mexico City są ulice całe zastawione straganami, gdzie można kupić dosłownie wszystko począwszy od żywności, a na artykułach przemysłowych kończąc.
02 listopada 2012
W hostelu mamy zapewnione śniadanie, całkiem przyzwoite, bo tosty, dżemy, jajecznica, owoce, kawa, herbata. Przed południem wyruszamy do Rezydencji Ambasadora RP w Mexico City na piechotę. Docieramy na miejsce ok.16, a mamy być o godz.17. Po spacerze po okolicznych uliczkach z pięknymi willami i ogrodzeniem pod napięciem wracamy do rezydencji i okazuje się po rozmowie telefonicznej z Panią Ambasador, że spotkanie z Polonią będzie dopiero za siedem dni, a nie dzisiaj. Umówiliśmy się z Panią Ambasador RP na spotkanie w Ambasadzie RP, w poniedziałek, tj. 02.11.2012. Wracamy do centrum autobusem za 5 pesos i jesteśmy ok.19 w hostelu. W sobotę jedziemy do Muzeum Antropologii i spędzamy tam kilka godzin ponieważ jest to naprawdę bardzo ciekawe muzeum.
W niedzielę jedziemy do miasta położonego o 50 km od Mexico City Teotihuacan zwanego Miastem Bogów. Tu znajduje się trzecia pod względem wielkości piramida świata - Piramida Słońca oraz nieco mniejsza Piramida Księżyca. Trzeba przyznać, że Piramida Słońca robi wrażenie swoją wielkością i budową. Na zwiedzaniu piramid spędzamy ok.6 godz. Ok.17 opuszczamy piramidy i wracamy do hostelu. Jutro opuszczamy Mexico City i o godz.19.15 jedziemy autobusem do Barra de Navidov, gdzie mieszkają Polacy.
05-08 listopada 2012
Po śniadaniu idziemy do Ambasady RP w Mexico City i spotykamy się z Ambasador RP Panią Anną Niewiadomską. Po przeszło godzinnej rozmowie i wypiciu kawy po staropolsku oraz zrobieni pamiątkowego zdjęcia żegnamy się z Panią Ambasador, a witamy z Konsulem RP Panem Krzysztofem Tomkowskim. Serdecznie dziękujemy Pani Ambasador za bardzo miłe spotkanie i zainteresowanie naszą wyprawą. Pan Konsul zaprasza nas do restauracji na miejscowe dania, z czego chętnie korzystamy. Po przeszło dwugodzinnej rozmowie przy posiłku wracamy do Ambasady RP i Pan Konsul pomaga nam w szybkim załatwieniu wizy do Kanady wysyłając pismo do Los Angeles, do Ambasady Kanadyjskiej. Ok godz.4 pm opuszczamy Ambasadę otrzymując jeszcze od Pana Konsula cały szereg podstawowych witamin niezbędnych dla organizmu ludzkiego.
Po przejechanie trzech przystanków metrem Ryszard zauważa, że nie mamy paszportów. Szybko wracamy z powrotem do Ambasady. Ja zostaję na przystanku, a Ryszard biegnie po paszporty. Wszystko szczęśliwie się kończy i wracamy z paszportami po bagaże do naszego hostelu. Tu chciałbym zaznaczyć, że był to dla nas udany dzień bo w tym dniu kończyłem „dwie szóstki”.
O godz.19.30 odjeżdżamy z terminalu autobusowego w Mexico City do Manzanillo i przyjeżdżamy dnia następnego ok.8. O godz.8.30 mamy autobus do Barra De Navidad, gdzie jesteśmy zaproszeni do domu Polaków tam mieszkających Ivo i Joli. Po półtoragodzinnej jeździe dobijamy do celu i idziemy pieszo szukać adresu. Udaje nam się w odległości ok. 200m od domu spotkać Ivo, który na skuterze krążył po mieście, wypatrując nas. Idziemy do domu Ivo i Joli i praktycznie całe popołudnie, do późnych godzin nocnych przy piwie i herbacie spędzamy w ich towarzystwie nad basenem rozmawiając o naszej wyprawie i o wszystkim. Ivo i Jola są Polakami, którzy zanim znaleźli się w Meksyku wiele podróżowali i mieszkali w różnych krajach tak, że mają bardzo wiele do opowiedzenia. Następnego dnia z Jolą wyruszamy w pieszą wędrówkę po miasteczku, płyniemy na wyspę obok, gdzie jest piękny, ale bardzo drogi hotel, z plażą i polem golfowym. Zwidzanie wyspy i wędrówka po plaży zajmuje nam kilka ładnych godzin, tak, że wracamy do do domu ok.5. Zmęczeni, ale i zadowoleni. Plan wstępny jest taki, że będziemy chcieli 09.11.2012 wyjechać do Los Angeles, od Ivo i Joli i dalej zachodnim wybrzeżem przez San Francisko dojechać do Vancuver.
09 listopada 2012
Tola z Ryszardem przyjeżdżaja do Ivo i Jol, zabierają nas do siebie na śniadanie bardzo dobre bo z elementami polskości.
Po odpoczynku i rozmowie jedziemy do miasteczka La Mocizaniua, gdzie są krokodyle i robimy zdjecia. Następnie jedziemy do Bahia, de Tenacatita La Boca, gdzie rzeka Purificacion wpada do Pacyfiku. Tola i Ryszard zapraszają nas do miejscowej restauracji, spożywamy surową rybę pokropiona limonka po miejscowemu reviche. Ale to nie koniec, otrzymujemy rybę z grilla i miejscowe piwo Korona. Najedzeni chwilę odpoczywamy, a następnie przez ponad godzinę kąpiemy się w spokojnej zatoce, gdzie woda ma temperature 25-27 st.C. Wieczorem przy wspólnej kolacji z Ivo rozmawiamy o naszej podróży. Późnym wieczorem kładziemy się spać.
10 listopada 2012
Po obfitym śniadaniu Ryszard i Tola odwożą nas na przystanek autobusowy, bo mamy o godz.9.15 autobus z Barra Navidad do Puerto Vallarta. Na przystanku spotykamy Ivo i Jolę, którzy przyszli się z nami pożegnac. Serdeczne dzięki Ryszardowi i Toli za tak mile przyjęcie i gościnę. Zapraszamy do Polski. Autobus punktualnie odjeżdża o godz.9.15 z Barra Navidov i przyjeżdżamy do Puerto Vallarta ok.14. Po przyjeździe na terminal, dowiadujemy się, że mamy bezpośredni autobus do Los Mochis dzisiaj o godz.16 i o 19.30, co skrzętnie wykorzystujemy i jedziemy w dalszą drogę bo czas nagli.
11-12 listopada 2012
Przyjeżdżamy do Mochis ok.7 rano czasu miejscowego. Los Mochis jest położone kilka km od Pacyfiku, nad zatoka kalifornijska. W Los Mochis kończy bieg jedna z najważniejszych linii kolejowych w Meksyku EL CHEPE łącząca Chihuahua z wybrzeżem Oceanu Spokojnego. Ta linia kolejowa jest uważana za jedną z najciekawszych linii na kontynencie amerykańskim. Przechodzi przez Kanion Miedziany, który jest większy i głębszy niż Wielki Kanion Kolorado. W Mochis cofamy wskazówki zegara o 1 godzinę. Około 70 km przed Mochis jest kontrola drogowa, gdzie bardzo dokładnie są sprawdzane bagaże wszystkich podróżnych. Jedziemy miejskim autobusem na dworzec kolejowy Mochis. Obok dworca znajdujemy nocleg z łazienką, wc i TV. Kupujemy w ulgowej cenie wycieczkę na 3 dni, z 2-ma noclegami i uzgadniamy, że autobus przyjedzie po nas na dworzec następnego dnia. Od godz.5 rano czekamy na dworcu kolejowym na minibus, ale nikt po nas nie przyjeżdża. Przed godz.7 autobusem jedziemy do hotelu, gdzie wykupiliśmy wycieczkę i okazuje się, że autobus czekał przed hotelem, a Pani która mówiła „SI” nie zrozumiała nas. Szybko został wezwany szef i pani, która sprzedała nam bilety. Dochodzimy do wniosku, że najlepiej będzie jak wycofamy pieniądze, co też uczyniliśmy i pojedziemy sami pociągiem do Creel.
13 listopada 2012
Wychodzimy o godz. 5:00 z naszego hospedaje i kupujemy bilety do Creel na pociąg, który odjeżdża z Mochis o godz. 6:00. Pociąg przyjeżdża do Creel po godz. 16:00. Jadąc podziwiamy z okien przepiękne widoki, zalesione wzgórza, skały porośnięte kaktusami, kaniony. Po drodze przejeżdżamy przez co najmniej 80 tuneli wydrążonych w skalach i ponad 30 mostów nad przepaściami. Miasteczko Creel jest położone wśród gór na wys. 2300 m.n.p.m.i w odległości ok.400 km od Mochis. Pociąg jedzie miejscami z maksymalna prędkoscia 50-60 km/h.W hostelu w Creel umawiamy się na następny dzień na samochodową wycieczkę do najciekawszych miejsc. W pociągu poznajemy Kanadyjczyka z pochodzenia Słowaka o imieniu Peter, który z nami nocuje w jednym pokoju i też jutro jedzie z nami na wycieczkę.
14 listopada 2012
Wyjeżdżamy o godz.9 minibusem do Parku Narodowego Creel i oprócz nas i Słowaka Petera jest jeszcze Włoch. Objeżdżamy cały park zatrzymując się w miejscach widokowych i podziwiamy niesamowite kilkuset metrowe kaniony z przepięknymi widokami w tle. Cały ten obszar nazywa się Barranca del Cobre i składa się z całej sieci kanionów utworzonych z 6 różnych rzek. W najgłębszym miejscu kanion rzeki Urique osiąga głębokość blisko 1900m. Po południu przyjeżdżamy do Creel i jedziemy autobusem do Chihuahua (czyt. Czulala), który przyjeżdża na Terminal Centralny w Chihuahua ok. godz. 19:00, szukamy dalszego połączenia. Znajdujemy autobus następnego dnia o godz. 2:45 w nocy do Los Angeles i szybko się na niego decydujemy bo bilety są bardzo tanie.
15 listopada 2012
Noc spędzamy w poczekalni terminalu w Chihuahua i o godz. 2:45 autobus odjeżdża w kierunku granicy Meksyk-USA. Po ok.3 godz. jazdy dojeżdżamy do przygranicznego miasta EL Paso i tu wysiadamy. Wszyscy przechodzą granicę indywidualnie z bagażami, które są tylko prześwietlane. Wcześniej przechodzimy kontrolę paszportową tylko po stronie amerykańskiej, meksykańskiej tak jakby nie było. Uzyskujemy pozwolenie na okres 6-ciu miesięcy przebywania na terenie USA i płacimy 5$. Robią nam odciski palców obu rąk oraz zdjęcia twarzy. Już jesteśmy w USA, ale jakoś to nie robi na nas szczególnego wrażenia, bo czekamy na następny autobus do Loa Angeles i nie możemy się doczekać. Później okazuje się, że należy pojechać na inny terminal autobusowy oddalony o kilkanaście km od granicy. Tu należy zaznaczyć, że pytaliśmy się nawet miejscowych policjantów i wszyscy mówili nam, że autobus do Los Angeles odjeżdża z tego miejsca. Po kilku godzinach czekania nie ma wyjścia i bierzemy Taxi, która wiezie nas na terminal, skąd ma odjeżdżać nasz autobus. W informacji pani każe nam iść do autobusu, który odjeżdża do Los Angeles za kilkanaście minut. Przy wsiadaniu do autobusu na 10 min. przed odjazdem okazuje się, że bilet jest ważny na inny autobus i z innego terminalu i nie chcą nas wpuścić. W końcu pokonujemy wszystkie trudności i i dosłownie w ostatniej chwili zdążamy na nasz autobus do Los Angeles, który odjeżdża o godz. 13:35.
16 listopada 2012
Los Angeles jest drugim pod względem ludności miastem w USA, za Nowym Jorkiem. Aglomerację miejską zamieszkuje ok.13 mln ludzi. LA zostało założone w 1781r przez gubernatora hiszpańskiego Felipe do Neve. Po zakończeniu wojny o niepodległość Meksyku w 1821r miasto stało się częścią Meksyku. W 1848r pod koniec wojny amerykańsko-meksykańskiej LA zostało wykupione przez rząd amerykański wchodząc w skład USA. Miasto jest światowym centrum biznesu, siedzibą Hollywood, handlu, rozrywki, kultury, mody, sportu itp. Los Angeles uznane zostało za trzecie najbogatsze miasto świata. W LA odbyły się Letnie Igrzyska Olimpijskie w 1932 i 1984r. Na terenie miasta LA działa kilkanaście wytwórni filmowych, ale już znaczna część, szczególnie wielkie hale studyjne, zostały przeniesione do okolicznych dzielnic LA. Co do Hollywood to zostało założone w 1886r. przez Herveya Hendersona Wilcoxa, który w 1886r. wykupił 160 akrów (0,6 km2) ziemi i 1 Lutego 1887r. zarejestrował nazwę Hollywood dla miasta przez niego zaprojektowanego.
Przyjeżdżamy na terminal w Los Angeles przed godz. 5 rano czasu miejscowego, ponieważ przesuwamy wskazówki zegara o 1 godz. do tyłu. Jedziemy autobusem do North Hollywood do hostelu prowadzonego przez Ukraińca. Ponieważ spanie będzie możliwe po południu, zostawiamy bagaże i po zasięgnięciu informacji wyruszamy na zwiedzanie Los Angeles. Najpierw jedziemy metrem, metro-busem do Ambasady Kanadyjskiej, a potem do RP w Los Angeles, która znajduje się na bardzo długiej ulicy Wilkshire nr 12400, ale dla nas to już nie jest problem. W Ambasadzie Kanady dowiadujemy się, że wszystkie sprawy związane z wizą są załatwiane drogą elektroniczną, a dokumenty przesyłane i odbierane pocztą pod wskazany adres. W Ambasadzie RP w Los Angeles spotykamy się, co prawda na krótką chwilę z Konsulem Generalnym Panią Joanną Kozińską-Frykas oraz z V-ce Konsul Panią Małgorzatą Cup, z którą spędzamy nasze spotkanie. Rozmawiamy o naszej podróży i o możliwościach szybkiego załatwienia wizy do Kanady, bo nasze paszporty biometryczne są przedziurkowane. Pani Konsul obiecuje nam pomoc w szybkim załatwieniu wizy na ile to będzie możliwe. Jeżeli trzeba będzie czekać dłuższy czas, to będziemy musieli zrezygnować z wizy do Kanady i podróż zakończyć na USA. Jako ciekawostka: po wejściu do autobusu każdy pasażer wrzuca odliczoną kwotę (reszty nie wydaje) do urządzenia znajdującego się przy kierowcy.
17 listopada 2012
Po śniadaniu rano jedziemy do Hollywood pomimo, że niebo jest zachmurzone i zaczyna padać deszcz, tak praktycznie pada przez cały dzień z małymi przerwami. Zwiedzamy teatr i pomniki postaci nagrodzonych, Akademię Filmową wraz z posągami osób oraz centrum filmowe wraz z miasteczkiem Hollywoodu. Najsłynniejszym miejscem jest Hollywood Walk of Fame - Aleja sław przy Hollywood Boulevard, na którym od 1960r ustawiane są płyty z nazwiskami gwiazd. Hollywood jest symbolem amerykańskiego kina. Na koniec jedziemy do sławnego miasteczka Santa Monica najsławniejszego kurortu w LA i idziemy na plażę i molo, które są usytuowane poniżej miasta, a następnie spacerujemy po miasteczku.
18-19 listopada 2012
O godz. 10:00 wyjeżdżamy autobusem do San Francisco i jesteśmy na miejscu po godz. 18:00 Poznany w autobusie Amerykanin zawozi nas do taniego hostelu. Mamy łóżka w pokoju 4 osobowym, TV i śniadanie. W hostelu jest kuchnia. Wykupujemy od razu trzy noce, bo hostel jest w centralnym punkcie miasta. Następnego dnia jedziemy na wycieczkę specjalnym autobusem składającą się z dwóch etapów. Etap I, płyniemy statkiem za Gold Gate Bridge i powracamy przy wyspie, gdzie było sławne więzienie Alcatraz. Etap II, to jazda wokół miasta z możliwością dowolnego wyjścia i powrotu do godz. 19:00. Dodatkowo zaliczamy wieczorne zwiedzanie San Francisco autobusem i jesteśmy rozczarowani, bo „Złoty Most” nie jest jakoś szczególnie oświetlony. Wracamy późnym wieczorem do hostelu i zmęczeni całodzienną wędrówką kładziemy się spać.
San Francisco jest położone na półwyspie, otoczonym przez Ocean Spokojny, zatokę San Francisco i cieśninę Golden Gate. Pod względem ludności, ok. 8 mln. San Francisco jest czwartym miastem w Kalifornii, a trzynastym w USA. Miasto jest uważane za jedno z najpiękniejszych w całych Stanach i stanowi duży ośrodek ruchu turystycznego. San Francisco znane jest ze swoich atrakcji, do których należy zaliczyć Most Golden Gate, wiezienie Alcatraz, Coit Tower, tramwaje linowe, fabrykę czekolady Ghiradelli, dzielnicę chińską Chinatown. Cechą charakterystyczną miasta jest strome wzgórze i ulice oraz mieszanina architektonicznych rozwiązań. Ostatniego dnia każdy z nas zwiedza miasto indywidualnie wg. swoich potrzeb. Trzeba przyznać, że San Francisco jest bardzo ciekawym i interesującym miastem, bardziej niż Los Angeles. Jutro wyjeżdżamy z San Francisco do Los Angeles, bo okazuje się, że tak będzie najlepiej i dalej do Las Vegas.
29 listopad – 2 grudzień 2012
Autobus przyjeżdża punktualnie o godz.6.20 rano na dworzec w Detroit, gdzie już czeka na nas Jacek. Jacek wraz z żonż Elżbietą oraz ich córką Mają mieszkają ok.50km za Detroit. Jedyny środek transportu, którym można dojechać to taxi lub samochód prywatny. Po ok.1h jazdy docieramy do domostwa Jacka i Elżbiety. Stwierdzamy, że mają bardzo ładny, kilkusetmetrowy, piętrowy budynek ceglany. Na wstępie każdy z nas ma przydzielony odrębny pokój do swojej dyspozycji i następnie udajemy się na polskie śniadanie, które przygotowuje Jacek bo Elżbieta pracuje i wraca później. Po powrocie Elżbiety spożywamy obiad przyrządzony po polsku przez kobiece ręce, co tylko wzmaga nasz apetyt, jemy podwójne porcje. Do późna w nocy rozmawiamy o naszej podróży i o rodakach mieszkających w Ameryce.
Następnego dnia wyruszamy z Elżbietą i Mają na zwiedzanie Detroit. Wędrowkę rozpoczynamy od podróży miejską kolejką, która jeździ po specjalnym wiadukcie na wysokości, skąd doskonale widać panoramę całego miasta. Informacyjnie: Detroit zamieszkuje ok.1mln ludności i leży w stanie Michigan na płn. brzegu rzeki Detroit łączącej jeziora St.Clair i Erie. W centrum Detroit wyróżnia się kompleks wieżowców z których najwyższy Mariott ma 221m wys., a pozostałe od 103 do 160m. Cały kompleks jest własnością General Motors i jego światową siedzibą. Idziemy przez grecką dzielnicę, gdzie są kawiarnie, restauracje, sklepy, kasyna oraz najbardziej zabytkowy Kościół Św. Marii z 1855r. Jedną z najstarszych dzielnic Detroit jest Corctown dawna dzielnica emigrantów. Tu znajduje się główna stacja Michigan pochodząca z początku XX w. Na uwagę zasługuje Fishe zdobiony wieżowiec. Do budowy jego zużyto wapień, marmur, granit i przekazano do użytku w 1928r. Ma wys.130m i posiada 30 pięter. Natomiast wieża Cadillac została zbudowana w 1927r i była pierwszą tego typu po N. Yorku i Chicago, która liczyła sobie 133m wys. oraz 40 pięter. Warto też przejść się przez największy miejski park.
Z Detroit pochodzi słynna muzyka techno i tu podobna zjada się najwięcej chipsów. W niedzielę w Sterling Height w Parafii Matki Boskiej Częstochowskiej mamy spotkanie z miejscową Polonią. Na spotkanie przychodzi ok.10 osób zainteresowanych naszymi postaciami. Przez prawie 2 godz. opowiadamy i odpowiadamy na pytania odnośnie naszej podróży. Widać, że osoby, które przyszły na spotkanie były bardzo zainteresowane przebiegiem naszej podróży.
Otrzymujemy po dwie książki od pani Mirosławy Wojszwillo, autorki książek: Między Litwą a Ameryką oraz Po Śladach Historii Litwa – ZSRR-USA, związane z tematyką polonijną, za co serdecznie dziękujemy. Wracamy do domostwa Jacka i Elżbiety i po sutym polskim obiedzie jedziemy z Jackiem na terminal Gryhounda w Detroit, skąd mamy autobus do Buffalo. Żegnamy się z Jackiem i dziękujemy Elżbiecie, Jackowi i Maji za wszystko co dla nas zrobili. Jeszcze raz dzięki i za wałówkę na drogę. Ela nam przygotowała jedzenie na drogę - same dobre rzeczy. Na dworcu każą nam wydrukować bilet w domu i nie mogą pojąć, że nasz dom jest w Polsce. W końcu przychodzi roztropna dziewczyna i po wytłumaczeniu o co chodzi znika i po paru minutach przynosi nam wydrukowane bilety. Tu w USA czasami jakoś dziwnie Amerykanie myślą, ale udało się.
Wyjeżdżamy o godz.1 22:00 z Detroit do Buffalo, a przyjeżdżamy o godz. 8:30 rano dnia następnego.
04 grudnia 2012
Wstajemy rano i idziemy pieszo na Terminal Greyhounda w Buffalo, skąd mamy o godz. 6.20 autobus do Washington DC. Przyjeżdżamy na miejsce przed godz. 20 i robimy rozeznanie, co do cen biletów i dalszej jazdy.
Idziemy również pieszo do hostelu, którego adres ma Ryszard. Niestety okazuje się, że pod tym adresem hostel nie istnieje.
Po drodze znajdujemy inny hostel międzynarodowy i wykupujemy jeden nocleg w dormie, ze śniadaniem i płatnym internetem. Ponieważ jest już późna godzina nocna, podziwiamy Washington nocą, idąc do hostelu. Waszyngton jest stolicą USA od 1790r., a miasto liczy ok. 600 tys. Mieszkańców, z czego ponad połowa to Afroamerykanie, 1/3 to biali, a reszta to inne rasy. W Waszyngtonie znajduje się siedziba prezydenta USA, Kongresu, ministerstw itp. Do pracy do Waszyngtonu przejeżdża codziennie ok. 400 tys. osób. Na terenie stolicy znajdują się główne ośrodki władzy federalnej: ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej oraz siedziba Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego, placówki dyplomatyczne, muzea itp. Trudno dopatrzeć się w budownictwie określonego stylu, raczej jest to mieszanina różnych stylów. Największym budynkiem na terenie aglomeracji jest Ronald Regan Building o powierzchni ok. 300 tys. m2. W Waszyngtonie są wysokie budynki, ale to nie są drapacze chmur, jak w innych miastach USA.
Waszyngton wyróżnia się nietypowym dla miast amerykańskich układem urbanistycznym, którego cechą jest promienisty plan zabudowy. Stanowią go szerokie ulice, które łączą się w dwóch miejscach: Biały Dom i Kapitol.
05 grudnia 2012
Po śniadaniu bierzemy plecaki i przenosimy się do innego hostelu na tej samej ulicy, znacznie tańszego i z bezpłatnym internetem. Będziemy w tym hostelu nocować przez trzy noce do piątku włącznie. Mimo, że jesteśmy ok. godz.10 rano, musimy czekać do godz. 15 na wejście do pokoju. Po załatwieniu wszystkich formalności i zakwaterowaniu w hostelu idziemy na nocne zwiedzanie Waszyngtonu. Zwiedzamy oczywiście z zewnątrz Biały Dom, który jest siedzibą prezydentów USA oraz Kapitol będący siedzibą Kongresu. Budowę Kapitolu rozpoczęto w 1793r, a zakończono w 1865r. Cechą charakterystyczną jest potężna kopula, na szczycie której znajduje się pomnik wolności. Natomiast Biały Dom jest siedzibą prezydentów Stanów Zjednoczonych. Został wybudowany w 1800r, wg. projektu irlandzkiego imigranta J. Hobana.
06 grudnia 2012
Po kiepskim śniadaniu wyruszamy na zwiedzanie Waszyngtonu. Pogoda jest wspaniała, świeci słońce, ale za to jest o wiele zimniej niż wczoraj. Ponownie udajemy się pod Biały Dom, z jednej jak i drugiej strony oglądając ten budynek za dnia. Mamy szczęście, bo za dwie godziny są już zamknięte wszystkie drogi i miejsca w pobliżu BD, obstawione przez masę policji i FBI. Wcześniej chcieliśmy się dostać do BD, aby się przywitać chociaż z panią Prezydentową, ale okazało się to niemożliwe. Na odwidzenie BD trzeba czekać co najmniej 1/2 roku po załatwieniu żmudnych formalności i uzyskaniu pozwolenia. No cóż na pewne procedury nie ma rady i pozdrowiliśmy tylko z daleka rodzinę prezydenta. W drodze podziwiamy Washington Monument, Thomas Jefferson Memorial, Wietnam Monument Veterans oraz budynek FBI. Następnie udajemy się na cmentarz wojskowy w Arlington, gdzie jest pochowany prezydent Kennedy wraz z rodziną. Wracamy późnym wieczorem zmęczeni i głodni do naszego hostelu, gdzie mamy ciepło i kuchnię do przyrządzenia obiadokolacji.
07 grudnia 2012
Dzisiejszy dzień w Waszyngtonie poświęcamy na załatwienie spraw związanych z powrotem do Polski. Analizujemy trasę i badamy warianty powrotu. Z recepcji naszego hostelu w Waszyngton DC zamawiamy bilety na samolot do Bergen przez Rejkiawik. Pierwszy kupuje Ryszard i płaci swoją karta kredytową. Zgodnie z przewidywaniami mój bilet na ten sam lot jest już droższy o ponad 100 USD. Szukamy i znajdujemy samolot z przesiadką w Londynie jeszcze tańszy niż Ryszarda. Po sprawdzeniu informacji o bilecie w komputerze na mojej poczcie widzę wyraźnie, że mój bilet jest na 15 stycznia 2013r. zamiast na 2012r. W końcu przy pomocy bardzo miłej recepcjonistki udaje się przebukować mój bilet na właściwy termin i na ten sam lot co Ryszard. Niestety powiedzenie,,Ufaj, ale sprawdzaj” w dobie komputerów jest nadal, jak najbardziej aktualne i należy go przestrzegać. Wieczorem chodzimy po Waszyngtonie, każdy z osobna i podziwiamy wystroje świąteczne ulic i sklepów. Trzeba przyznać, że Ameryka już się szykuje do świąt od połowy listopada.
08-09 grudnia 2012
Okło południa wyjeżdżamy autobusem z Waszyngtonu DC do Nowego Jorku i po ok. 4,5 godzinach jazdy jesteśmy na miejscu. Nowojorskim metrem jedziemy kilka przystanków do hostelu i wykupujemy jedną noc sądząc, że następnego dnia znajdziemy tańsze lokum.
Niestety, mimo poszukiwań, nie udaje się nic znaleźć tańszego i okazuje się, że jest to najtańszy hostel o kilkakrotnie niższej cenie w stosunku do innych hoteli. Pogoda nie jest zbyt łaskawa dla nas, mży drobny deszcz i jest dość zimno. W hostelu poznajemy Amerykankę w wieku zbliżonym do naszego, która upodobała sobie akurat mnie i powiedziała Ryszardowi, że musi mnie dożywić bo mizernie wyglądam. Przez kilka dni byłem dożywiany, ale Ryszard też nie mógł narzekać, przy okazji i on skorzystał.
10-14 grudnia 2012
Następne dni poświęcamy zwiedzaniu Nowego Jorku. NY leży przy ujściu rzeki Hudson do Oceanu Atlantyckiego, na wyspach Manhattan, Long Island, Staten Island i kilkunastu mniejszych oraz częściowo na kontynencie. NY jest centrum światowego handlu i finansów, od 1946r siedzibą ONZ, sztuki, rozrywki, mody, największych agencji reklamowych, sieci radiowych i telewizyjnych. W latach 1785-1790 NY był stolicą Stanów Zjednoczonych, obecnie jest najgęściej zaludnionym miastem i liczy ponad 8 mln mieszkańców. Podobno NY corocznie odwiedza 50 mln zwiedzających. W NY mieści się największa na świecie giełda papierów wartościowych. W dzielnicy Chinatown mieszka najwięcej ludności chińskiej na półkuli zachodniej. Manhattan jest najgęściej zaludnioną dzielnicą NY i na jej terenie znajduje się Central Park, większość nowoczesnych wieżowców. Obszar metropolitarny NY zamieszkują przedstawiciele różnych społeczności amerykańskiego pochodzenia. Polonia skupia się w dzielnicach Greenpoint, Queens-Ridgewood, Maspeth, Middle Village i Staten Island.
Podobno NY jest jedynym miastem w Stanach Zjednoczonych, w którym większa część gospodarstw domowych nie dysponuje samochodem, a jedynie 20% mieszkańców Manhattanu posiada samochód. Metro w NY jest największe na świecie pod względem liczby stacji, a ma ich 468 i działa przez 24h. Natomiast Grand Central Terminal jest największym na świecie dworcem kolejowym pod względem liczby peronów. Charakterystycznym dla ulic NY są budki, gdzie sprzedaje się precle i hot dogi.
Ponieważ pogoda w dalszym ciągu nie dopisuje, pada deszcz poruszamy się w obrębie naszego hostelu. Czwartego dnia płyniemy statkiem pod Statuę Wolności, bo akurat się rozpogodziło i świeciło słońce. Po drodze mijamy sławne więzienie Alcatraz i most Brookliński. Do portu, skąd odpływają statki dojeżdżamy metrem, bo to jest najtańszy środek transportu. Przechodzimy w obydwie strony most Brookliński za dnia i wieczorem podziwiając wspaniałe widoki. W drodze powrotnej mamy kłopoty z odnalezieniem naszej linii metra, bo ludzie nam różnie wskazują drogę, ale bierzemy sprawę w swoje ręce i przed godz.20.00 jesteśmy w hostelu.
Dnia 12 grudnia 2012r przyjeżdża do naszego hostelu jeden z trzech synów Jurka Majcherczyka, jednego z odkrywców Kanionu Kolca w Peru, oprowadza nas po Nowym Jorku. Z synem Piotrkiem Majcherczykiem zwiedzamy Katedrę, Uniwersytet Columbia gdzie Prezydent Obama studiował, miejsce pamięci ofiar, które zginęły w zamachu terrorystycznym na Word Trade Center w 2001r w wyniku uderzenia samolotów w siostrzane wieże, powodując ich zniszczenie i śmierć ok. 3 tys. Osób. W miejscu fundamentów dwóch zburzonych wieżowców jest Pomnik Pamięci w postaci dwóch zbiorników wodnych z fontannami wodnymi spływającymi po ścianach oraz nazwiska osób, które zginęły. Obok buduje się w tym miejscu cztery nowe wieżowce. Podobno jedno piętro wieżowca w stanie surowym budują w ciągu jednego tygodnia. Idziemy najsłynniejszą ulicą Nowego Jorku - Wall Street, gdzie podziwiamy pomnik osławionego Byka mającego świadczyć o sile i potędze tej ulicy. Zwiedzamy Kościół św. Trójcy i św. Patryka, Centrum Rockefellera, Centrum Lincolna, Times Square, idziemy Piątą Aleją i Madison Avenue, gdzie znajdują się luksusowe butiki oraz ulicą Broadway. Piotrek prowadzi nas do autobusu i po ok. pół godzinie jazdy spotykamy się z rodziną Majcherczyków i współpracowników w ich rodzinnym Biurze Podróży. Po przywitaniu się z Jurkiem Majcherczykiem i jego rodziną na tradycyjnego wśród podróżników ,,Niedźwiedzia” przez kilkadziesiąt minut rozmawiamy o naszej podróży i jego przeżyciach, gdy zdobywali Canion Colca. Jurek pokazuje nam książkę, którą niedawno wydał i obiecuje nam wysłać do Polski. Jerzy Majcherczyk zaprasza nas do restauracji polskiej na tradycyjny polski obiad z flakami, kotletem schabowym, ziemniakami, ogórkiem kiszonym i piwem. Serdecznie dziękujemy Jerzemu za tak prawdziwe polskie przywitanie.
Jerzy Majcherczyk odwozi nas samochodem do hostelu i na pożegnanie ustalamy, że będziemy ze sobą w kontakcie. Z naszego hostelu jedziemy na wycieczkę ,,Historyczny Harlem”, gdzie przewodnik, starszy pan, opowiada historię i oprowadza nas po Harlemie pokazując architekturę tak charakterystyczną dla tej części NY. Zwiedzamy też Centrum Maccolna oraz udajemy się do typowo murzyńskiej części Harlemu, gdzie mieszkają w budynkach z czerwonej cegły Murzyni. Zarówno budynki, jak i tereny przyległe są czyste i zadbane.
15-17 grudnia 2012
Po godz. 14.00 opuszczamy nasz hostel i metrem oraz pociągiem dojeżdżamy do lotniska Kennedy w Nowym Jorku, oddalonego od centrum o ok. 30 km. Wracamy samolotem do Bergen w Norwegii, przez Rejkjawik na Islandii. Po przylocie do Islandii przesuwamy wskazówki zegara o 5 godz. do przodu, a w Bergen o 1 godz., co czyni w sumie 6 godz.
Z Bergen jedziemy koleją do Oslo bo tak jest najtaniej. Początkowo za oknami nie widać zbyt dużo śniegu, ale obraz się zmienia diametralnie na typowo zimowy po przejechaniu połowy drogi do Oslo. Za oknami piękne górzyste krajobrazy w śniegu typowe dla tego kraju. Czym bliżej do Oslo, tym za oknami widać więcej śniegu. Ponieważ do Oslo przyjeżdżamy późnym wieczorem to nocujemy w hostelu, do którego idziemy pieszo ok.0,5h. Następnego dnia mamy w planie odwiedzić Ambasadę RP w Oslo. Niestety przesunięcie 6 godzin czasowych do przodu niweczy nasze plany, bo budzimy się po godz. 10 przed południem. W tej sytuacji ja wyruszam na zwiedzanie stolicy Norwegii, bo Ryszard był wcześniej i spędzamy dwie noce w hostelu w Oslo. W Oslo jest zimno i ulice są pokryte lodem, którego nikt nie usuwa. Zwiedzam katedrę, Parlament i centrum miasta.
18 grudnia 2012
Wyjeżdżamy rano pociągiem z Oslo do Ystad przez Goeteborg i Malmo. Przyjeżdżamy do Ystad ok. godz.16 i idziemy do portu, gdzie kupujemy bilety na nocny prom Polonia do Świnoujścia. Prom wypływa o godz. 22:30 i jest w Świnoujściu ok. Godz. 7 rano.
19 grudnia 2012
O godz.7.05 ranom opuszczamy prom Polonia i schodzimy na ląd w Polsce, po blisko 16-to miesięcznej podróży non stop, drogą lądową przez 6 kontynentów. Pociągiem, po blisko 2 godz. jazdy cali i zdrowi dojeżdżamy do Szczecina. gdzie witają nas rodziny, dziennikarze oraz znajomi. Ryszard udaje się do swojego domu w Szczecinie, a ja pociągiem do Warszawy. I tak oto szczęśliwie zakończyła się wyprawa ,,Dookoła Świata” dwóch panów w wieku dojrzałym ,,Śladami Polonii”.